I TRY TO MAKE IT SPIN, IT FALLS, I TRY AGAIN

Paniusia pojechala na delegację, poczem wróciła i okazało się, iż nie pamięta hasła do systemu.
I brawo Duśka.

Natomiast wróciwszy z delegacji okazało się, ze małżonek mój osobisty nie spał w domu.
I MYSLAŁ, ZE TO SIĘ NIE WYDA.
AAAAAAAAHAHAHA! Uroczy naiwny gapcio.

Oczywiście, że się wydało, bo książka, którą przed wyjazdem położyłam na łózku po jego stronie, nadal tam leżała.
A jemu się wydawało, że jest taki sprytny i przebiegły jak KOJOT co najmniej.

Wersja oficjalna jest taka, że nie poszedł na dziwki ani do baru go-go, tylko spał u kolegi i ze kolega to potwierdzi normalnie telefonicznie w każdej chwili. On chyba czasem NAPRAWDE ma mnie za naiwną (oczywiście, ze potwierdzi, jak w tym kawale – kochanie, gdzie byles bo dzwoniłam do pieciu twoich kolegów i wszyscy przysięgali, ze u nich nocowałes).

Tak mnie rozczulił, ze nawet go porządnie nie opieprzyłam. No – tyle co niezbędne.

W sobote mam za to urodzinowy piknik („Uwielbiam te małżeńskie parten gardy!”). Już się nie mogę doczekac.

Być może będzie 12 osob, a być może 60. Z wrodzonej nieśmiałości bowiem mój mąż nie jest w stanie podac precyzyjnie liczby rodziny, jaka nas nawiedzi. W dodatku nie pozwolił mi zamówić napisu na torcie „MAZEŁ TOW!” – zupełnie nie wiem dlaczego.

Kocham zycie, kocham świat, kocham szykowac żarcie dla niezbadanej liczby osób, jestem kwiatem lotosu na pierdolonej gładkiej tafli… OMMMMMMMMM

BARDZO SZCZEGÓLNA KOSZULKA

A Zebra przywiozła mi z Wiednia…
T-shirt z Cartmanem przebranym za Mozarta!

AAAAAAAAAAAAAA!…

„Dear guys.

Words cannot express how much I hate you guys. As we fight our way northward into the great unknown, only that one thing remains certain: that I hate you guys with every tired muscle in my Confederate body. We have taken Topeka, and now I must lolly the men over to Missouri. Because I will not stop until we have won it all, and you guys are my slaves. Because, I hate you guys. I hate you guys so very very much.

Yours,
General Cartman Lee”

NO NARESZCIE COS SIĘ DZIEJE – UFO W MĄKOWARSKU!

Proszę bardzo, oto DOWÓD.

Kto lubi gry „escape the room”? Bo ja uwielbiam.
PRZEPADAM.

Eskejpy rozpętał oczywiście nie kto inny, lecz Pepsee. Przysłał nam linka do „Viridian Room” i koniec. CAŁY DZIEN siedział i się z nas nabijał, a mysmy wymieniali się korespondencją: „Mam klucz, płyte CD i latarke, co mam zrobic z tym j***nym pudełkiem?”. „Skąd masz klucz?” – „Był schowany pod koszem na smieci, a jak rozwiniesz kartke to ci z niej wypadną włosy”. „Nie mam klucza. NIE MOGĘ ZAJRZEC POD KOSZ NA ŚMIECI. JAK MAM ZAJRZEĆ POD KOSZ NA ŚMIECI?” – „A zadzwoniłaś już w dzwoneczek?” – „Nie, na razie tylko podpaliłam kadzidełko”. „Aaaaaaaa! CZYM PODPALIŁAŚ KADZIDEŁKO?”.

