O IDEOLOGII LEŻENIA POD KOCEM I ZAMIESZKACH

 

Chyba życzenia się spełniły, co prawda nic mi się nie ulało, ale od dwóch dni mogę oddychać tylko płytko, a nachylenie się nad brodzikiem, żeby umyć włosy, było nie lada wyzwaniem. Słabo się zginam. Na prezenty też nie mogę narzekać, oto próbka.

IMG_0487

Poza żarciem, uprawiałam hygge. To znaczy, ja uprawiałam to co zwykle – Opierdalanie Pod Kocykiem (OPK) – to, co uprawiam od wielu lat, w czym jestem niekwestionowanym olimpijskim mistrzem świata (to znaczy – BYŁABYM – gdyby mi się chciało startować), tymczasem wyszedł bestseller, że to się nazywa hygge i jest aktualnie bardzo modne. I teraz już nikt nie mówi, że się opierdala na kanapie, tylko wszyscy hygge. Ja tam jestem przywiązana do terminologii słowiańskiej, więc nadal będę się po prostu opierdalać. Pod kocykiem. Z herbatką (ale nie za dużo herbatki, bo trzeba wtedy biegać siusiu, wygrzebywać się spod koca, zagrzebywać z powrotem… po prostu potrzebny jest mistrzowski punkt równowagi, jak we wszystkim).

Natomiast wczoraj szwagier się mnie pyta, czy słyszałam o rozruchach w Świnoujściu. Pasztecik z kapustką mi w gardle stanął, gdyż nie słyszałam i się zdenerwowałam, że jeszcze mi spalą chałupę albo co. A ta zmora (nadal mowa o szwagrze) relacjonuje mi jakąś awanturę o pierogi – kobitka otworzyła sklep z wyrabianymi na miejscu pierogami, krokietami i takie tam, ale z braku doświadczenia przeceniła siły i nabrała zamówień na święta więcej, niż była w stanie ulepić. Podobno przed sklepem odbyła się regularna Bitwa pod Grunwaldem w odcinkach.

Ale szwagrowi kiedyś, jak to się mówi elegancko w towarzystwie, łeb urwę i Hamleta zagram za takie ŻARCIKI.

Ten wiatr to kiedy przejdzie? Bo chodzę jak pijana. Może właśnie powinnam się napić, żeby odzyskać równowagę, ha!

 

O, CZAS NA ŻYCZENIA

 

Ponieważ albowiem nastał czas składania świątecznych życzeń (i ostatecznego dopieszczania śledziowych sałatek), to w tym roku podeprę się absolutnie zachwycającym cytatem z „Psich Sucharków”:

„Obeżryjmy się aż się nam będzie ulewało!”

A nasze Mikołaje niech dostaną przepukliny!

(I uprzedzam, że zdecydowałam się na recykling torebek prezentowych, więc jeśli ktoś pozna swoją torebkę prezentową z zeszłego roku, to się powinien cieszyć, że ma taką dobrą pamięć.)

Szczypawka mówi, że to są bardzo dobre życzenia i ona już może zacząć świętowanie (bo zawsze jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy).

To jak w tym roku – barszczyk czy grzybowa? U nas grzybowa (i kapelusze grzybów z zupy w panierce – mniam).

O TAKSÓWKARZU (?)

 

Wczoraj jechałam z taksówkarzem, który NIC NIE MÓWIŁ. Ani słowa, przez całą drogę. Pierwszy raz w życiu mi się coś takiego zdarzyło.

Atmosfera w taksówce panowała nader dziwna, bo żeby chociaż radia słuchał, no to rozumiem: nic nie mówi, bo słucha radia. Ale radio było wyłączone. Nawet do innych kierowców nic nie mówił („Jak jedziesz, ty chuju baranie, kto ci dał prawo jazdy”), co się taksówkarzom NIE ZDARZA. Tak w połowie drogi zaczęłam się nerwowo wiercić, a nawet zagadałam pierwsza (JA! Zagadałam pierwsza! Więc chyba widać, że sytuacja była naprawdę dziwna i groźna) – „A na tym rondzie to zawsze jest taki korek, prawda?” – NIC. Nic! Jak w studnię! A jak zapytałam przy wysiadaniu „To ile wyszło?” – to bez słowa przekręcił taksometr w moją stronę.

