O MAKARONIE W NOWYM JORKU NA FRANCUSKIEJ


Coooo za tydzień. Jakieś globalne wścieknięcie macic wszystkich menedżerów nastąpiło niepostrzeżenie albo znowu wybuchy na Słońcu (albo jedno i drugie). W każdym razie, N. wczoraj wieczorem padł tak jak stał, a ja prawie też, tylko jeszcze kubki i kieliszki po drodze pozbierałam i włożyłam do zmywarki.

Niewątpliwym plusem tygodnia jednakowoż okazały się kluski. Miałam kiedyś ukochane kluski, to mi zamknęli restaurację. Więc w moim sercu zapanowała bezkluskowość i otworzył się wakat. W tym tygodniu wakat został obsadzony – mamy zwycięzcę!…

Prawda jest taka, że makarony to nie jest jakaś moja miłość, choć może powinna – bo tak, Sophia Loren deklaruje, że swoją figurę zawdzięcza makaronom. Audrey Hepburn codziennie jadła makaron. Może powinnam z tego wyciągnąć jakieś wnioski!… Ale nie umiem powiedzieć "nie" szerokim wstążkom z grzybami (czemukolwiek z grzybami, umówmy się, no, chyba, że byłaby to zupa mleczna z grzybami, wtedy pas).

No i któregoś dnia poszliśmy na obiad do knajpki na Francuskiej "Skład win i restauracja". Głównie dlatego – przyznam bez bicia – że tam się trafiło miejsce parkingowe, a akurat walił śnieg i ogólnie aura była taka, że nie tylko psa by z domu nie wypędził, ale nawet Szaszkiewiczowej, przebranej za niedźwiedzia, też nie. Dzień był multiparszywy i naprawdę niczego już nie oczekiwałam, tylko wrzucić na ruszt coś ciepłego, pojechać do domu i wczołgać pod kołdrę. 

Knajpka jest fajna od pierwszego wejrzenia. Wchodzi się do pierwszej, wąskiej sali, gdzie cała ściana to regał z winem, a naprzeciwko malutkie stoliki, taki tramwaj. Dalej jest kilka następnych sal, chyba fajnych, ale usiedliśmy w tej pierwszej, przy oknie (bo parkowanie na Francuskiej… kto parkował, ten wie). Czekaliśmy na jedzenie, ja dostałam lampkę wina i nagle cały syf i stres zaczął opadać małymi płatkami. Ulica za oknem zamieniła się w Nowy Jork, przysięgam – z tymi światłami, dekoracjami, przechodniami, padającym śniegiem i jednym facetem, który niósł ogromny pęk niebieskich balonów. Po prostu słyszałam "Chestnuts roasting on an open fire, Jack Frost nipping on your nose" i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby przy stoliku obok usiedli Meg Ryan i Tom Hanks (podeszłabym do niej i powiedziała, żeby sobie odpuściła Toma Hanksa, bo będzie gadał z piłką i fatalnie się starzał, taki jakiś rozlany i grubawy, a zamiast tego niech poderwie Matta Damona).

A jak mi przynieśli pappardele z grzybami, to prawie się rozpłakałam. Sos był ze słodkim cherry, śmietaną i tymiankiem. Nie lubię tymianku, kojarzy mi się z lekarstwem na kaszel, w ogóle nie lubię sypania ziół garściami, ale tu pasował idealnie. Wino też było idealne, z Eger, chyba jeszcze nie piłam tak dobrego węgierskiego wina. Zjadłam kluski i powiedziałam do N. "Teraz pilnuj, czy ktoś nie idzie, bo będę wylizywać talerz", co następnie uczyniłam (tak mi brakuje HIszpanii, tam się wylizuje talerze na porządku dziennym, specjalnie do tego celu podawanym chlebem).

Tylko nie wiem, czy to jest akurat TEN rodzaj makaronu, który pomaga utrzymać idealną figurę. I idealną wątrobę (oj, tańczyły mi czaczę na wątrobie te podgrzybki, nie powiem). Ale to wiadomo, że nic dietetycznego nie ma prawa być TAK pyszne. W karcie mają jeszcze carpaccio z buraczków z wędzonym boczkiem i raczej następnym razem mu nie przepuszczę. Wspaniałe miejsce, idealne do wpadania na makaron do Nowego Jorku po fatalnym dniu.

