O SKUBANIU KOZY

 

Ogrzewanie się włączyło, a przednia szyba w samochodzie była dziś rano do skrobania. N. sadystycznie odczytuje mi pogodę z ajfona „Corralejo 26, w nocy 22 – a pamiętasz jak powiedziałaś, żebyśmy już poszli z plaży, bo masz dosyć?” i mówi, że przez całą zimę mi będzie to wypominał. Jedyna – powtarzam JEDYNA – korzyść z chłodniejszej pogody to taka, że pies też szuka ciepła i przy każdym przycupnięciu na kanapie przytula się albo wbija w człowieka swoje cztery cieplutkie, mięciutkie psie stempelki.

JEDYNY plus.

Kozia restauracja nazywa się „Pincha Cabra” i niby lubią w niej kozy, bo wszędzie wiszą ich portrety (mnie się najbardziej podobają takie z długimi pyskami, jak charty – wieszałam je już kiedyś).

 

IMG_0322

IMG_0320

Do Pincha Cabra codziennie wali tłum, bo mają znakomite tapasy i bardzo przytulnie urządzony lokalik w małym, białym, parterowym domku przy placu, z kolorowymi okiennicami. My przez kilka lat byliśmy na nich OBRAŻENI, to znaczy N. był. Co prawda, nie bardzo pamięta, o co poszło. Prawdopodobnie o to, że nalali wina do kieliszka z dwóch różnych butelek, ale ręki sobie obciąć nie da. W tym roku dał się przeprosić (tj. wszedł naburmuszony, a trzy dziewuchy natychmiast zaczęły dookoła niego skakać, więc poczuł się doceniony) i bardzo dobrze, bo to fajny lokal, miły, z dobrym jedzeniem. Chociaż czarny ryż z sepią trochę mnie przeczołgał.

IMG_0319

Natomiast nie mam dobrych wiadomości dla kóz – „pincha cabra” to znaczy mniej więcej „skubnij kozę”. Nie chodzi o żywą kozę, niestety, o czym dobitnie świadczy zawartość lady z przystawkami przy wejściu, a także takie oto widoki:

IMG_0321

W tym roku właściciele Cabry otworzyli jeszcze jeden lokal przy morzu, nazywa się „Gilda”. Urocze miejsce na drinki i przekąski. Tam też dziewuchy od razu skakały dookoła N. (na przykład, dały mu do powąchania szesnaście butelek z ginem, bo w Hiszpanii jest aktualnie histeria na gin w różnych smakach i drinki z nim), więc od razu było miło. A rzeczona gilda to jest bardzo popularna tapa, zwłaszcza na północy – taki szaszłyk na patyku, o tu jest dokładny przepis:

IMG_0351

 

N. dostał objawienia, że to przecież jest ŚWIETNA zakąska do wódki. I dlaczego właściwie jeszcze tego nie podaliśmy na żadnej imprezie! (Ja powiem, dlaczego – otóż DLATEGO, że niektórym z nas nie chciało się mazać po łokcie w anszujach, choć w sumie dobry anszuj nie jest zły). Ostatniego wieczoru w „Gildzie” siedzieliśmy przy barze z dwójką miejscowych gitarzystów, grali i śpiewali coś w rodzaju flamenco, chociaż bardziej balladowe – ale tacy prawdziwi artyści, nie jakiś tam obszarpany uliczny grajek. Bieluteńkie koszule, lśniące hiszpańskie gitary, ten sznyt. N. się natychmiast zaprzyjaźnił, postawił im lufę, opowiedzieli sobie nawzajem swoje życie, jak to przygodnie poznani faceci w barze, a jak wychodzili, to mnie wycałowali.

– Kochanie, a mogę napisać, że jesteśmy tak zblazowani, że całuję się po barach z artystami, a mój mąż za to płaci? – pytam N.

– Ja cię jednak wyślę do psychiatry.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Przecież zwierciadło rzeczywistości można ustawiać pod różnymi kątami, jak mówiła Czyżewska w „Małżeństwie z rozsądku”.

A teraz przez pół roku gil, a nie żadna gilda. I wcale niewykluczone, że jednak do tego psychiatry trafię.

 

3 Replies to “O SKUBANIU KOZY”

  1. z tym ginem to mnie trochę irytowali, gin jak gin, szału nie ma. Za to mają takie pyszne wina! i co zamawiałam jakieś lokalne wino to słyszałam „a może jednak jakiegoś drinka z ginem? Mamy pyszny gin truskawkowy” (?!?)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*