O PRZEZIĘBIENIU NADMORSKIM

 

W Świnoujściu byłam, a nie na ściance. Bardzo było przyjemnie – pierwszego dnia. Spacerek plażą (Szczypawka polowała na mewy, natomiast dyplomatycznie NIE ZAUWAŻYŁA łabędzi, ominęła je szerokim łukiem), gofry w “Czuć miętą” – najlepsze w Świnoujściu, smażony dorszyk. Następnie zaczęło wiać jak syn kobiety lekkiego prowadzenia oraz N. podłapał mega mikroba katarowego, który drogą sukcesji przeszedł na mnie. Więc łeb mam jak stągiew, jeża w gardle i prawie wcale mi nie jest przykro, że wróciliśmy (chociaż naprawdę, naprawdę zazdroszczę nadmorszczanom, że przypinają psu smycz, wychodzą z domu i za parę minut sobie idą plażą; uwielbiam się włóczyć plażą).

Wracaliśmy samochodem pełnym mikrobów i upiornych wiadomości płynących z radia.

W świetle ostatnich wydarzeń mój wkurwik po wizycie w mieszkaniu, udostępnianym na wakacje rodzinie, może się wydać małostkowy i nic nie znaczący. Ale jednakowoż we mnie tkwi. I się zastanawiam, co dalej. Prosimy, mówimy – nie zostawiajcie niczego, zwłaszcza jadalnego – ale tam. Możemy sobie prosić. Otwieram szafkę i: miodziki, srodziki, słoiczki z przecierem pomidorowym i jakimiś paprochami (i żeby to chociaż była marihuana!… – ale nie, jakieś pół zwietrzałe, pół zapleśniałe niewiadomoco). Pudełek po herbatkach owocowych cały zestaw, bo każdy uwielbia inny owocek i oczywiście tekturkę z jedną torebką zostawi dla potomności. Jedna szafka pełna plastikowych jednorazówek (mieszkanie w pełni wyposażone w naczynia, sztućce i zmywarkę). Oraz przybyły jakieś stare, brudne od spodu od gotowania na gazie (na miejscu jest płyta ceramiczna) gary z oskrobanym teflonem. Cudownie się poczułam, jak je zobaczyłam, naprawdę. Oczywiście – nikt ich nie przywiózł, nikt ich nie widział, ewentualnie – jak przyjechał, to już były.

Naprawdę zaczynam mieć dosyć, że każda nasza wizyta (najczęściej dwudniowa) zaczyna się od wynoszenia worów ze śmieciami. Po tych, którzy sobie tam siedzieli w sezonie radośnie po kilka tygodni i NIE SĄ w stanie na koniec posprzątać.

Najbliższa rodzina, w mordę jeżem nietoperza.

Normalnie powinnam udostępnić mieszkanie od nowego roku jakiejś katedrze fizyki kwantowej, ponieważ regularnie zachodzą w nim zjawiska spontanicznej materializacji (zwłaszcza starych garów). Może się okaże, że akurat na środku kuchni znajduje się wylot vortexu czasoprzestrzennego (ale nie mogłoby wyrzucać czegoś interesującego, tylko brudne słoiki i stare patelnie?…). A może odnajduje się u nas w szafkach zaginiona czarna materia z całego Wszechświata. W każdym razie mieliby co badać (a może nawet by po sobie posprzątali, w odróżnieniu od).

A poza tym bardzo Świnoujście lubię. Najbardziej podobał mi się szereg wędkarzy w porcie, jeden przy drugim, a zwłaszcza na tej części nabrzeża oznakowanej wielkimi czerwonymi tablicami “TEREN PRYWATNY – ZAKAZ ŁOWIENIA RYB” – świetnie tam brały okonie, jeden za drugim.

Przeczytałam “Ostatnią arystokratkę” – wspaniały, relaksujący rechot, polecam każdemu, a to dopiero pierwsza część. Niech szybko drukują drugą.

AAAAAaaaaapsik.

12 Replies to “O PRZEZIĘBIENIU NADMORSKIM”

  1. te pierdoły i garnki i słoiczki tunelują przez ściany od sąsiadów…. zjawisko tunelowania jest powszechnie znane nie tylko z zastosowań w tunelowym mikroskopie elektronowym TEM, ale również z mojego śmietnika… większość dupereli, które wyrzucam tunelują z powrotem do mojego garażu lub gospodarczej pakamerki w ogródku…. nie odkryłem jak dotąd żadnej skutecznej bariery dla tego zjawiska….

  2. “Ostatnia arystokratka” faktycznie śmieszna, jak dla mnie, bardzo w konwencji książki “Daisy Fay i cudotwórca”, co jest zaletą ofkors :).

    A “Nieprzystojne obnażenie” czytałaś…?

  3. A ja nurzam się w oparach Berlina z lat 30tych, na dwa miesiące przed dojściem Hitlera do władzy. Akcja ma miejsce w berlińskim szpitalu psychiatrycznym, gł. bohater to młody psychiatra a może młoda fizyk w amnezji… Klimat odtworzony kunsztownie! Trochę równań i odrobina kwantów w tle :).
    Pisarzem jest autor kulku bestsellerowych thrillerów medycznych.
    Philip Sington, Sprawa Einsteina.

  4. “Ostatnia arystokratka” i “The Road to Little Dribbling” to dwie przyjemności, które zostawiam sobie na okołoświąteczny urlop. Będą jak znalazł, uzupełnione talerzem kaczki z żurawiną na zimno. Mój mąż ma już przykazane, żeby mnie podczas najbliższego wypadu do Londynu wysłać na herbatkę i scones, a samemu w tym czasie zakupić Brysona, którego potem z największą radością znajdę pod choinką.

    P.S. W Świnoujściu od zawsze krąży sucharowy dowcip, że te ryby z kanału, to są od razu przetworzone. W oleju (silnikowym), a czasem nawet już w puszcze.

  5. Ostatnia Arystokratka! Najlepsza czeska książka jaką czytałam ostatnio. Wielu znajomych już nią zaraziłam. Też nie rozumiem czemu tak długo zwlekają z drugą częścią. Pozdrawiam

  6. doczekałam się!!!
    już myślałam, że przeoczyłam wpis 🙂 aleeeee nieee!
    w ubieglym roku było więcej o piasku 😉 i niesamowitym wqurwie N.
    Kochani, gdzieś popelniliscie błąd, może kary za te śmieci są za małe?
    może rodzinę trzeba zmienić?

    w sprawie choroby, łącze się w bólu i odczuwam od tygodnia to samo, od czwartku wzięłam antybiotyk bo myślałam że wykorkuję…
    trzymaj się!
    IDZIE OCIEPLENIE

    • Jakby co, to ja z Bła-Bła na rodzinę zastępczą nadajemy się idealnie. Jedno z nas ma autyzm, a drugie adhd, nic nie zbieramy ani nie gromadzimy, lubimy proste schludne przestrzenie bez dystraktorów. Jako ze kiedyś mieliśmy wszystkiego wbród, nie nauczylismy się ani oszczędzać, ani chomikować – żadnych herbat! :).
      Polecamy się na wymianę z upierdliwymi Chomikami.

  7. Wzięłabym i te zapakowane w worek garnki wraz zapleśniałymi słoiczkami odesłała do losowo wybranych współużytkowników mieszkania… I tak do skutku.

    I oczywiście w razie co – jak wy przyjechaliście to ich tam nie było, bo przecież nikt ich nie przywiózł, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*