O KULINARIACH PRZYDROŻNYCH


Nie dość, że trzynasty piątek, to jeszcze jechaliśmy na pogrzeb (nikt z rodziny, odpukać, ale to nigdy nie jest miła uroczystość) jedną z najgorszych dróg w kraju. Jak wracaliśmy, przed każdym rondem były już kilkukilometrowe korki TIR-ów, zatrzymaliśmy się na obiad i poparzyłam sobie jamę pierogami z kapustą. To znaczy, one z NAZWY były z kapustą, bo to w środku było sypkie (takie suche sznureczki) i smakowało przyprawą do zup.

Naprawdę, ciągle produkuje się PRZYPRAWĘ DO ZUP? I ktos to kupuje, dobrowolnie, za pieniądze?… Myślałam, że zniknęła w otchłani transformacji systemowej. A tu proszę – żyje, tańczy i znajduje się w pierogach. Które, jak sugeruje nazwa i konsystencja, nie są zupą, choć może to w środku kiedyś było zupą. Ba, to ze środka mogło mieć poprzednio kilka różnych żyć, bo zdecydowanie było po przejściach.

I to jest to, co mnie wkurwia. Nigdy, nigdzie w Hiszpanii nie ośmieliliby się podać mi do jedzenia nic takiego. Oni nie robią niedobrego jedzenia. To znaczy – nie wszystko każdemu smakuje, ja np. nie zamawiam soczewicy gotowanej z chorizo, bo nie przepadam za soczewicą. Ale żadna knajpa nie ma w menu niczego, czego kucharz nie umie ugotować na miejscu. Nigdzie nie jadłam frytek z mrożonki. Nigdy nie podali mi nic z mikrofalówki. Nigdy nic usmażonego nie śmierdziało nieświeżym tłuszczem. To jest ta drobna różnica. I nie chodzi mi o hotel SAVOY, tylko zwykłe bary, nawet przy stacjach benzynowych.

Tam jest przyjemnie popatrzeć, jak podjeżdża zaopatrzenie pod restaurację. Skrzynki z pachnącymi warzywami, pojemniki z rybami, które dostawca pokazuje jak trofea, dziewczyna z piekarni, która przyniosła bagietki i dostała (oczywiście) przy okazji kieliszek wina przy barze.

Ja wiem, że kapitalizm ma różne oblicza, ale dlaczego u nas musiał przyjąć akurat wersję śmierdzenia w restauracyjnej kuchni?… I nie chodzi mi o to, że to wczoraj był bar dla TIR-ów, bo w pięknych przydrożnych KARCZMACH zirytowana panna w ludowym stroju przynosi barszcz z proszku (i z mikrofalówki), pierogi z mrożonki i stęchły smalec do chleba, który się sypie jak trociny.

Dobrze, że przynajmniej na targu mają śliczne małe zgrabne kalafiorki i młoda kapustkę… Jakoś ten biedny poparzony jęzor muszę przeprosić za wczoraj.

 

50 Replies to “O KULINARIACH PRZYDROŻNYCH”

  1. Cydr przybył i jest bardzo dobry. Bardziej francuski niż irlandzki, wytrawny, mocno gazowany. Też myślę, że na tym sześciopaku się nie skończy.

    Nie wypada nie polecić.

  2. Chciałabym, żeby w Polsce był produkowany dobry cydr. Byłoby to fajne. I na miejscu. Tyle u nas jabłoni. 🙂 Śliw. Gruszek. W „Kuchni” np. polecany był Lucky Dog Cider z łotwy, Somerset Vintage Cider (do kupienia w Marks & Spencer), Bulmers original, a najbardziej Cidre Artisanal Le Brun Brut z Francji(Carrefour).

  3. Krokodyl, to bardzo smutne, co piszesz, bo miałam nadzieję. Dla mnie nie ma na upał lepszego napoju, niż sidra (choć z upałem u nas bywa różnie, hmmm). I nie wiem, dlaczego przy tej całej globalizacji surowe krewetki i ostrygi da się sprowadzić, a sidry we flaszkach – nie idzie nijak.

    Małgo – w Łodzi jest Szwajcar (nie wiem, jak on się nazywa – w bocznej uliczce naprzeciwko tych odrestaurowanych apartamentowców z czerwonej cegły) – jaaaki mają szpinak z boczkiem!…

  4. Przypomniało mi się, że byłam w Toruniu we wrześniu ostatnio (2010). I w Starym Młynie też. Jakość się nie zmieniła, ceny może minimalnie, ale ciągle śmiesznie tanio.