W dodatku jak już się tak zdenerwowałam i zaczęłam rozglądać po tej taksówce, to się okazało, że wszędzie, we wszystkich kieszeniach i zagłębieniach, leżą KASZTANY.

Oczywiście uważam, że był to seryjny morderca (któremu się jednakowoż nie spodobałam), albo handlarz żywym towarem (któremu się nie spodobałam, bo na żywy towar jestem już za stara). Istnieje także możliwość, że wiózł mnie jakiś eksperyment Elona Muska, a nie żywy kierowca. W każdym razie było dość traumatycznie – polecam to wszystkim, którzy narzekają na gadatliwych taksówkarzy. Naprawdę, lepszy gaduła, niż taka ENIGMA za kierownicą.

A dziś? Dziś rano zużyłam dwie warstwy przylepnej rolki, żeby doprowadzić czarne dżinsy do stanu mniej więcej pozwalającego na wyjście do roboty. Ale i tak kocham mojego pieska bardzo.

O EUTANAZJI

 

A jeszcze wczoraj toczyłam z N. uroczą dyskusję na wiele tematów jednocześnie, z naciskiem na lokalną sytuację polityczną, z tym że z mojej strony padało głównie stwierdzenie mania w dupie.

– Sporo masz w tej dupie – stwierdził w pewnym momencie N. z podziwem.

Wytłumaczyłam mu, że zgodnie z jedną z teorii Wszechświatów równoległych, nowe Wszechświaty mogą powstawać w każdej chwili, w dodatku bardzo malutkie. Nie jest zatem wykluczone, a nawet bardzo prawdopodobnie, że jeden z nich powstał akurat w mojej dupie. Co oznaczałoby, że mam w dupie cały Wszechświat! HANDLUJ Z TYM – jak mawiają Psie Sucharki.

I uważam, że wcale temu Wszechświatowi to by na złe nie wyszło – przynajmniej ma ciepło i jest zaopiekowany.

Tu na zewnątrz bywa gorzej. Cały 2016 jest jakiś podły i ma krzywy ryj, a grudzień to już jakaś ciężka anomalia. Eutanazujmy go już, niech się tak nie męczy (i nas przy okazji)!

O HISTORYCZNYCH CZASACH

 

Ponieważ znowu tak wyszło (grudzień, eh?), że żyjemy w historycznych czasach, to wrzucę zdjęcie Szczypawki. Wiadomo, że jamnik łagodzi obyczaje, a jamnik w golfie to już w ogóle (babcia zrobiła jej golf w pół godziny, i jaki twarzowy!).

IMG_0477

 

Zaczęłam wczoraj „Dom z liści” i wygląda to na początek pięknej przyjaźni, tylko ostrzegam – wersja papierowa czytana w łóżku może doprowadzić do siniaków na mostku (gruba i wydana na porządnym papierze). Ja już jeden mam.

O ŚMIERCI NEURONÓW

Zdążyłam do fryzjera przed świętami rzutem na taśmę; pogadałyśmy sobie z panią fryzjerką o rozwolnieniach naszych psów (no co zrobić – taki czas), a ja chciałam fryzurę w paski i dostałam w paski, a w bonusie jeszcze  komplement, że mam takie fajne włosy w dotyku (kolega pani fryzjerki: „Ale pani nie ma nic przeciwko, że sobie tak służbowo pomacam?” – nie miałam).

Ale.

