O CZESKICH PRZEKĄSKACH

Po pierwsze, Krtek wrócił i wprowadza zmiany topograficzne na Szczypawki ulubionym trawniku do sikania. Wrócił oczywiście DOKŁADNIE wtedy, kiedy N. wyjechał do Czech – PRZYPADEK? NIE SĄDZĘ.

Po drugie, N. wyjechał do Czech (jak już wspominałam), w związku z czym to ja miałam zaszczyt wyprowadzać jaśnie panienkę o 3.47 nocą na sikupę i wąchanie kosmosu. Błagałam ją, żeby wytrzymała chociaż do piątej, bo pańcia się boi duchów, ale gdzie tam. 

Po trzecie – skończyłam ten serial i hipiska w wersji Andie MacDowell mnie denerwowała do samiuśkiego końca. Zdecydowanie wolę szalone artystki łamane na hipiski w wersji Patricii Clarkson. No i ciśnienie mi się podniosło, jak młoda pojechała sprzątać u pani zbieraczki – w beżowych spodniach i ślicznym kardiganie ecru. I nie przebrała się, nawet nie założyła żadnego fartucha na wierzch, tylko w tym sprzątała kilka godzin (i jeszcze jedna scena, jak sobie zrobiła IDEALNY warkocz dobierany nawet nie patrząc w lustro). Oczywiście to są drobiazgi i trochę żartuję, ale mam taki wniosek – super, że jej wyszło ze studiami na koniec; wychodziła ze strasznej sytuacji i dzięki determinacji udało jej się przełamać schemat (miejmy nadzieję). Natomiast w większości podobnych przypadków dramat polega na tym, że nie ma nagrody w postaci wyjazdu na studia i zmiany otoczenia. Praca za małe pieniądze w złych warunkach nie jest sytuacją przejściową, tylko permanentną, na całe życie – i wtedy pogadajmy, na ile człowiekowi wystarcza determinacji. 

No to teraz dla odreagowania oglądam serial z rudym z Homelandu, który tym razem jest obrzydliwie bogaty, i ściga go prokurator o wyrafinowanych preferencjach erotycznych (ale z własną żoną!) (którą gra Rachel z „Mad Menów”, ze trzy odcinki mnie męczyło, skąd ją kojarzę). 

A następnie N. wrócił z Czech i przywiózł mi DUPETKY (bo mu kazałam – znalazłam w internecie i mnie zaintrygowały nazwą oraz ogólnie tym, że ISTNIEJĄ, a ja ich nie próbowałam!). Są bardzo smaczne, może trochę podobne do naszych talarków, ale lepsze i bardziej chrupiące. Ale jak już jesteśmy przy słonych chrupiących przekąskach, to ujęło mnie podejście Czechów do czipsów. Otóż mają marki własne czipsów, na których widnieje napis „Nejsme chipsy, jsme BRAMBURKY” w prostych, przezroczystych opakowaniach, żeby było widać to co w środku: uczciwy smażony kartofel, a nie jakieś nie wiadomo co posypane tablicą Mendelejewa. I takiego czegoś bardzo mi u nas brakuje. Ba, w Polsce nawet nie mamy własnej nazwy na czipsy – bo „prażynki ziemniaczane” to inny produkt, „chrupki” też. 

A dwóch kolesi z Liverpool przedstawiło nową teorię, zgodnie z którą Wszechświat nie miał początku i po prostu istniał od zawsze. Z jednej strony to pocieszające, z drugiej – dosyć lubię Big Bang, ale podobno ta teoria nie wyklucza Big Bangu, tylko twierdzi, że nie był początkiem, tylko czymś w rodzaju anomalii. No jeśli tak, to w porządku.

PS. Zapomniałabym podziękować za morderców w czwartki! Bardzo, bardzo świetna – od razu zamówiłam drugą część.

5 Replies to “O CZESKICH PRZEKĄSKACH”

  1. Rudy coś w sobie ma. Idąc tropem książkowym. Biblioteka o północy. Bałam się ze to będzie jakiś Zafon ale nie.
    Nie przejmuj się początkiem . Mój mąż rzucił po 7 stronie kiedy rozdział się rozpoczynał tekstem „3 dni przed moim samobójstwem”😉. Jest mądrze optymistyczna.

  2. no wlasnie , jaki to serial bo made juz obejrzalam do konca. W kwesti czipsow to co proponujesz? bo ja je jadalam bedac malym dzieckiem kiedy tata zabral mnie do gorzelni i z takiej olbrzymiej maszyny jak magiel wychodzily platy sprasowanych spieczonych ziemniakow, takie cieniuskie i smakowaly jak czipsy , bez zadnych dodatkow

  3. A ja skończyłam i serial o sprzątaczce i książkę. W książce jeszcze bardziej przygnębiające jest to że nie ma nawet matki wariatki. Smutne, naprawdę

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*