  5. Barbarella, jedź do Niedzicy. Na pierogi Do Czardasza. I do Dworu, też w Niedzicy, tam mają takie żarcie, że co pomyślę, to mam ślinotok. Najlepsze pierogi jadłam właśnie w małej Niedzicy na Spiszu, tej od Wakacji Duchami. W Czardaszu moje dziewczyny biły rekordy, potrójne, poczwórne porcje. Drogo nie jest, przysięgam.
    We Dworze za borowikową w chlebie, cebulową, gundel, sałątkę z oscypkiem , gruszkę w szodonie i całą resztę daję się kroić bez znieczulenia

  6. O, właśnie shadecider, to to o czym wspomniałam. Przesłodzony, neismaczny, sztucznie dogazowywany, z Litwy, pzrelewany i rozcieńczany u nas. jak napisał ekspert z „Kuchni” o smaku rozpuszczonych landrynek. Ja szczerze nie polecam. Sztuczny napój.

  7. Oooo, z Torunia to prosze się nie wychylać! Wy tam macie statystycznie za dobrze – jest jeszcze „Gęsia Szyja” z jedzeniem, że mozna pęknąć.

    Ale to wiecie, cały czas wyjątki potwierdzające regułę. A w smażalniach nad Bałtykiem króluja panga i tilapia.

  8. Co do pierogów – w Manufakturze w łodzi jest Pierogerria, na którą się skusiliśmy (po genialnej pierogarni Stary Młyn w Toruniu – polecam!).
    Pierogi robią na miejscu, można się temu przyglądać, ale żeby smaczne były, to nie powiem…. Za obiad dla dwóch osób (po pięć pierogów + 2 razy woda do picia) – 70zł, słabawo, co?
    W Toruniu w Starym Młynie przed obiadem dostaliśmy koszyk z chlebem, pysznym smalcem i ogórkami, a potem dostaliśmy po 3 pierogi na łebka, herbata do tego i soki, objedliśmy się jak bąki i – uwaga – zapłaciliśmy niecałe 30zł….

  9. http://shadecider.com/cover.html
    to jest pyszny cydr, lekki, orzezwajacy, niesłodki ale: w Poznaniu byl dostepny przez 2 tyg, pozniej okazalo się, ze nie wiadomo pod co ten cydr podciagnąc wedlug naszych pochrzanionych przepisow, i na razie nie ma nowych dostaw-czekaja, czy bedzie musial byc oklejany akcyza..zdazylam tylko raz nabyc kilka butelek i bylam zachwycona..robi to browar z łomży, jesli utzryma taka jakość to bedzie pycha!

  10. Tak sobie czytam i nie wiem dlaczego boimy sie podawać nazwy knajp z naszych przykładów. Pzreciez piszemy prawdę, to jak widzimy dany lokal. Może własciciel tez tu zagląda i da mu to do myślenia…

    Pizzeria z wiecznie zimną pizzą to Bazylia na Kabatach (a kiedyś pizza była tu też droga ale bez zarzutu). Po dóch pizzach na zimno prędko Bazyli nie odwiedzę.

  11. Od rana mam dobry humor! bez powodu! W związku z tym życzę Ci Barb i Wszystkim Fajnego Dnia!!! :)))

    I co z tego, że poniedziałek? ;>

  12. Ostatnio oglądałam program kulinarny, w którym stwierdzono, że nie wojna, a komunizm uczynił wielką krzywdę kuchni.

  13. Botopolskawłaśnie dobrze ujął(a) temat. W mojej podwarszawskiej „wiosce” jest niby fajna pierogarnia. Rzeczywiście lepią te pierogi na miejscu i nie mogę powiedzieć, żeby były złe. 10 sztuk kosztuje 15 zł. To trochę dużo. Za 12 zł mam spory obiad w Warszawie na Bródnie. Ale ok, obiad mi dostarczają w styropianie, tutaj knajpa z kelnerką. Mąż-cwaniak wziął podwójną porcję, ja wyszłam z knajpy głodna bo pierogi były mikroskopijne. Rachunek ponad 50 zł (jeszcze picie no i jakiś napiwek). Knajpa świeci pustkami i zarabia tylko na imprezach rodzinnych w weekendy. O obrażonej na życie kelnerce ze szponami zamiast paznokci nie ma co wspominać.

    Szkoda bo miejsce fajne i w dobrym miejscu. Obok jest park, pełen ludzi w weekendy ale jakoś do tej knajpy nikt nie wali na obiad albo choćby kawę.

  14. Mamy to samo – kilka restauracji z dobrym jedzeniem, które nam nie szkodzi, ale to tu w naszym mieście, a na wyjazdach, szkoda gadać. najgorzej wspominam, jak z M. kontrolowaliśmy hotele w Polsce. musieliśmy też probować jedzenia. Bez kropli żołądkowych nie jechałam.