Trwało to prawie cztery godziny (bo najpierw farbą takie sopelki, później grubsze strączki, później jeszcze jakieś pędzlowanie), a obok obcinała się pani. Z wyglądu NORMALNA. I prowadziła dialog z obcinającym ją chłopakiem – zaczęło się niewinnie, od przepisów na koktajle warzywne i tabletek z oleju lnianego (WTF? A nie można po prostu tego oleju zjeść w normalnym jedzeniu? No ale dobra, niech będzie). Ale tak siedzę, hoduję moje sopelki, czytam „Spadając” DeLillo (bdb) i nagle zaczyna do mnie przebijać z sąsiedniego fotela:

– szczepionki są niebezpieczne (OHO – myślę sobie);

– przypadki odry to jest histeria wymyślona przez media na polecenie koncernów farmaceutycznych, bo wszyscy wiedzą, że przecież nie ma odry;

– jej dziecko miało OBJAWY RAKA po szczepionce, ledwo je odratowali na ostrym dyżurze kroplówką;

– jeden lekarz odkrył, że szczepionki są niebezpieczne i powodują autyzm, to nagle się utopił w niewyjaśnionych okolicznościach i nikt mu nie pomógł – ona czytała o tym artykuł (w tych samych mediach, które opisują wyimaginowane przypadki odry?);

– teraz lekarze się boją otwarcie mówić, że szczepionki są niebezpieczne, bo każdy kto tak powie umiera w niewyjaśnionych okolicznościach;

– a wszystkie bakterie przecież zabija czosnek, bo był taki eksperyment pod mikroskopem i czosnek zabił sto procent bakterii, a aspiryna tylko połowę!

Siedziałam, słuchałam tego mimo woli, a moje neurony po każdym zdaniu ginęły bohaterską śmiercią całymi batalionami, jak żołnierze pod Monte Cassino. Z jednej strony tęskniłam za rozmową o psiej sraczce, a z drugiej wizualizowałam sobie jak wstaję, rzucam fotelem fryzjerskim przez okno i wyskakuję w ślad za nim (trzecie piętro). W końcu nie wyskoczyłam, bo a) rewelacje się urwały w momencie włączenia głośnej suszarki, b) szkoda mi było moich farbowanych sopelków.

Wyszły ładnie, ale neurony nie odrosną.

Łeb mnie tak boli, że boję się, że mi odpadnie przed Gwiazdką, a mam dla siebie takie ładne prezenty! Może chociaż jeden wręczę sobie wcześniej, na wszelki wypadek?…

O PEŁNI I PROŚBIE DO WSZECHŚWIATA

 

Mam nadzieję… MAM NADZIEJĘ, że to potworne, wszechogarniające wkurwienie, które mnie pożera od jakiegoś czasu, to był (przynajmniej częściowo) wpływ pełni. Nawet nie wiedziałam, że jest pełnia (tylko mój wkurw o tym wiedział) – dziś wstaliśmy o 3.17 i kilka minut po czwartej N. dzwonił z trasy „Słuchaj, ALE PEŁNIA!” – i kliknęło mi w mózgu – to by się zgadzało, bo nawet moje kości miały najeżony grzbiet. Niech to już minie, bo zwariuję. Nie znoszę takiej INTENSYWNOŚCI.

W dodatku łeb mi pęka, a w Żyrardowie mieli tylko rozpuszczalną solpadeinę (nawet jak to piszę, to gardło mi się zaciska ze wstrętu). A na dodatek cholerna Sephora dobrze wiedziała, jak wykorzystać moją chwilową słabość i fpizdu, znowu kupiłam sobie prezent gwiazdkowy.

Oglądam bardzo w porządku serial, „Frequency” (seryjny morderca plus podróże w czasie, chociaż właściwie podróżuje tylko informacja) i tam jest takie coś, że gra ileś aktorek, większość to brunetki i wyglądają IDENTYCZNIE. Wszystkie podobnie obcięte, umalowane, tak samo się ubierają. Chwilami się naprawdę gubię, która to brunetka aktualnie przeżywa załamanie nerwowe – matka? Córka? Koleżanka matki? Koleżanka córki? I jeśli matka, to kiedy – teraz czy 20 lat temu? Ja wiem, że podróże w czasie to nie jest kisiel błyskawiczny, tylko dlaczego jeszcze dodatkowo widzowi utrudniać przez obsadzenie żeńskich ról dwunastoraczkami jednojajowymi?… Jak ja czasem nie rozumiem tego świata, to po prostu jest STRASZNE.

