O TYM, CZEGO NIE LUBIMY

 

Kwiatkowski zaszalał jednego dnia, jak leżałam sobie w popołudniowym upale i przesuwałam rybę (i wino) ze żwacza do ksiąg, a z salonu dobiegały jakieś okrzyki. Nie zdążyłam się nacieszyć sjestą, kiedy do sypialni wpadł N., że MAMY MISTRZOSTWO ŚWIATA na rowerze i mam natychmiast wstać i iść oglądać dekorację. Wzięłam brzuch z rybą w obie ręce i poszłam, bo mnie ogłuszył entuzjazmem. Hiszpanie dostali brąz, więc pokazywali dużo tego swojego zawodnika z pomarańczowym nosem, ale Kwiatkowskiego też. Biedak nie mógł uwierzyć w swój sukces, stał na podium i płakał przez całą dekorację i hymn i ocierał gile koszulką lidera. Następnego dnia obejrzeliśmy powtórkę wyścigu. CAŁĄ. Nie ma lekko. „Słuchaj, jak Hiszpanie cały czas dobrze mówią o polskim zespole. Siódmy kilometr, patrz teraz, bo on ucieknie. O, a teraz Pedro Delgado powie, że Kwiatkowskiego nikt już nie dogoni do samej mety”.

Te apartamenty co w nich mieszkaliśmy były fajne, bo dużo miejsca i nawet mini ogródeczek. I nie w Playa de las Americas – jak tam pojechaliśmy, to o mało nie dostałam zawału: hoteliszcza molochy na tysiąc pokoi i więcej, kasyna, centra handlowe i restauracje „Pizza- Pasta – Burger” na pięćset stolików… Piekło, piekło i tucz brojlera! Gdybyśmy tam mieli hotel, to cały tydzień bym przesiedziała w wannie, owinięta w zasłonkę prysznicową, kiwając się i jedząc galaretkę. Za nic bym nie wyszła z pokoju.

Los Cristianos jest niby po sąsiedzku, ale już normalniejsze, bo mieszkają tam ludzie, a nie sami turyści. No owszem, promenada wzdłuż plaży jest dość straszna, ale w drugiej i trzeciej linii toczy się normalne życie, zaczynając od placyku z kościołem można spacerować po uliczkach z knajpami dla miejscowych i trafić naprawdę nieźle. Tylko plaże są straszliwe – po prostu publiczne smażalnie, leżak przy leżaku, coś okropnego.

Upał pierwszego dnia trochę mnie rozdeptał. Ale spokojnie, już drugiego dnia kropił deszczyk, kiedy byliśmy w Garachico – jakie to piękne miasteczko!… Najpiękniejsze, jakie widziałam na Wyspach Kanaryjskich. No ale zaczęło kropić, a N. powiedział, że jak nie przestanę, to mnie udusi. On NAPRAWDĘ myśli, że ja umiem celowo sprowadzać deszcz – zresztą, wielki mi deszcz, parę kropli, nawet się specjalnie nie ochłodziło ani ludzie nie weszli do środka knajp, tylko siedzieli na zewnątrz. Kilka razy w ciągu tego tygodnia pokropiło jak kropidłem i bardzo dobrze, bo na Teneryfie nie ma bryzy od morza, jak na mniejszych wyspach i w tym wysokim, ostrym słońcu robi się po prostu spiekota. Na szczęście Teide zsyła chmury.

Teide oczywiście musieliśmy zwiedzić, no bo jak. Ja co prawda abnegatka, ale wiedziałam, że trzeba zabrać długie portki, bluzę i porządniejsze buty. W końcu wjeżdza się kolejką na wysokość 3,5 kilometra! Większość ludzi na parkingu przed kolejką się przebierała, ale jeśli ktoś sądzi, że nie było rusałek z gołymi nogami w złotych sandałkach i panów w szortach i klapkach, to znaczy, że ciągle ma zbyt duże zaufanie do wydajności ludzkiego rozumu. Na kasie wisi jak wół informacja – temperatura na górze 9 stopni – gdzie tam. Koronkowy topik i miniszorty przecież świetnie wyjdą na selfie. Kolejka jedzie bardzo pod górę, więc niezbyt wysoko nad ziemią, pakują do jednego wagonika 44 osoby i jest jak w puszce ze śledziami, wychodzi się ze stacji i TRZASK! Dostaje się w pysk wiatrem i tymi dziewięcioma stopniami. Ja się otulałam bluzą z kapturem, a i tak mnie gryzło w uszy i w nos, a rusałki kłapały zębami dość głośno (i zaraz uciekały z powrotem). Ze stacji można pójść bez pozwolenia jakieś pół kilometra w dwie strony, dalej już trzeba mieć pozwolenie. Poszliśmy kawałek, ale zaczęło mi dudnić serce w uszach i w gardle. Mieliśmy piękną pogodę i świetną widoczność, trampki wystarczyły, ale jak jest pochmurno albo pada, to trzeba mieć lepsze buty, bo jednak idzie się po skalnym gruzowisku.