  15. Byłam na konferencji prasowej, tak to się zwało,w Belvedere, w związku z wprowadzeniem na nasz rynek cydru. Tzn. jest poski cydr, ale ten browar go wprowadza na szerszą skalę. Nie nazwał go cydr, bo badania marketingowe pokazały, ze Polkom myli sie ta nazwa z cedrem (brrr), i na pytanie, czy robiony z polskich jabłek odpowiedź, ze pewnei tak, bo skoro 30% jabłek na europejskim rynku, to jabłka polskie, to pewnie 30% użytych jabłek, to nasze. produkowany, sic!, na Litwie, a u nas rozcieńczany i rozlewany. Płakać się chce. Cider! 😉

  16. B. dzięki za zdjęcia, ale ja odszczekuje co powiedziałam. Jak następnym razem będę nalegać, żebyś nam je pokazała, to po prostu to zignoruj, bo po ich obejrzeniu się prawie rozkleiłam. JA TU DŁUŻEJ NIE WYSIEDZĘ!!! Pakuję walizki i… i… nie wiem. Przemyślę to jeszcze.

  17. Można zepsuć ruskie pierogi, dobre same w sobie, polewając je STOPIONĄ MARGARYNĄ.
    Można zepsuć rydze z patelni, smażąc je na Plancie.
    Oba przypadki z lokali na Krupówkach. Tam knajpy mają taki obrót, że chyba właściciel by nie poszedł z torbami, wydając te parę złotych na masło?… A jednak.

  18. Myślałam, o naiwna, że nie można zepsuć ruskich pierogów… Jakże się myliłam! W zajeździe, którego nazwy przez litość nie wspomnę, podali mojej córce COŚ o kształcie pierogów, lepkie, dziamdziate i mooooocno dziwne. Myślałam również, że nie da się spieprzyć karkówki… O naiwności ludzka! Pokrojono ją wzdłuż włókien, a na dodatek była twarda jak podeszwa! No i wszystko pachniało jakiąś dziwną chemią, jak zupki chińskie (chociaż takowych nigdy nie jadłam, to tak je sobie wyobrażałam…) chociaż zajazd to najtańszych nie należał, a kuchnia miała dumny napis „Wszystko przygotowujemy na miejscu”. Od teraz wierzę, że mogą istnieć takie knajpy jakie pokazuje Magda Gesler (do tej pory byłam przekonana, że to normalnie wyreżyserowane). Chyba w podróży zacznę się żywić w Macdonaldzie…. błeeeee. Pozdrawiam i muszę się wreszcie wybrać do Hiszpani!!

  19. kod: rcwny, coś, jak rycynowy, czyli wciąż w temacie

    No to wbiję w końcu ten kij w mrowisko. Tydzień temu, kiedyśmy się wreszcie zwlekli z gór, zasiedliśmy w Piwnicznej w knajpie przy rynku i ostatkiem sił zażądaliśmy ‚dania dnia’. Już jedliśmy aromatyczną borowikową, kiedy z kuchni dobiegł odgłos tłuczonego kotleta dla jednej z nas. Marchewka i rzepa z surówek wciąż były kruche i soczyste, a pietruszka na ozdobę jeszcze nie zdążyła pomyśleć o więdnięciu. Całość za śmieszne pieniądze. Gdy wracamy z Bieszczad, zatrzymujemy się czasem w knajpie z węgierskim jedzeniem. Przychodzi taki starszy kelner, wysłuchuje naszych wariacji na temat dań z karty, nie zapisuje ani jednego słowa, po czym przynosi dokładnie to, czego każdy chciał i pamięta który talerz komu. Smaki czysto węgierskie, bywam regularnie u bratanków, to wiem.
    Sporo jeżdżę i mam więcej takich pozytywnych opowieści z kraju. Może to fart, albo jakiś tajny zmysł, choć i mnie się zdarzało jeść ‚coś’ o smaku przyprawy do zup. A obiadu na lotnisku w Gironie to już nigdy w życiu. Tak też bywa.

  20. a moi znajomi wciąz się dziwia kiedy wybrzydzam, kiedy nie jem, kiedy mi nie smakuje.
    Przecież wystarczająco jest zła na ziemi i ludzi złych, żebym jeszcze ja sama sobie robila krzywde …
    perogi z kapusta uwielbiam pod warunkiem że są to pierogi z kapustą

  21. Piszesz i myślisz głównie o jedzeniu. Mogłabyś w tytułach wpisów podawać ile ważysz?
    To byłoby ciekawe doświadczenie.

