O TYM, ŻE NIE JADŁAM ROGALA

No dobrze, to teraz będzie coming out: nie lubię rogali marcińskich. W ogóle nie przepadam za masą makową, a już z bakaliami to fujka. 

Z patriotycznych słodyczy to zjadłam w weekend rewolucyjną napoleonkę (nie kremówkę!) z piorunem od Lukullusa i wystarczy. Na szczęście niedużą, i na szczęście trudno je kupić, bo o dziesiątej już cały nakład wymieciony, a na Francuskiej nie ma gdzie zaparkować. Więc zjadłam w słusznej sprawie – dobra była, nie za duża i nie za słodka. Ale i tak wolę smalec od mamy mojej koleżanki – chociaż to w zasadzie jest antologia poezji, a nie smalec. 

Jeśli chodzi o nastrój, to albo mam ochotę płakać, albo kogoś zabić – wiadomo, kobieta zmienną jest. Albo jedno i drugie naraz. Mam covidowe sny – że jestem w pięknym miejscu z plażą i oceanem, i jedyne czym się zajmuję, to szukanie maseczki, bez której nie wolno. Naprawdę wolałam już, jak mi się śniły kataklizmy i UFO, niż te cholerne maseczki.

Natomiast świetnie się wpasował w mój nastrój Julian Barnes, chociaż właściwie to jego książki, które od jakiegoś czasu leżały na kupce do przeczytania i najwyraźniej nadszedł ich moment. Uwielbiam jego styl – chłopca z angielskiej szkoły z internatem – może dlatego, że zawsze marzyłam żeby być chłopcem w angielskiej szkole z internatem; nawet legendy o ohydnym jedzeniu mnie nie zniechęcały, bo w dzieciństwie prawie nie jadłam. 

A na nowe seriale na razie nie mam filingu, za to po raz chyba siedemnasty obejrzałam „Zodiaka” (pierwszy wspólny film Hulka i Iron Mana, he he). Między innymi dlatego, że wpadła mi w oko analiza kolorów w filmie i faktycznie – w „Zodiaku” wszystko jest niebieskie albo żółte. Niezależnie od kolorów – świetny film, jeden z moich ulubionych.

Cieszyć się z tej szczepionki czy nie, żeby nie zapeszyć?…

PS. Natomiast „W deszczowy dzień w Nowym Jorku” – jakoś nie, nie urzekło mnie. Jest kilka fajnych scen – najlepsza z całego filmu to Gatsby z mamusią w gabinecie – ale całość jakaś powierzchowna.

PSPS. I jeszcze jedna korzyść z „Zodiaka” – penne vodka! Koniecznie muszę zrobić.

29 Replies to “O TYM, ŻE NIE JADŁAM ROGALA”

  1. Czy obecne tu panie okołopięćdziesiątkowe obejrzały już nowy sezon The Crown? 😎
    Wypełniłam kilka godzin swojego życia, w którym, według niektórych, nic się nie dzieje, świetnym aktorstwem duetu Anderson & Coleman. Ach, co za uczta.

  2. Zjadłam rogala marcinskiego, z cukierni Karpicko, wysyłają. W Warszawie to jednak nikt nic nie wie o porządnym wielkopolskim rogalu. Jadłam 2 dni, ale raz w roku można. Albo co.
    Z książek, to kupiłam parę sztuk, taką Ninę Solomon o hasydach satmarskich, teraz po Unorthodox zrobili się popularni, Kajś o Śląsku i Zasłonę dymną, bo lubię Horsta. Wyszedł też ostatni Czubaj, nie że ostatni w ogóle, ale ostatni z komisarzem Heinzem. No i Maryla Szymiczkowa aka Jacek Dehnel wydała nowy tom przygód profesorowej Szczupaczyńskiej! (Jutro ma być, bo się nakład wyprzedał przed premierą). A ze snów, to w kółko śni mi się Szwajcaria, stare miasto w Zurichu, włoska knajpa nad Limatoquai, katedra w Bazylei, Migros na Oerlikonie. Zastanawiam się, czy to nie jest znak, żeby pierdolnąć wszystko i przenieść się do Szwajcarii.

  3. ech, narzekacie bardzo. Wrocilam po kilku miesiacach na chate. A tu : ausweis na kazda okazje. W banku dostalam op…L ze mam chustke na twarzy a nie maske . Nosze jedwabna
    bo milsza skorze. Siedze w chacie i co z tego ze z butelka merlot. Dookola cisza taka jakby juz wszyscy umarli. W netflix nic nowego. Seriale zaczynaja pierwszy odcinek interesujacy – podroze do swiatow rownoleglych a potem nuda – wieje nuda wszedzie …. rogala marcinskiego zabralam ze soba ale nie powalila mnie nowa receptura (#bigbonjour) za to chalka miodzio…. w zwiazku z tym zabralam sie za projekt ksiazki pop-up . Czyli znowu partyzantka , bo bede pomykac ponad 1km od dozwolonego dystansu od chalupy na balange u znajomych. Czyli tajne uniwersytety gastronomiczne …. tez sa zabronione spotkania

    • „Pomówmy szczerze” i „Poczucie kresu” skończyłam, teraz mam na warstacie „Jedyną historię”. A jeszcze „Pedant w kuchni” – takie ni to opowiadanka, ni felietoniki – się bardzo uroczo czytało, ale to na jeden ząb i na godzinę.

