O NUDNYM ŻYCIU I WIŚNIACH

 

No więc w weekend byłam nad polskim akwenem słodkowodnym; koleżanka wynajęła domek w głuszy leśnej nad jeziorem i serdecznie zapraszała. Pewnie nie sądziła, że weźmiemy to NA POWAŻNIE, ale wzięliśmy (ha, ha, ha – na drugi raz niech uważa, co mówi). N. chodził na ryby (o wpół do piątej rano!), a ja od razu zaznaczyłam swoją obecność, stawiając kawiarkę (taką, co się je stawia na gazie) na plastikowej desce do krojenia. Myślałam, że to silikonowa mata!… Kawiarkę udało się uratować, deski nie (oj już naprawdę, jakby nie można było używać deski z okrągłą dziurą).

Koleżanki córka jest baletnicą, taka prawdziwą baletnicą ze szkoły baletowej i jest niesamowita. Siedzimy, rozmawiamy, a ona sobie zakłada nogę za ucho – tak ot, od niechcenia. Poza tym stwierdziła z pogardą, że prowadzimy strasznie nudne życie – tylko byśmy siedziały i czytały ksiązki. I że jesteśmy bez sensu. Hm.

Towarzystwo poszło się wykąpać, a ja – popatrzeć. Nie wiem, dlaczego, jak człowiek mówi, że nie, dziękuję, nie wejdę do wody (od samego patrzenia miałam dreszcze), to wszyscy go łapią za kostki i ściągają z pomostu. Następnie mój mąż, cały zadowolony, opowiedział wszystkim zgromadzonym na kąpielisku, że jego żona ma wściekliznę i w związku z tym wodowstręt i gdyby weszła do wody, to by jej leciała piana z pyska.

W niedzielę rano zrobiłam naleśniki; oczywiście mam ambicję robienia jak najcieńszych, jak bibułka, wiec pilnowałam każdy, żeby nie wylać za dużo ciasta, żeby nie były tłuste, no trochę się nad nimi nagimnastykowałam. Po czym koleżanki mąż się dziwił, KTO ZROBIŁ takie idiotycznie cienkie naleśniki – teraz on musi sobie nałożyć DWA, żeby nadziać serkiem, bo jeden mu przecież pęknie. Od razu mi się przypomniała historia tej dziewczyny, co próbowała zagranicznemu narzeczonemu usmażyć naleśniki, ale kompletnie jej nie wychodziło, każdy zdzierała z patelni w postaci niedosmażonych strzępów… Więc na koniec zebrała to wszystko razem, zagniotła kulę, rozpłaszczyła, usmażyła i powiedziała narzeczonemu, że to taki polski przysmak. TAK ZROBIĘ NASTĘPNYM RAZEM, uprzedzam.

W dodatku wróciliśmy do domu i zaatakowała mnie matka Zebry. Wiśniami. Była na jakimś rodzinnym spotkaniu w wiśniowym sadzie i przywiozła pół tony wiśni, z czego dostał mi się spory koszyczek. Przyniosłam je do domu, stoczyłam wojnę nerwów (zostawić na zatracenie, a były bardzo dojrzałe, czy cos przedsięwziąć). Skończyło się na drylowaniu kosza wiśni SPINACZEM (drylownicę gdzieś czort ogonem nakrył) i jest rondel pełen wiśniowej konfitury w toku.

Note to self: nie czytać blogów dziewczyn z Poznania, bo one uprawiają przetworzing i weking na potęgę, a później mi się udziela. I zamiast leżeć na kanapie i prowadzić NUDNE ZYCIE (wg. baletnicy), to sterczę cały wieczór obryzgana po szyję czerwona posoką. Za to jaką miałam maseczkę z kwasów owocowych na paznokcie i skórki! Ho, ho!

Ale dziś już będę leżeć. Tylko do mieszania co jakiś czas wstawać. Tak właśnie.

0 Replies to “O NUDNYM ŻYCIU I WIŚNIACH”

  1. Ja jestem na wygnaniu w okolicach Poznania. Znaczy, to urlop miał być, miły i leniwy, bo schetana życiem jestem. Ta. Od piątku przetworzylam 10 kg wiśni (drylownicę mi pożyczyły ciotki), 5 kg fasolki i 10 kg ogórków. Tu jest szaleństwo jakies. I się udziela, zwłaszcza, jak Ci te ogorki/wisnie/fasolkę/cokolwiek stawiają na progu i mówią, że to takie trochę, zrobię sobie na zimę. Szantaż emocjonalny, czy jakoś tak. A, ten urlop to jeszcze potrwa, chyba rozpocznę negocjacje z PKP cargo… A, to jest od płci niezależne, moj biedny Ojciec zakisil 20 kg ogórków

  2. Dzieki Tobie kupiłam ten trzypak bajek czytanych przez Kwiatkowską, Kraftównę itp i teraz wszyscy sobie podśpiewujemy „przez lasy i dąbrowy wędruje gajowy!”, albo „my jestesmy rada puchaczy”. Nie chce wyjść z głowy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*