A obok otworzyli Russkij Gastronom – ale to już osobna historia (powiem tylko, że mają kiszonego arbuza w słoikach i prześliczne oldskulowe lizaki z farbowanego karmelu, jak w "Stu latach samotności").

Ale tydzień był, że ja dziękuję uprzejmie za takie atrakcje. Tfu.


0 Replies to “O MAKARONIE W NOWYM JORKU NA FRANCUSKIEJ”

  1. w Zakopanem na Krupówkach jadłam kiedys papardele z borowikami. to było tak idealne danie ze mój kolega jedząc kwiczał z orgazmu na cała restauracje. a ja z tej pysznosci zaniemówiłam. to było 8 lat temu i nie mogę zapomnieć;-)

  2. Strasznie przepraszam, że sie spóźniłam z recenzją, ale ostatnio ledwo ciągnę!…

    TAK TAK! PINI! Ja też kochałam syrop Pini, a nie ten drugi (nie pamiętam, jak mu tam). U mnie się nawet wiosną chodziło do lasu, zbierało sosnowe pędy (pewnie to obecnie zabronione pod karą smierci) i zasypywało cukrem i miało domowy syrop Pini. Mniam…

  3. @wampi – zaczęłam mieć wątpliwości zaraz jak napisałam i nie dam się zabić. skoczę jutro do apteki i sprawdzę 😉 tak czy siak nie zmarnują się 🙂

  4. Aby nie być nie fair, dodam tylko, ze gdyby kto kiedy totalnie zabłądził koło tej Chaty góralskiej i nigdzie nie mógł sie pożywić, to mają tam dobry placek po zbójnicku.

  5. No a nie można było napisać tej rekomendacji dwa dni wcześniej? Nie można było?

    Sobota, 10 rano, Skorpcio zostaje u Babci. 10:30 sniadanie w Jeff’sie:Pani kelnerka w szorcikach: „A o karcie jaką płacimy, wiemy?!” No my nie wiedzielismy czy oni wiedzą, posłalismy Panią precz. Na sniadanie niby pyszności i grillowany pomidor (tak mniej więcej prosto z zamrażalnika).
    Dobra, obiad na pewno będzie lepszy.
    14:00 Jachranka, „Chata góralska”. Miłe Panie w średnim wieku (50-60), w hotelowych mundurkach podają do stołu. Sala z kominkiem zarezerwowana dla grupy. Rosół z makaronem (chyba z Biedronki) w tzw. bulionetkach, czyli wg nas w filizankach (w Chacie Góralskiej! A co!). Sandacz z góralskiej beki okazał siue być smazoną rybą z octu (bleeeeeeeee). Dobra, obok jest Yacht Club, tam wypijemy pyszną kawę. tak, owszem ale po 1 kwietnia…
    Nooo… udał sie nam wypoczynek, oj udał…

    Barb, a ceny jakie? Przystępne czy takie z Francuskiej raczej? Bo nie wiem czyj portfel zabrac na obiadek ;>

  6. kocham tymianek. za to właśnie, że przypomina syrop na kaszel. słodki i tymiankowy Thymi, moja miłość.
    @McDalenka – oj tak, dobrze się dowiedzieć, że nie tylko u nas był (jest!) „halny”.

  7. co do farbowanego karmelu to na Starówce na Piwnej 7 otworzyli filię gdańskiej fabryki cukierków Ciuciu. Ręcznie robione karmelki we wszystkich kolorach tęczy i smakach + pokazy jak powstają. Fajna sprawa. Niby adresowana głównie do dzieci, ale kto by nie chciał zobaczyć jak powstają karmelki 😉

  8. Fajnie, że to wczoraj to był taki ogólnoświatowy dzień wścieku macicy, bo rozważałam już udanie się do jakiegoś przytulnego psychiatryka, na oddział bardzo zamknięty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*