MADRYT W CZEKOLADZIE


Okropnie mnie bolą plecy, bo było bardzo dużo chodzenia
(pierwszego dnia do zabytków… później już raczej bardziej w stronę barów, ale
to też się trzeba nachodzić, żeby zrobić dobry obchód). Przekonałam się, że
szopping to nie dla mnie (poddaję się w trzecim sklepie) i że Zara zatrudniła
jakąś wybitną świnię do zaprojektowania podeszwy w przecudnych sandałkach z
czerwonym obcasem. Niestety, noga trzeszczy już w momencie mierzenia ich, a są
takie śliczne, że o mało się nie popłakałam. Ale nie, to nie – kupiłam torbę,
torba człowieka nie zawiedzie, nie uwiera, nie obetrze i w ogóle torby są w
dechę.

Madryt jak to Madryt – nie zawiódł; pogoda była bardzo
przystojna (jak mawia mój znajomy Czech), w sklepach tez już lato, bikini i
kapelusze. Bardzo nam było miło oprowadzać przyjaciół po ulubionych knajpach
oraz prowadzić ożywione dyskusje na tematy bardzo kontrowersyjne, ale ponieważ
nikt nas nie rozumiał, to było fajnie. W szczególności mam przebitkę z jednego
baru, gdzie ryczało flamenco, tłum Hiszpanów gadał bardzo głośno, nasi faceci
krzyczeli cos na temat meczu, a nad tym wszystkim Hanka, waląc pięścią w drewniany
bar, wrzeszczała do mnie „Jak to nie widziałaś mięsnego jeża! Musisz koniecznie
obejrzeć mięsnego jeża!”.

Zauważyłam, że Madryt troszeczkę oszalał na punkcie
czekolady. W jednym sklepie znalazłam chipsy w czekoladzie. Tak, ziemniaczane
chrupki oblane czekoladą. Tak, też nie wierzyłam własnym oczom, sprawdziłam dwa
razy.

Następnie czekolada zaatakowała nas w Lizarran. Lizarran to
baskijska restauracja z kanapkami, przepysznymi i wymyślnymi; zwykle wlekliśmy
się na ostatnich nogach, objedzeni jak bąki i przysięgliśmy, ze nie tkniemy
niczego spożywczego przez tydzień, ale jeszcze na chwileczkę wstępowaliśmy do
Lizarran i kończyło się rajdem z talerzem dookoła kanapek. Zawsze mieli bardzo
dobre kanapki, z owocami, marmoladą z cebuli, bardzo zaskakujące zestawienia
smaków, ale anchois z czekoladą jadłam pierwszy raz w życiu (i było dobre). Oraz
– uwaga – kiełbasę z czekoladą. Konkretnie chistorrę. Wiem, jak to brzmi – ale była
NAPRAWDĘ dobra.

Na lotnisku czas oczekiwania do odprawy umilał nam Pan
Pisarz / Doktorant, a lot – Pani Gruźlica.

Pan Pisarz / Doktorant podszedł do stanowiska AlItalia zważyć
bagaż. Miał ogromna walizę, ogromny plecak, niemałą torbę na kółkach i torebusię
przewieszoną przez ramię. Oprócz plecaka wszystko bardzo markowe. Kładł na wagę
poszczególne elementy bagażu, wzdychał, rozpakowywał je i próbował upychać
rzeczy w innych konfiguracjach. Przy czym okazało się, że miał głownie książki
(dlatego doszliśmy do wniosku, że albo literat, albo doktorant). Oprócz książek
z toreb wyjechała jeszcze siatka z kiełbasą oraz siatka z brudnymi gaciami
(ZDECYDOWANIE literat albo doktorant, Hanka twierdziła, ze Niccolo Ammaniti). Z
nauk ścisłych, a w szczególności podstaw ważenia bagażu jednak nie był dobry,
bo na przykład wyjmował z jednej walizki 3 książki – walizka ważyła mniej o
2 kilogramy i był szczęśliwy.
Upychał te ksiązki do plecaka, więc plecak ważył
2 kilogramy więcej, a
jemu opadały ręce, robił się smutny i wzdychał. Wyraźnie nie leżało mu prawo
zachowania masy. Przy czym skupił się na przekładaniu książek, a na torby z
gaciami i kiełbasą już nie miał pomysłu.