Wchodzę do biblioteki, a tam na półce, na samym wierzchu szczerzy się do mnie książka „Porąb i spal”. Doprawdy, Wszechświecie, nie zachęcaj mnie dziś. Nie zachęcaj.

O TYM, ŻE MAM KOLEJNY POWÓD, ŻEBY LUBIĆ TŁUSZCZ

Cały zeszły tydzień był pod znakiem burej szmaty, bo Szczypawka na piątek miała umówioną biopsję guzka pod pachą. Nie wiem jak inni, ale ja na hasło „guzek pod pachą” rozpadam się na kawałki i zmieniam w kałużę, jak Amelia w pamiętnej scenie w kawiarni.

No ale nic. Jakoś dobrnęłyśmy do piątku i do gabinetu, gdzie przytrzymywałam pieska leżącego na Jezuska i starałam się nie zemdleć przy wkłuwaniu igły („Proszę się nie przestraszyć, może być sporo krwi, bo guzy są zwykle unaczynione, ja tej krwi nie będę ścierała, więc ostrzegam”). Krwi żadnej nie było, ale i tak mi serce stanęło, jak pani doktor wypluwała zawartość igły na szkiełko podstawowe.

– No proszę, tak myślałam. Nawet nie mam czego wysyłać do hist patu. Sam tłuszcz! Niech pani sama zobaczy – i podtyka mi pod nos szkiełko z kropelką czegoś przezroczystego, jak gliceryna.

Nie po raz pierwszy w życiu i pewnie nie ostatni ucieszyłam się jak głupia na widok tłuszczu – z tą różnicą, że tym raziem psiego, na szkiełku mikroskopowym. I żeby tłuszcz był taki bielutki i przezroczysty? W „Nip / Tuck” te odpady po liposukcji były takie ohydne, żółte. Może psi jest szlachetniejszy niż ludzki, nie zdziwiłabym się.

Na pamiątkę tych wydarzeń Szczypawka ma ogoloną do łysego przednią ćwiartkę – jakoś pani doktor maszynka szeroko pojechała – a tu idą mrozy; normalnie muszę skombinować taki szalikogolfik, bo to chwilę potrwa, zanim odrośnie. A jak na złość na drutach nie umiem! Może babcię zaprzęgnę do słusznego dzieła. Babcia zasuwa na drutach jak cała fabryka Mullera z „Ziemi obiecanej”, więc będzie gotowe w trymiga.

No i takie u nas przygotowania do świąt.

Ja naprawdę nienawidzę grudnia nie bez powodu.

„Tajemnice Twin Peaks” zupełnie inne, niż myślałam, ale fajne. Ale za czerwoną czcionkę to bym jednak wypruwała flaki wydawcom.

PS. Aha, jeszcze widziałam dokument o tym, że Królowa Elżbieta była mężczyzną. To już wolę teorię o tym, że dinozaury były włochate.

O ZWYRODNIAŁYM STYROPIANIE

Grudzień trwa. Kalendarzowo (jak łatwo zauważyć) oraz nastrojowo, bo niestety zapowiadają się kolejne atrakcje. No ale jak to mówi mądrość ludowa – co zrobisz, nic nie zrobisz. Trzeba zacisnąć zęby.

Przynajmniej jestem znacząco do przodu, jeśli chodzi o prezenty. Reżim się sprawdza – może nie będzie zbyt wielu niespodzianek, ale każdy powinien się ucieszyć. Chwilę niepokoju miałam wyszukując książki dla babci – wiadomo, musi być z ludzkim dramatem w tle – ale przypomniałam sobie o Jodi Picoult. Jest to królowa podejmowania nader trudnych tematów, a w dodatku nadzwyczaj płodna – nawet nie wiedziałam, że tyle tego natłukła!… A na dodatek ma nawet niezły styl, więc problem został szybko rozwiązany (musiałam tylko wybrać między gwałtami nieletnich, uprowadzeniami dzieci, ukrywaniem morderstwa przez społeczności lokalne i rozważaniami o rodzinnych samobójstwach rozszerzonych – z miłości, naturalnie; babcia powinna być zachwycona).