Po czym gra okazała się BANALNIE PROSTA – trzeba było tylko wyjąć szkieletowi fiolkę z ręki, wyświetlić film z kasety, która była ukryta w poduszce, kombinacja sejfu zaszyta była w numerze rachunku z pralni, a te szklane kuleczki z sejfu pasowały do generatora energii atomowej, który napędzał statek kosmiczny, w którym znajdowała się antena, za pomoca której mogliśmy zawołac pomoc.

Nic to. W „Back to the Mansion” trzeba było zamrozic chomika na kilkadziesiąt lat, uprać sweterek w pralce tak, żeby się skurczył, bo chomik po odmrożeniu był mokry i nie chciał biegać w kołowrotku (będącym generatorem prądu), dopóki nie ubrało się go w sweterek. Ponadto, trzeba było założyc mumii wrotki, zrobić jej perukę ze spaghetti i uczesac widelcem, żeby wygrała konkurs piękności.

Najgorszy w takiej grze jest moment, kiedy człowiek się zatnie. Kliknęło się już na wszystko milionpińcet razy i nic. DALEJ NIC. Strasznie to jest stresujące, ja np. bardzo wtedy przeklinam i po jakichś 5 minutach lecę szukać solucji. Te wszystkie fora są bardzo fajne, ale nie ma to jak wspólne przechodzenie gry („Ty, ta wrona mi upuściła kulke na dach i co teraz? – „Teraz musisz wystrzelić z tej procy w chmurę, ale dwa razy!”).

No.
Jakby co, to TUTAJ jest pare niezłych roomow do escapnięcia.

O BABIE

Wzięłam se wczoraj (po dniu pełnym wrażeń) wychodne i poszłam w długą na zakupy.

Otóż generalnie nie mam się w co ubrać (a która z nas ma), a w takie upały zwłaszcza (czym się rożni zwłaszcza od gołębia?).

Mam taki feler, ze do jakiego sklepu bym nie weszła i ile bym nie szukała, to zawsze, zawsze ląduję przy wieszakach z odzieżą czarno – białą. Podobnie wczoraj – w torbie zaposiadałam już czarną płocienną spodnicę, biała koszulę, aż tu WTEM!

Na wieszaku wisi ONA. Sukienka właściwie moich marzeń.
Taka bardziej tunika, prosta do bólu, w kolorze… w sumie nie wiem jakim, bo to sa przeplatane nitki turkusowe i brązowe. Trzęsąc się z pożądania, zamknęłam się z nia w przymierzalni i modliłam się, żeby nie wyglądac w niej jak głup.

Nie wyglądałam.

W domu znowu ją założyłam i przeparadowałam w niej kilka razy w te i nazad. Strasznie, ale to STRASZNIE chciałam, żeby już było dziś rano i żebym już mogła isc w niej do pracy.

– Ty to jestes psychiczna – oznajmił mi N.

(mielismy zresztą maleńkie nieporozumienie w temacie lakieru do paznokci, kiedy to oświadczyłam „Kochanie, zobacz jaki piekny lakier, mimo, że czerwony, to w ogóle nie w odcieniu fuck me james”, na co on „JA CI DAM fuck me james!!!” i musiałam mu tłumaczyc, ze to taki nasz lejdisowy skrót myślowy, służący precyzyjnemu określeniu odcienia lakieru, bardzo obrazowy i przydatny, uff)

Tak więc wbiłam się od rana w kieckę (dopiero po jej założeniu odkryłam suwak z boku – trochę się denerwowałam, że trudno się zakłada), siedzę i czekam na rozwój wydarzeń. Po raz pierwszy od niewiadomo kiedy NAPRAWDE przyleciałam do pracy z entuzjazmem.

Dobra. Może jestem trochę psychiczna.

O UPALE I POLITYCE

Ludzkość małego, dośc brudnego kraiku na obrzeżach Europy podzieliła się na dwa obozy.

Jedni krytykują tych, co narzekaja na upały, że ludziom to się nie dogodzi – zima narzekają, ze jest zimno, a latem – że gorąco. A jak nie ma słońca, to narzekają, że nie ma słońca i że mają depresję, a jak jest – to narzekaja że jest i świeci.