Pani Gruźlica siedziała przede mną i od pierwszej do
ostatniej minuty rzęziła gruźliczym kaszlem. Mokrym, głębokim, głośnym i
sugerującym rozprzestrzenianie zarazy. Przy czym leciała z córka i jej maleńkim
dzieckiem i tak siała zarazę na to maleństwo przez pięć godzin bez przerwy. I
na mnie, bo w nocy zaczęłam kaszleć. Jeśli ktoś uważa, że filmy o globalnej epidemii
to science fiction, to niech się przeleci z taka Panią Gruźlicą.

A mięsny jeż… Faktycznie jest tak dobry, jak mówią.

Zimno mi.


PS. Aha, i jeszcze na lotnisku sterczałam rpzed księgarnią i mozolnie odszyfrowywałam tytuł ksiązki na wystawie, i doszłam do wniosku, że jednak KOMPLETNIE nie rozumiem hiszpańskiego, bo wyszedł mi tytul "Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałki" ("Las ardillas de Central Park estan tristes los lunes"). Jednak jestem głupia – zrobiło mi sie smutno. Wracam, sprawdzam w Merlinie i co? Są wiewiórki smutne w poniedziałki! Mało tego, to jest trzecia część, a zaczyna się od "Smutnych oczu krokodyla". Biorę.


15 Replies to “MADRYT W CZEKOLADZIE”

  1. eh.. zrobiło mi się smutno…

    fajnie gdzieś pojechać, kupić sobie nową torbę (kolejną)
    i potem jeszcze ponarzekać, że:
    zimno, nudno i ze gruba Wielka Pardubicka.
    Zazdrość to nizbyt ładne uczucie, a jednak ZAZDRASZCZAM.

  2. Mnie Hiszpanie raczyli na jednej z wysp bułą bez masła z twardą tabliczką czekolady w środku…Na razie nie dam się przekonać do ich kuchni.

  3. Cześć,
    ja tylko po to, zeby niesmiało acz stanowczo nadmienić, że nie ma takiej rzeczy do jedzenia, która po dodaniu czekolady nie stałaby się jeszcze smaczniejsza. No po prostu nie ma. 🙂

  4. Drób z czekoladą – brzmi nawet dość zachęcająco.
    Tłusta wieprzowina z czekoladą, nawet mocno paprykowa – jednak nie na pierwszy rzut oka.
    A anchois z czekoladą – dość nieprawdopodobnie, a jednak były pyszne.

    Ale smażone kartofle z czekoladą – tu powiedziałam PAS.

  5. No jak to czekolada nie pasuje do miesa????
    A wlasnie, ze pasuje i to bardzo – zwlaszcza czekolada z chili.
    Ja co prawda w Madrycie w tej knajpce nie bylam (a szkoooooda), ale za to w kraju majow probowalam ichniejszego przysmaku czyli enchilady z kurczakiem w sosie czekoladowym pikantnym z chili.
    ZAJEBIOZA.
    To ta kielbasa napewno jest tez znakomita – zwlaszcza, ze przeciez kielbasa jest bardziej tlusta od kurczaka, wiec lepsza 🙂

    PS:
    podobaly mi sie bardzo zdjecia z muzeum szynki. Az siezaslinilam.

  6. Mam wielka dupę.
    Kiedy byłam patyczakiem, śmiałam się z dupy Jennifer Lopez i pokarało mnie tak, że mam dupę jak ona. Staje bokiem i sterczy jak antena.

  7. …. straciłam zaufanie
    do Ciebie!
    tak, Barabrello Droga!
    obejrzałam zdjęcia z Madrytu i ….
    wcale, absolutnie wcale
    nie masz wielkiej dupy!
    ha, moim zdaniem jesteś wręcz chuda, co jeszcze bardziej Cię pogrąża …
    w moich oczach!

    i jak mam teraz uwierzyć, że bolą Cie plecy???

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*