O WEEKENDZIE Z MIĘSEM W TLE

 

(Pobudka przed piątą rano. Kiedyś codziennie wstawaliśmy o tej porze. Byłam wtedy bardzo szczupła i bardzo wkurwiona na życie. Dziś na odwrót. Nie wiem, czy bym się chciała zamienić).

Weekend był pod znakiem mięsa. Znalazłam albowiem przepis na rostbef pieczony w niskiej temperaturze – ten taki, co w IKEA podają z sałatką ziemniaczaną. Uwielbiam! Zatem mój małżonek przytaskał odpowiedni kawał mięcha (rostbef wygląda dziwnie) (ale jakie mięso nie wygląda dziwnie?) i hajda trojka!

Numer polega na tym, że kilogram rostbefu się piecze w 80 stopniach (o-siem-dzie-się-ciu) przez 4,5 godziny, jak mięsa jest więcej, to dłużej. Mięsa było więcej, bo mój mąż się WSTYDZI poprosić o kilogram mięsa. A zatem przez cały dzień to mięso leżało w tym piekarniku, a ja koło niego krążyłam i byłam załamana, bo tam się NIC NIE DZIAŁO. Bo w piekarniku zazwyczaj się dzieje – coś syczy albo rośnie, albo się rumieni – a tu NIC. Nic! Kompletnie nic, jak w polskiej piłce nożnej!

Po pierwsze, JA jestem cieplejsza niż ten piekarnik, jak mam gorączkę. Niby białko się ścina w 42 stopniach, a tam jest 80, ale to chyba jakaś ściema. Po drugie, przez cały czas się zastanawiałam, co będzie, jak po całym dniu wyjmę surowy połeć. Usmażyć go na maśle? Przerobić na pulpety? Znaleźć autora przepisu i zdzielić go mięsem przez łeb?

Dobrze, że N. mnie trzymał na krótkiej smyczy, bo ja bym nie wytrzymała, wywlokła ten rostbef wcześniej i zrobiła zrazy. Mięso wyjechało z piekarnika po 5,5 godzinach i było takie, jak na zdjęciu: różowiusieńkie w środku, miękkie i pyszne. Aczkolwiek uważam, że ono się bardziej z nudów w tym piekarniku ścięło, niż z powodu tych 80 stopni. Oraz – co kto lubi, ale nie wiem, czy tej papryki, którą N. nacierał rostbef przed pieczeniem, koniecznie MUSI być na centymetr grubo. Może gdyby jej było mniej, to nic by się nie stało?… Nie wiadomo.

Tak, że u mnie mięso z przeszkodami. A u Państwa?…

A z seriali – „Raising Hope”. Na pierwszym odcinku tak się śmiałam, że aż mnie coś pod żebrem dźgało.

 

0 Replies to “O WEEKENDZIE Z MIĘSEM W TLE”

  1. IKEA w ogóle z jakiegoś nieznanego mi powodu ma smaczną kuchnię. I, choć to dziwne, warto przyjechać sobie tam na obiad, hot dogi czy (i tutaj mój osobisty faworyt) miętowo-czekoladowe cukierki (drogie, ale WARTO). Choć z tego co się orientuje, nie o to w tym sklepie chodzi:)

  2. uważaj bo jak Pierwsza 20 grudnia napisała o wołowinie tak do dzis milczy !!!
    a jak wygląda ta wołowina bo ja mam daleko do Ikea 🙁 ba nawet wołowinę musze w tej wsi zamawiać tydzień wcześniej

  3. Ja ostatnio się chichram nad The Young Doctors Notebook. Gra w nim ex-Harry Potter, i John Ham z Mad Men. Leje się krew, wszystko jest takie nieporadne. Trwa 25 min odcinek i jest taki w sam raz. Nowy serial, ma jeszcze ledwo 4 odcinki.

  4. przepis bym poprosiła i gratuluję wytrwałości, mnie by trafiło ^^

    BTW przywitała mnie reklama papieru toaletowego, aż szkoda, że obcych już w komentarzach nie ma 🙂

  5. No to cała Polska gotująca piecze teraz rostbef, a cała Polska trzymająca się z dala od kuchni ogląda „Dorastającą nadzieję” 🙂

  6. Nie rozumiem – jak to „dziś na odwrót” ?
    Wiem, że wydaje Ci się, że nie jesteś szczupła (ale w to już nie wnikam – jak chcesz mieć urojenia, to proszę bardzo), ale że niby nie jesteś wkurwiona? Dobry żart – przecież za to wszyscy Cię to uwielbiają!
    (chyba, że kiedyś byłaś bardziej…. O matko!)

  7. Raising Hope jest cudowne. A aktor grający dziadka Hope grał wcześniej Terminatora w „Kronikach Sary Connor” i kontrast miedzy tymi postaciami jest nieziemski. Najbardziej zaś podoba mi się aktorstwo Marthy Plimpton, doskonałe wyczucie frazy:)
    I podziwiam, że wytrzymałaś z tym zimnym mięsem w piekarniku. Też spróbuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*