Drudzy mówia: czy u nas do cholery nie może być normalnie. Tylko albo minus czterdzieści przez szesć miesięcy, albo plus pięćdziesiąt. I czy by nie mogło być miłe, sympatyczne dwadzieścia pięc, na ten przykład.

Po dzisiejszym serwisie Trójki ja nie wiem, czy my jesteśmy jako naród przygotowani na to, że mogłoby być cos NORMALNIE u nas. Czy my jesteśmy na to gotowi.

Proszę bardzo, dla przykładu:

Najpierw minister zdrowia, wybitny kardiochirurg, zaświadcza własnym autorytetem, że prezydent Polski jest normalny i zdrowy. Mówi to głośno i z przekonaniem. Powtarza kilka razy. Na oficjalnej, rządowej konferencji. Na pytanie „a poco państwo to właściwie ogłaszają” pada odpowiedź, że dlatego, ze w „Super Expresie” napisali, że chory.

Aha.

Następnie prezes PZPN dziękuje własnie wypierdzielanemu na mordę za kichę na Mundialu trenerowi tymi oto słowy: „Pawle, jesteś świetnym trenerem. Odwaliłes kawał dobrej roboty. Naprawdę dzieki tobie mamy w polskiej piłce nożnej sukces. Mamy się czym pochwalić. Bardzo ci dziękujemy, że tak się natyrałes i takie super osiągnąłeś wyniki”. Mówi to głośno i z przekonaniem, zupełnie, jak powyższy minister zdrowia. Po czym go wywala i przyjmuje na jego miejsce jakiegos Holendra za pincet miliardów baniek.

Także ja bym chciała w tym miejscu zauważyc, że gdyby tak u nas nagle Z DNIA NA DZIEŃ zaczęło być normalnie, to moglibyśmy naprawdę tego nie przeżyć.

PS. Tytuł z Interii dzisiejszy: „Pijany pacjent uciekł ze szpitala na wózku inwalidzkim”. Jakies pytania z sali?…

O PLESZCE (TAKI PTASZEK)

(No – nie jest jeszcze tak źle, robotnicy za mną gwizdali).

Ptaszek na mnie drze mordę.

Nie mogę usiąść na tarasie ani w altanie, bo siada na płocie i się na mnie drze. W sensie, że mu przeszkadzam, bo on musi do budki włatać i wylatać, więc ja mam się wynieść. Potrafi tak się piłowac godzinami.

Najpierw rozsądnie próbowałam mu przetłumaczyć, ze JA TU MIESZKAM, ale on twierdzi, ze on tez i był tu pierwszy.

Przez pierwsza godzinę macham ręka (a to się drzyj, jak ci się chce w taki upał), ale pozniej już mnie to denerwuje. Wczoraj to już zaczęłam szukać jakiegos kamienia normalnie, ale N. mnie powstrzymał:

– Zostaw – to jedyne stworzenie na świecie, które osmiela się drzeć na ciebie mordę.

Nie mam jakos pomysłu na te upały w pracy. W domu to co innego – leżaczek, hamaczek, ale w pracy?… Nawet błyszczyki mnie nie podtrzymują na duchu.

MNIAM MNIAM LATO

Weekend (w hutniczym piecu) minął nam nader pracowicie.

Najpierw musiałam skończyć książkę, która pozyczyła mi kolezanka, i strasznie się wkurwiłam na bohaterkę, bo zdradzala meza, a mąż był fajny. No zdenerwowałam się, jak nie wiem co.

Pozniej N. układał ksiązki w naszej nowej bibliotece, a ja mu pomagałam. To jest, siedziałam i je czytałam. Nie, nie wszystkie – ahaha! – przecież bym nie zdążyła. Co poniektóre. Takie „Wpływy ideologiczne w mennictwie rzymskim” na przykład nie. Ale taką inna o Rzymie – owszem. Mały atlas anatomiczny – owszem. Legendy kaszubskie – chętnie, a także album o Zofii Stryjeńskiej.

