O MORMYSZCE I MAJONEZIE

 

Zmęczona jestem, bo odpoczywaliśmy w weekend w Łańsku. W rolach głównych wystąpili: galareta z nóżek, mój mąż – światowy czempion dowcipu wyczynowego, mormyszka, smażony majonez oraz duszek.

Duszka zrobila koleżanka łuczniczka. Jak robimy duszki, wie chyba każdy: pustą butelkę po wódce się ogrzewa, odkręca i podpala opary. Tylko, że w naszej butelce chyba zostało za dużo wódki, czy też może za mocno była ogrzana… Nie wiem, jakie procedury BHP zawiodły, ale zamiast duszka mieliśmy MIOTACZ PŁOMIENI, o mało nie podpalający chałupy, oraz spaloną skórę z dłoni i przedramienia. TAK TO JEST, jak się wódki nie dopija!

Mormyszki zabrakło naszym dzielnym wędkarzom. Rozłożyli wędki na pomoście i następnie wychodzili je odwiedzać, wracali lekko cuchnąc cygarami i z tłumaczeniem, że nie biorą, BO NIE MA MORMYSZKI. Gdyby była mormyszka, to ho ho ho! Nie udźwignęliby połowu. Musieliby przywiązywać sobie te ryby do pleców, boby ich nie dowlekli. Każdy by wrócił z weekendu z 60 kilogramami ryby. Na widok mormyszki ryby po prostu lawiną ruszają na brzeg, po drodze same się patrosząc i skrobiąc. Taka to rybia wunderwaffe, ta mormyszka.

Kupili tę mormyszkę dziś, po drodze w Stawigudzie. Jest to kawalątek blachy, wielkości połowy paznokcia małego palca, z doczepionym maciupkim haczykiem. Tjaaa.

Smażony majonez wystąpił na kanale Kuchnia+ (oglądaliśmy albo skoki narciarskie, albo programy kulinarne). Gromada ludzi w jakimś konkursie dostała zadanie od jurorki – usmażyć coś w głębokim tłuszczu (jurorka była z Południa USA, od razu ją polubiłam). Różne rzeczy smażyli, z ostrygami włącznie, ale jeden usmażył MAJONEZ. Myślałam, że to jakiś skrót myślowy albo taka nazwa potrawy, ale wyguglałam przepis, i nie, nie żaden skrót – tylko SMAŻONY MAJONEZ. Majonez się trzyma w zamrażarce, następnie z takiego zestalonego nabiera kuleczki, macza w cieście i smaży na głębokim tłuszczu. „Podawać z secret sauce” – napisali na końcu. Poszukałam zatem przepisu na secret sauce – voila: zmieszać pół na pół ketchup z majonezem. Więc majonez, smażony w cieście, w głębokim tłuszczu, z majonezem. Mimo mojego umiłowania do kury z KFC, przed CZYMŚ TAKIM jednak bym uciekła z krzykiem, bo nawet przy czytaniu przepisu cholesterol mi bulgotał.

Oraz poryczałam się na „Epoce lodowcowej 2” (włochate mnie zawsze wzrusza, a jeszcze z trąbą?…).

A niespodziewany medal w skokach narciarskich to i tak nic, w porównaniu z informacją z Florydy, gdzie się pod domem zrobiła MEGA DZIURA W ZIEMI i wciągnęła śpiącego faceta.

0 Replies to “O MORMYSZCE I MAJONEZIE”

  1. Szkielet na szydełku jest piękny. Przepiękny! Przecudowny! W życiu bym takiego nie zrobiła!…

    A majonezu nie smażyliśmy, wystarczyło popatrzeć… i przeczytać przepis… żeby wątroba zaczęla pulsować. Ale ta kuchnia Południa taka jest, oni potrafią usmażyć PIKLE!

  2. Humor mi się poprawił czytając ostatnie wpisy. Nie, żebym się śmiała z cudzego nieszczęścia, gdzieżby tam, tylko język i sytuacje mi się podobały. Chyba dlatego, że sama też mam już dość zimy, pierwszy raz w życiu. Nie wiem co bardziej mi się podoba: miotacz płomieni czy mormyszka? Na kreskówkach też płaczę, nieważne jaki film, chodzi o sytuację, emocjonalną oczywiście. Tylko nieraz się zastanawiam, czy bohaterów czy moją?;) Powodzenia.

  3. Mi przyszło kiedyś zjeść batona Mars, w cieście naleśnikowym, smażonego w głębokim tłuszczu. To dopiero był skok cholesterolu z bulgotem i przytupem.

  4. znaczy nie jestem całkiem nienormalna płacząc na kreskówkach…ale ostatnio najbardziej sie zbeczałam płacząc przy smierci PAJĄKA: Opowiesci Charlotty..koniec swiata..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*