O DIUNIE, KRANIE I SPACERZE

(Jak w najbliższej przyszłości jeszcze jedna osoba wyląduje w szpitalu, to naprawdę, naprawdę pójdę do lasu, położę się, posmaruję dżemem jagodowym i niech mnie niedźwiedzie jedzą – bo mi się margines bezpieczeństwa skończył).

Ze stresu ludzie robią różne rzeczy – to wiem. Ale N. wczoraj wieczorem przyniósł sobie wagę kuchenną i ważył na niej kołowrotki wędkarskie. Nie wiem jak to zaklasyfikować (a jak mam problemy z przyporządkowaniem czegoś do jakiejś kategorii, to się robię nieswoja).

A poza tym co? Kran nad zlewem się urwał. Nawet mnie to nie zdziwiło. I niby wiosna, ptaszki się wydzierają erotycznie, a w nocy taki mróz, że boję się prymulki na tarasie postawić, żeby nie zamarzły (moja ciotka twierdzi, że bardzo podrożały sadzonki kwiatów na naszym ryneczku).

Wczoraj poszłyśmy na spacer ze Szczypawką, bo pogoda ładna. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jak wyjdę z domu (a staram się jak najrzadziej), to mam ludzkie interakcje nie ze swojej inicjatywy, oczywiście. A to pani z rowerem mnie zapyta, kiedy jest osiemnasty, a to pan z SUV-a, gdzie tu jest Okrężna (nie mam pojęcia). Muszę wyglądać na taką, co WIE (czyżby czarownica?). No i wczoraj tez, oczywiście, zagadnął nas starszy pan, kiedy Szczypawka wąchała się z psami z jego ogródka (to znaczy – ona wąchała, a tamte się darły).

– A wie pani, skąd mam tego? – pokazał na małego beżowego terierka, w typie większego jorka. – Przed Bożym Narodzeniem ktoś go wyrzucił. Stał przed bramą, trząsł się z zimna i piszczał. A jak go zabrałem do domu, to pierwsze co zrobił, to poszedł do kuchni i przyniósł w zębach miseczkę, taki głodny był.

No i prawie się popłakałam i zgodziliśmy się z panem, że ludzie to najgorsze kurwy (no… nie tymi słowami, jednak staram się utrzymywać pozory na zewnątrz). Może ja trochę przesadzam, na przykład od kilku lat do nas do domu wchodzi się garażem, bo Szczypawka ma w drzwiach wejściowych swoje posłanko i wygląda na ogródek i ulicę – mówimy, że jest u siebie w internecie; więc nie używamy drzwi, żeby jej nie przeszkadzać. Ale nie pojmuję, jak można wyrzucić małą, kudłatą, mądrą istotkę z domu, jak śmieć – i to przed Bożym Narodzeniem. Albo uderzyć psa (bo człowieka OWSZEM – prałabym po pyskach co poniektórych, aż by wióry szły i zęby leciały). 

Oraz wreszcie obejrzałam „Diunę”. No dobrze, lepsza od starej wersji (ale też musieliby się ciężko napracować, żeby była GORSZA – z całym szacunkiem dla Lyncha, którego przecież uwielbiam). I tak:

– ważki im wyszły wspaniale, i dryfujące lampy;

– jednak co do Momoa w roli Duncana Idaho nie jestem przekonana, nawet kiedy się ogolił; w ogóle wszyscy faceci noszą brody i wyglądają jednakowo i to jest mylące;

– Liet – Kynes baba? – no niech będzie;

– za mało o mentatach, mentaci są bardzo ważni dla historii, a tu prawie nic o nich i ich roli;

– ja wiem, że w książce też jest sporo mistycyzmu i w ogóle, ale chwilami niepotrzebny patos, IMHO;

– natomiast Jessica? Jessica była PIĘKNA. Piękna i ponętna. A tutaj to jest chodząca nerwica, w dodatku zagłodzona. Najbardziej na nie. 

I dlaczego w ogóle jeszcze nie było Nawigatorów? 

Jak się skończy wojna, to może obejrzę jeszcze raz, bo wszystko do mnie dociera jakoś tak połową mózgu, bo druga jest zajęta martwieniem się. I czasem panikowaniem, chociaż staram się nie. Ale nie zawsze się udaje.

15 Replies to “O DIUNIE, KRANIE I SPACERZE”

    • PRZY JEDZENIU? Żeby niestrawności dostać?
      Nie wiem dlaczego zniknęło, znalazłam, ale chyba inaczej wygląda i z tym już NIC NIE UMIEM ZROBIĆ. Trzeba by zawołać fachowca. Tylko skąd go wziąć?

    • Pora roku i wydarzenia bieżące wystarczą, żeby ludziom w głowach namieszać, to fakt.
      Pytanie pomocnicze – a pociąg jechał przez Konin?

      • I dodam jeszcze, że wydarzenia rzeczywiście mogły pani namieszać w głowie, gdyż – z powodu pomyłki PKP – jechałem w wagonie razem z uchodźcami i wagon był nabity do granic: ludzie siedzieli na podłodze, stali między fotelami, na korytarzu przy toalecie; masa dzieci; psy/koty w kojcach. Przez 7h jazdy tylko pani konduktor raz się pojawiła.

  1. A ja bawię się doskonale przy książkach Jamesa Herriota o jego weterynaryjnych przygodach, pacjentach i ich właścicielach. Piękny język, humor, ciekawe obserwacje i mnóstwo barwnych postaci. Odpływam w tamten świat i tak się delektuję tym wszystkim.
    Diunę obejrzałam drugi raz zaraz po powrocie z kina. Bardzo mi się podobał klimat. Nawet nie porównuję do książki, bo rozbieżności jest tyle co rozstępów na moim brzuchu 😉
    Czwarty sezon Wspaniałej pani Maisel obejrzany?

    • Klimat tak. Plenery i scenografia – bardzo na tak. Zęby czerwia – ho ho!
      Z panią Maisel jakoś nam się kontakt urwał na drugim sezonie, mussiałabym wrócić.
      A książki Herriota – czytałam tylko pierwszą część, dawno dawno temu, sprawdziłam w antykwariacie – drogie jak nie wiem co!

      • Dlatego pofatygowałam się do biblioteki, bo mają wszystkie części.
        Znalazłam też bez problemu pdfy, które da się czytać bez problemu na Kindle, ale o tym ciii. Chociaż w przypadku książek, których normalnie nie można kupić, mam mniejsze opory przy korzystaniu.

  2. Ale mimo wszystko klimat tej Diuny fajny. A że czytałam bardzo dawno i słabo pamiętam, to aż tak udziwnienia nie przeszkadzają. No w każdym razie na pewno dużo mniej, niż w Wiedźminie.

    • Wiedźmina to z kolei ja czytałam dawno i nie pamiętam detali, a w ogóle to najbardziej lubiłam pierwsze opowiadania („Droga, z której się nie wraca”), a później to już tak sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*