O LECZO I NIE TYLKO

 

No i wzięło i się wszystko pokończyło. Wszystko naraz, wszystkie moje ulubione morderce. Luter, The Killing i Hannibal. (Jeśli jednak KTOŚ liczy na to, że teraz wezmę się za pracowite i systematyczne sprzątanie domu na błysk, TO JEST W BŁĘDZIE).

W Lutherze na koniec wróciła moja ulubiona ruda z pięknym tekstem; zaproponowałam N., że będę z nim chodzić na denerwujące spotkania i mówić jego oponentom to, co ona: „Jeszcze raz zdenerwujesz mojego męża, to cię zabiję. I zjem”. Z tym, że niestety nie dałabym rady ich zjeść, bo są zwyczajnie okropni. Nawet w chilli. Może w parówkach, rozcieńczonych soją 1:1000, no ale to bym jednego jadła ze dwa lata.

Niech już pada, bo noga mnie boli, a Szczypawka wczoraj jadła trawę. A wiadomo, że jak pies je trawę, to z dużym prawdopodobieństwem będzie padać. A z jeszcze większym prawdopodobieństwem – pies będzie rzygać.

Po kondycji pomidorów wnoszę, że chyba czas na pierwsze leczo, prawda?

 

O TYM, CO KOGO DZIWI

 

Mój kochany pieseczek uwalił się wczoraj w pełnym słońcu na trawniku i tak leżał (leżała) – przyznam, że na ten widok zrobiło mi się jednak TROCHĘ słabo.

N. mi opowiedział, że jeden Hiszpan się bardzo dziwi, że u nas w Polsce trzyma się krowy na polu na sznurku. Nigdy czegoś takiego nie widział.

A ja z kolei kilka lat temu, w Hiszpanii, zobaczyłam w restauracji takie coś dziwnego: do markizy, która ocieniała restauracyjny ogródek, były przywiązane foliowe woreczki z wodą. Później w drugiej, w trzeciej. Pytam się N., po co im to? Na co on mówi, że to do odstraszania owadów.

No dobra, ale JAK niby taki woreczek odstrasza owady? Czego ta mucha się konkretnie boi?

N. twierdzi, że jemu tłumaczyli, że mucha się przegląda w woreczku z wodą, widzi siebie powiększoną i ucieka. Jak mi to powiedział, to ze śmiechu leżałam na stoliku z kwadrans, powalona wizja przeglądającej się muchy. Do dziś mnie to zresztą strasznie śmieszy (my, psychopaci, mamy dziwne poczucie humoru). Byłam pewna, że mnie wkręca, jak zwykle. Ale nie, cały czas z powagą utrzymuje, że muchy się przeglądają i boją. Jakoś nie jestem do końca przekonana, że to WŁAŚNIE TAK działa, ale chyba działa: owadów w knajpach na Kanarach nie ma.

Czyli każdy ma swoje regionalne wybryki: my – krowy na sznurkach, a oni – worki z wodą na muchy. I jest interesująco kosmopolitycznie.

Ale trochę deszczu to by mogło spaść, bo zamiast trawy mamy stepy akermańskie. I rododendron na patio w robocie nam padł.

 

O NUDNYM ŻYCIU I WIŚNIACH

 

No więc w weekend byłam nad polskim akwenem słodkowodnym; koleżanka wynajęła domek w głuszy leśnej nad jeziorem i serdecznie zapraszała. Pewnie nie sądziła, że weźmiemy to NA POWAŻNIE, ale wzięliśmy (ha, ha, ha – na drugi raz niech uważa, co mówi). N. chodził na ryby (o wpół do piątej rano!), a ja od razu zaznaczyłam swoją obecność, stawiając kawiarkę (taką, co się je stawia na gazie) na plastikowej desce do krojenia. Myślałam, że to silikonowa mata!… Kawiarkę udało się uratować, deski nie (oj już naprawdę, jakby nie można było używać deski z okrągłą dziurą).

Koleżanki córka jest baletnicą, taka prawdziwą baletnicą ze szkoły baletowej i jest niesamowita. Siedzimy, rozmawiamy, a ona sobie zakłada nogę za ucho – tak ot, od niechcenia. Poza tym stwierdziła z pogardą, że prowadzimy strasznie nudne życie – tylko byśmy siedziały i czytały ksiązki. I że jesteśmy bez sensu. Hm.

Towarzystwo poszło się wykąpać, a ja – popatrzeć. Nie wiem, dlaczego, jak człowiek mówi, że nie, dziękuję, nie wejdę do wody (od samego patrzenia miałam dreszcze), to wszyscy go łapią za kostki i ściągają z pomostu. Następnie mój mąż, cały zadowolony, opowiedział wszystkim zgromadzonym na kąpielisku, że jego żona ma wściekliznę i w związku z tym wodowstręt i gdyby weszła do wody, to by jej leciała piana z pyska.

W niedzielę rano zrobiłam naleśniki; oczywiście mam ambicję robienia jak najcieńszych, jak bibułka, wiec pilnowałam każdy, żeby nie wylać za dużo ciasta, żeby nie były tłuste, no trochę się nad nimi nagimnastykowałam. Po czym koleżanki mąż się dziwił, KTO ZROBIŁ takie idiotycznie cienkie naleśniki – teraz on musi sobie nałożyć DWA, żeby nadziać serkiem, bo jeden mu przecież pęknie. Od razu mi się przypomniała historia tej dziewczyny, co próbowała zagranicznemu narzeczonemu usmażyć naleśniki, ale kompletnie jej nie wychodziło, każdy zdzierała z patelni w postaci niedosmażonych strzępów… Więc na koniec zebrała to wszystko razem, zagniotła kulę, rozpłaszczyła, usmażyła i powiedziała narzeczonemu, że to taki polski przysmak. TAK ZROBIĘ NASTĘPNYM RAZEM, uprzedzam.