Efekt jest taki, że N. rozpakował pudła, które stały w garażu – a to doprawdy ułamek naszego księgozbioru – i skończyło nam się miejsce w bibliotece. A taka nam się wydawała duża.

Generalnie nuda, nie?
Mundial się skonczył (efektownym bykiem), premier się skończył.

Wysmarowałam się sublime bronze i tak sobie siedzę za biurkiem, troche smierdząc, i medytuję.

O STRAŻAKU

Przepraszam, że papuguje za Kizią, ale nie mogłam się powstrzymać:

Wg Gustawa Holoubka:
„Przytoczę taki obrazek obyczajowy, który moim zdaniem dobrze ilustruje to, co się teraz dzieje w polskiej polityce.
W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: „Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”.
A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: „Odpierdol się strażaku”.
I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas.
Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: „Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara!”.
Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu.
Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: „A pan jest chuj!”. Przy czym strażak był już inny.
Więc tak wygląda życie polityczne w naszym kraju.”

Amen.

O UPADKU PEWNYCH WARTOŚCI, ALE NIE TYLKO!

W księgarni obok mnie leży żółta broszura zatytułowana „Gazy jelitowe” i Hanka się mnie pyta o godzinie 8 rano, czy już ja kupiłam i czy mnie urzekła.

Nie, nie kupiłam, ale niewykluczone, że kupie.

Kiedyś na przykład czytałam „Przekrój”. Nawet po tym, jak zamienił się w tzw. kolorówkie. Czytałam mężnie, a mojemu dyrektorowi, który niemiłosiernie się ze mnie nabijał za każdym razem, jak mnie widział paradującą z Przekrojem pod pachą, tłumaczyłam, że trzeba iść z duchem czasu i takie tam.

Następnie Przekrój sprzedał ostatnia stronę i już go więcej nie kupiłam i nie kupię.

(Kurwa… to było dla mnie, jakby sprzedać naszą Damę z łasiczką. No dobra – DOSTANIEMY KASE. I co?)

Ostatnio leżał u rodziców, więc wzięłam do ręki i przeglądam. I co widzę w Przekroju?

Już nie będę komentowac tego, ze w Przekroju pisze Kuba Wojewódzki – jakieś takie dziwne bobki, które nie są ani smieszne, ani heurystyczne i w sumie nie wiem, jakie za nimi stoi przesłanie, natomiast w jednym z tych bobków widzę co?… Widzę na własne oczy „płetFal błękitny”.

Przysiegam i niech mnie piorun strzeli jak tu siedzę – „PŁETFAL” w Przekroju.

To była ostatnia gazeta, jaka kupowałam. Koniec. The end. Zostaja mi „Gazy jelitowe” i tam przynajmniej zadnych płetfali nie będzie (zresztą uwazam ze to swietny temat na PASJONUJĄCY KRYMINAŁ o zbrodni popełnionej z wykorzystaniem gazów jelitowych – nikt nie potrafi wyjaśnić tajemniczego morderstwa, gdyż narzedzie zbrodni się ze tak powiem ROZWIAŁO. Bystrego detektywa naprowadza jednak na trop mała, zołta broszurka, leżaca na biurku podejrzanego…)

Odkryłam natomiast poważna luke rynkową: w ogole NIGDZIE NIE MA BUTÓW które by nie dotykały stopy. Chodziłam wczoraj (właściwie czołgała, pojękując, ruchem z lekka robaczkowym) z moim popytem i zadna podaż nie wyszła mi naprzeciw.

Poza tym wygladam dzis jak niedogotowana salamandra, albowiem wypróbowałam balsam lekko opalający Johnson na noc. Pomijam już ze SMIERDZI JAK NIE WIEM CO (tzn. wiem jak co – jak klasyczne samoopalacze), to obudziłam się żółta i z zaciekami na łokciach i kostkach. Miało być POWOLI i STOPNIOWO, tak?