Jedna osoba zażyczyła taki bardziej tłuczny prezent, który musiał zostać wysłany w dość solidnie zabezpieczonej paczce – papiery, folia bąbelkowa i jeszcze dookoła styropian. No i ten styropian wyprowadził mnie z równowagi – przyznam się szczerze. Kiedyś styropian to było takie białe, lekkie, ale zwarte tworzywo. Można było z niego oddłubać kuleczkę, jak się komuś nudziło, ale raczej był jednolity w przekroju, jak sernik. Dobry sernik, oczywiście. A to co przyszło w paczce przypomina niedbale sklejony granulat – pierdyliard mini kuleczek, które bez żadnej zachęty z mojej strony rozklejają się i rozwalają na wszystkie strony, są piekielnie elektrostatyczne – nie da się ich po bożemu pozamiatać na plastikową szufelkę, bo po niej spacerują! Od rozpakowania paczki znajduję je WSZĘDZIE – na ubraniach, na psie, na blacie przy zlewie, na talerzach (!). Są jak ta niezniszczalna bakteria z opowiadania Lema  „Ciemność i pleśń” (tylko na razie jeszcze nie wygryzają dziur w kocach). Ten Wszechświat rozpadnie się o wiele wcześniej, niż sądzimy, skoro nawet styropian udało się spierdolić.

Co do miłej dyskusji pod poprzednim postem… Ja się poddałam, wiecie. Dyskusja zakłada uczestnictwo na równych zasadach, no i miło by było, gdyby obie strony coś na tej wymianie zyskiwały, a przynajmniej wychodziły na zero. Nie jest to możliwe, bo niemożliwa jest dyskusja z okupantem. To jak karmienie Mr. Shadow z „Piątego elementu”. Szkoda moich zasobów, które można spożytkować na tak wiele przyjemniejszych sposobów (chociaż w tym przypadku nawet zdrapywanie ptasiej kupy z tarasu jest przyjemniejsze).

A czytam teraz „Boga pośród ruin” – nadal uwielbiam Kate Atkinson.

O TYM, ŻE W GRUDNIU NIE JEST FAJNIE (ABY NIE UŻYĆ PRZYMIOTNIKA NA "CH")

 

No i pies z wenflonem w łapinie, obandażowanym na czerwono, a ja w proszku. I to nie takim fajnym proszku, np. do prania, pachnącym, z kolorowymi kuleczkami, tylko brudnym, brzydkim proszku z grudami, jak stary cement. Nagle codziennie chce mi się na zmianę płakać albo kogoś porąbać i spalić i zaczęłam się zastanawiać, co do cholery? Gdy nagle WTEM – olśnienie.

Jak to co. Grudzień. Kurwa, GRUDZIEŃ. Od 2009 roku nienawidzę grudnia niestety z wzajemnością. Ugh.

Wyciągnęłam zatem komplet DVD z „Ostrym dyżurem” i niniejszym postanawiam przeczekać.

W wyniku wiadomych wydarzeń skończyły nam się mokre chusteczki. Dziś kupiłam nową paczkę, lawendowych. Od dziś w tym domu wycieramy psi tyłek LAWENDĄ! Właśnie tak!

(Chciałam aloesowe, ale akurat nie było, więc to taka troszkę niezamierzona rebelia, ale liczy się efekt – lawenda do psiej dupy i niech mi ktoś spróbuje podskoczyć).

Szwagier mi się wyłamuje z gwiazdkowego ordunku „każdy każdemu mówi, co chce dostać na prezent” – normalnie jak się nie zdeklaruje do poniedziałku, to dostanie RÓZGĘ. I kalendarz Pawlikowskiej (albo biografię Jarosława, w tym roku nie mam litości).