W dodatku wróciliśmy do domu i zaatakowała mnie matka Zebry. Wiśniami. Była na jakimś rodzinnym spotkaniu w wiśniowym sadzie i przywiozła pół tony wiśni, z czego dostał mi się spory koszyczek. Przyniosłam je do domu, stoczyłam wojnę nerwów (zostawić na zatracenie, a były bardzo dojrzałe, czy cos przedsięwziąć). Skończyło się na drylowaniu kosza wiśni SPINACZEM (drylownicę gdzieś czort ogonem nakrył) i jest rondel pełen wiśniowej konfitury w toku.

Note to self: nie czytać blogów dziewczyn z Poznania, bo one uprawiają przetworzing i weking na potęgę, a później mi się udziela. I zamiast leżeć na kanapie i prowadzić NUDNE ZYCIE (wg. baletnicy), to sterczę cały wieczór obryzgana po szyję czerwona posoką. Za to jaką miałam maseczkę z kwasów owocowych na paznokcie i skórki! Ho, ho!

Ale dziś już będę leżeć. Tylko do mieszania co jakiś czas wstawać. Tak właśnie.

O TYM, ZE NIC SIĘ NIE DZIEJE I KIECCE NA WESELE

 

Jakiś taki bezruch. Nikomu żona nie obcięła penisa, nikomu krowa nie wpadła z dachu do sypialni. Nikomu pies sąsiadów nie każe zabijać i zjadać listonoszy.

Sierpień miesiącem bezczynności, pająków i pomidorów.

No – nie cały, bo pod koniec sierpnia mamy wesele i mam dylemat, czy można iść w takiej kiecce, bo nie chce mi się chodzić po sklepach i szukać. A wesele jest mojej naprawdę bardzo małej i młodej kuzyneczki, która dopiero co stała na krześle przy stole i śpiewała „Chodźmy na sanecki chłopcy i dziewecki” (bez zębów z przodu), a tu ci masz – za mąż wychodzi.

O – dzwonek do drzwi, może cos fajnego przysłali!

Eeee, faktura. Bez sensu.

No nic, trzeba się chyba wziąć za tę Lady Aubrey, w końcu nic tak człowieka nie rozrusza, jak troszkę bigamii i trucizny, nes pa?

 

O TYM, ŻE CZASEM LEPIEJ UWAŻAĆ

 

Kasują kwiatki na fejsbuku. Wiecie, że to już naprawdę, żeby takie ładne rzeczy likwidować! Nie mogliby skasować czegoś głupiego i ohydnego – np. telewizję polską?… Tylko moje ulubione kwiatki? Życie jest niesprawiedliwe, w dodatku nawet nie mogę zajeść smutku czymś tłustym i grzesznym, bo mi kura z KFC przestała smakować (kura z KFC mi przestała smakować! Idzie koniec świata).

No i mieliśmy niezły numer po powrocie, ja nie piszę o pracy, bo WIADOMO, ale trochę muszę: siedział obok nas w samolocie pan. Spokojny, zwyczajny Hiszpan, zjadł kanapkę z oscypkiem, popił piwem. Wsadził sobie do uszu słuchawki jakiegoś dziwnego urządzenia i słuchając lekko podrygiwał i nucił. Znudzony N. troszeczkę, odrobinkę zaczął dymić – „Zobacz, to jakiś psychol jest, ŚPIEWA, może mu trochę przyłożę, co?” – ale kazałam mu się uspokoić – pan bym miły, czysty, nie wylewał się z fotela i nie śmierdział czosnkową kiełbasą i wódą, jak nasz poprzedni towarzysz podróży na tej samej trasie. A w samolocie i tak jest głośno i nie słychać, jak ktoś pod nosem śpiewa. Dobra.

We wtorek N. poszedł na spotkanie do hiszpańskiej firmy, z którą współpracujemy, wraca i mówi:

– Zgadnij, kogo spotkałem. NASZEGO SĄSIADA Z SAMOLOTU! Przyleciał do roboty!

Ha! Od razu mówiłam, żeby nie bić. Pamiętajcie, chłopce i dziewczęta – niebicie sąsiadów w samolocie ma kolosalną przyszłość. Wręcz może się kiedyś okazać przydatne (np. następnego dnia).

A najnowszy odcinek „The Killing” jest taki straszny, taki okropny, że pół dnia mnie po nim wszystko bolało. Wypraszam sobie, najpierw ten nius o kwiatkach, a później taka rzeźnia. Natychmiast proszę Wszechświat o zesłanie mi czegoś pozytywnego! (Nie, nie mogą być kolejne buty).

PS. Kto mi mówił o „Najgłupszym aniele”? Bo właśnie czytam. Trochę mam deja vu, bo to taki Douglas Adams z Pratchettem wstrząśnięci, nie zmieszani – śmieszne, lekutko powierzchowne, ale niezłe. Nietoperz owocożerny w Ray Banach na razie rządzi.