Wulkany na Teneryfie są bardziej oswojone, niż te na Lanzarote – takie łagodniejsze, porośnięte kaktusami i śliczną sosną kanaryjską, która ma cienkie, długie igły i wygląda włochato i szkoda, że u nas by zdechła z zimna. Rozumiem ją jak mało kto.

Pojechaliśmy na Gomerę – będę jeszcze długo wspominać ten dzień, bo wyjazd był bardzo rano, nie zjadłam śniadania i N. kupił mi na promie pączka, który przez cały dzień odbijał mi się cytrynowym płynem do zmywania. W oparach pączka zwiedziliśmy lasy laurowe, jajo Kolumba, mnóstwo miradorów, plantacje bananów, a po obiedzie był pokaz gomeryjskiej mowy gwizdanej. Jeden kelner patrzył, jak kilka osób zamieniło się okularami, pierścionkami, ja dostałam pięć euro żeby gdzieś je schować (schowałam pod talerz z papas arrugadas), po czym wszedł drugi kelner i gwizdali do siebie instrukcje, co ten drugi ma komu zabrać, komu oddać i skąd wyciągnąć. I faktycznie wszystko znalazł (pamiętałam z „Mentalisty”, żeby nie patrzeć na ten talerz z ziemniakami, ale i tak znalazł).

Podobały mi się też piramidy w Guimar, zwłaszcza, że towarzyszy im wystawa poświęcona Thorowi Heyerdahlowi i na własne oczy kaprawe zobaczyłam model Kon Tiki. No żesz w mordę, facet przepłynął ocean na słomianej wycieraczce. Ra i Tygrys już nieco solidniej się prezentują, była nawet kopia Ra II naturalnej wielkości – no cóż, kajak ze słomy. Ja bym na to nie wsiadła na stawie w Radziejowicach, a co dopiero na oceanie. Tylko Norweg mógł się porwać na coś takiego – podsumował N.

Koło piramid jest jeszcze wystawa z Wyspy Wielkanocnej z jednym moai oraz sekretny ogród trujących roślin z całego świata. Ładny, ale przereklamowany – zaraz przy wejściu sterczą takie liście, co moja prababcia miała ich cały parapet w doniczkach. A jako najgroźniejsza bestia zamknięta w klatce tkwi rycynowiec, którego sadzonki można kupić u nas na bazarze co roku na wiosnę. No naprawdę, nie histeryzujmy! Myślałam, że będą jakieś wijące się pnącza z zębami albo kapiące zielonym śluzem… Ale przynajmniej w ogródku stała bardzo malownicza trumienka, oparta o mur.

Zeżarliśmy z pół tony ryb, przegryzając krewetkami i chopitos (malutkie kalmarki, wielkości połowy małego palca, usmażone na chrupiąco), a pożegnalna kolacja o mało mnie nie zabiła, ale to już zupełnie inna historia z wątrobą w tle, a właściwie dwiema: moją i gęsią.

Reasumując: było fajnie, ale jednak wolę Fuerteventurę. I Lanzarote. Zdecydowanie puebla mi bardziej odpowiadają, niż kurorty, a na wspomnienie hoteli – potworów z Playa de Las Americas jeszcze mi słabo. A na powitanie ojczyzny mam kaszel od klimatyzacji. Uch… Nie lubimy powrotów z urlopów. Nie lubimy.

8 Replies to “O TYM, CZEGO NIE LUBIMY”

  1. Hej !
    No podzielam twoje zdanie, Teneryfa była fajna jakieś 15 lat temu, jak nie było tam turystów ! Teraz to jest jakaś porażka ! Ilośc anglosaskiej tłuszczy ( ogorzałych czerwonych chloporobotnikow z brakiem w uzębieniu z żonami i bachorkami , smierdzacych piwskiem) na metr kwadratowy przekracza moją wytrzymałość , kakofonia muzy z knajp itd to jakieś nieporozumienie !
    Wolę Fuerteventura , bo TAM PO PROSTU JEST MINIMALNA ILOŚC LUDZI A jak sie juz ktoś trafi na płazy koło ciebie to siedzi 10 metrów dalej !
    Jest cisza, spokój, jesteś ty, piękny ocean , wiatr, i mozna spacerować deptakiem rozkoszując się tą oazą spokoju …..

  2. ojesu jak mi sie chce na Fuerte … choc i Teneryfe bym „przezyla”:)
    kiedy pierwszy raz wrocilam z Fuerte to przez dwa tygodnie knulam jak by tam jak najszybciej wrocic, a najlepiej to sie przeprowadzic…

  3. a my (bo na pewno nie tylko ja) lubimy jak wracasz , bo fajnie sie czyta 🙂
    To kiedy znów wyjeżdżasz?
    (no fotki jakieś by się przydały, te sosny włochate, i zziebniete rusałki bym sobie tez obejrzała :)))

  4. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Pozwalam Ci wyjeżdżać.
    A czy strusia poduszka była grana?
    PS> Czy możesz podesłać na priva z którego biura podróży korzystasz? Czy sami sobie wszystko organizujecie?
    PS> „Gdybyśmy tam mieli hotel, to cały tydzień bym przesiedziała w wannie, owinięta w zasłonkę prysznicową, kiwając się i jedząc galaretkę.” :))))))))) (płaczę ze śmiechu, jestes cudowna!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*