  22. futrzak, słuszna uwaga.
    Problem właśnie również tkwi w naszym polskim niewyrafinowanym guście, czesto wyniesionym z domu. Ja juz siedzę cicho jak mi gdzies coś nie smakuje, bo zazwyczaj jestem w mniejszości.
    Dla przykładu, nasi znajomi robią parówki (!) na grillu i jeszcze biorą dokładkę, bo pycha… A najbardziej wyrafinowanym dodatkiem do tego jest ketchup i sarepska. no…
    Pewnie dlatego pierogi z nadzieniem z zupy dobrze się sprzedają …

  23. kod: baaar (czyli w temacie 😉
    No wreszcie, bo juz myślałam, że tylko my tak mamy z J. i że to może jakis rodzaj schizy, manii jakiejś…
    W pizzerii dostajemy chłodną pizze, za to zupa parzy jamę, zatruwamy się w co 3-ciej knajpie, zatruwamy się po konsumpcji mięsa w domu, zakupionego juz prawie wszędzie (w stołecznych sklepach od supermarketów po z’delikatesy”). Boimy sie kupować na targu, bo chociaż swierze, nie wiadomo czy i jak zbadane. Tokso i inne nie spią, nie?
    Natomiast…przez 3 tygodnie w podrózy po Włoszech, żywiac się w knajpach od biednego południa począwszy a na bogatszej północy skończywszy, również na stacjach benzynowych nie udało nam się zatruć ANI RAZU (upalne lato pow. 30 stopni). Jeden raz, w Rapallo zjedlismy zupettę ugotowaną na Konorze drobiowym, była kompromitacja ale zatrucia nie. Po powrocie do domu juz po 2 dniach J. dostał roztroju żołoądka po wizycie w restauracji pałacowej w Pułtusku. A spróbuj człowieku takiemy kelnerowi cokolwiek powiedziec, napomknac nawet… POWODZENIA!

    I to mnie wkurwia, a ponieważ nie tylko to mnie w rodakach wkurwia (czyli po trupach do celu), wkurw nie opuszcza mnie na zbyt często.

  24. e tam, to nie rozne oblicza kapitalizmu. Wejdzcie sobie na polskie portale kulinarne.
    Najwiekszym zainteresowaniem ciesza sie salatki z zupek chinskich suto podlane majonezem.

  25. Barbarella:
    a bo Polacy generalnie maja w nosie i im zwisa.
    W takiej Hiszpanii (i nie tylko tam!!) knajpa w ktorej podawaliby cos z mikrofalowki czy zupy z torebki po prostu nie przetrwalaby nawet tygodnia. W Hiszpanii jest kultura dobrego jedzenia, wychodzenia na zewnatrz i generalnie cieszenia sie zyciem. Bylejakiego zarcia nie toleruja a wiesci o dobrych/niedobrych knajpach rozchodza sie lotem blyskawicy.

    A w Polsce? Wiekszosc ludzi wzruszy ramionami i pojdzie dalej, co najwyzej postara sie pamietac zeby znowu nie pojsc w to samo miejsce gdzie paskudne zarcie bylo.
    Czy sa u nas lokalne gazetki z review wszystkich lokalnych knajp, konkursami na najlepsze, opiniami konsumentow?

  26. No to jak narzekamy, to ja jeszcze dorzucę pobocza miejskich wylotówek (a raczej dojazdówek). Reklamy, bilbordy, banery, tablice… Festyn na całego.

  27. Tym się różni Polska od cywilizowanej Europy niestety. Np. w Poznaniu w okolicach rynku nie ma takiej knajpy, w której dwa razy zjadłabym coś dobrego. Czar pryska najpóźniej za drugim razem.
    Ale może to się kiedyś zmieni???

  28. Oj, to prawda, w Hiszpanii nawet krewetki mi smakowały, choć u nas za nimi nie przepadam. Ale może to właśnie o to chodzi, że u nas robi się przede wszystkim mrożone, a takie prosto z samolotu to już naprawdę trzeba wiedzieć gdzie można dostać.

  29. Prawda????
    Żebym ja z ojczyzny jabłka musiała jechac do Asturii, żeby cydru spróbować!!!

    Wojna była i tam. Nawet domowa. I bieda w 80-90 latach. To nie to. To to samo, co śmieci w lesie. Co obrzydliwe podwórko, pełne gratów i bud skleconych z falistej blachy. Co ohydne betonowe „pawilony handlowe”. Te świństwa na talerzu to coś wspólnego, czuję to.

  30. Bo w Polsce kazdy kazdego pragnie wydymac. I zarobic jak najmniejszym kosztem oraz jak najmniejszym wysilkiem. I to zarobic jak najszybciej, zara ma byc wypasiony samochod i dom-gargamel.
    Tyle w temacie.

  31. Bo wojna była.

    U nas tak naprawdę dalej ta transformacja nie przeszła. Jesteśmy krajem surówki z gara, frytek z mrożonki i zupy na kostce/z kartonika.

    Powiem, że się zmieniło, jak z tych tysięcy ton jabłek zaczniemy produkować cydr, a nie jabole.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*