  4. Od zawsze miewam takie sny, że jestem gdzieś w publicznym miejscu kompletnie goła. Do niedawna w tych snach dyskomfort polegał jedynie na tym, że nie miałam kieszeni i zmuszona byłam nosić w rękach te wszystkie drobiazgi – bilet, pieniądze, telefon, klucze etc. Teraz się budzę spocona z nerwów, bo jestem goła całkiem, czyli bez maseczki i na pewno kogoś zarażę na śmierć.

    Swoją drogą – ostatnio, całkiem na jawie, znalazłam się w ciasnej uliczce otoczona przez jakichś 30 młodych mężczyzn w kapturach i maskach (oraz całej reszcie odzieży, żeby nie było!); rok temu wpadłabym w panikę, a teraz się ucieszyłam, że młodzież taka odpowiedzialna.

    • Nigdy nie miałam tego snu z byciem gołym w miejscu publicznym.

      Inne popularne owszem – pociągi, spadające windy, latanie – ale NIGDY NA GOLASA! I o czym to świadczy, hę?

      • A taki o telefonie, któremu znikają klawisze albo się przemieszczają i nie da się wybrać numeru? A ten o zgubieniu dziecka (nie mam dzieci, nigdy nie miałam, a we śnie ciągle je gubię i jeśli znajduję, to gdzieś za szafą – w stanie ususzonym)? A te pełzaniem przez ciasne korytarze, które robią się coraz ciaśniejsze?

    • Mnie się od lat śni od czasu do czasu, że jestem w miejscu publicznym w za krótkim dole i goły tyłek mi wystaje 😉 Również śni mi się, że nie mogę gdzieś zadzwonić, a muszę. Widać, nie jestem wyjątkowa i pewnie psychoterapeuta miałby co nieco do powiedzenia 😉
      A dziś śniło mi się równoległe życie od czasu ślubu. I we śnie stwierdziłam, że jednak te prawdziwe lepsze, mimo że te ze snu łatwiejsze (emotka z wirującymi gałkami ocznymi).
      Dwa razy w życiu (miałam naście lat) miałam sny, które potem sprawdziły mi się w detalach. Obrazowe kopiuj wklej. A na początku lutego przyśniło mi się moje umieranie, które miało nastąpić dokładnie 4 miesiące później – w noc po moich urodzinach. I wiecie co, chyba nigdy wcześniej nie doceniałam każdego dnia życia, jak wtedy, przez te 4 miesiące…

  5. Jacek Galiński – Kółko się pani urwało, i dalsze z serii. Kryminał w realiach dzisiejszej Warszawy, z perspektywy upierdliwej staruszki. Ubawiłam się setnie 🙂

  6. Yyy. Nie, nie chciałabyś być chłopcem w angielskiej szkole z internatem… Polecam bardzo „Jak wytresować lorda” by Alex Renton; bardzo dobra książka.
    Rogale marcińskie lubię, ale u nas nie ma.
    A jeśli chodzi o nastrój – przytulam po prostu.

    • No i nie wiem, przeczytać i rozwiać marzenia czy pozostać w nieświadomości?
      PRL-owska podstawówka to też nie było nic specjalnie miłego, a jednak człowiek przeżył i nawet nauczycielki miło wspomina. Niektóre naturalnie.
      Ech… Na poprawę nastroju bym najchętniej powisiała nad kieliszkiem wina w miłym przytulnym speluniastym tapas barze. Kurwa mać.

  7. Nie ma co czytać i nie ma co oglądać. Obejrzeliśmy „Na poboczu” i owszem, nie jest zły, ale pozostawia jakiś niedosyt. Nawet High Laurie jakiś taki… no jemu też czegoś brak. Kolejny Hugh, Grant, w nowym serualu Nicole Kidmanowej też na razie nie zachwyca. Niby jest intryga i zwroty akcji w odpowiednich momentach, ale żeby mnie zachwycił, to jeszcze dużo mu brakuje. Pozostaje „Gambit królowej”, który tak wszyscy zachwalają.
    Ale nadal nie ma co czytać.
    Czekam na nowego Clarksona, czekam na Stephena Fry. Ale to wciąż mało. Co to jest dwie książki?
    Niech to się już skończy i niech będzie można wsiąść w samolot, nawet opóźniony (jak zwykle) i gdzieś pojechać, zmienić na chwilę perspektywę.

    Z covidowym pozdrowieniem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*