O COLI W WODZIE

 

Drogi pamiętniku, zapomniałam zabrać z domu telefonu i przez cały wyjazd czułam się, jak bez piątej nóżki. To straszne. Nie wiem, jak się kiedyś poruszałam po świecie BEZ telefonu.

 

Wyjazd był sponsorowany przez wyruszająca z Warszawy pielgrzymkę. Pielgrzymka skutecznie sparaliżowała całe miasto i wszystkie drogi wyjazdowe. Jeszcze dobrze nie wyszli, a już zebrali pokaźny ładunek błogosławieństw od wkurwionych kierowców. I tak mieli szczęście, że N. tylko ich wyminął i pojechał, bo się spieszył do domu, a nie wysiadł z samochodu i nie udzielił pielgrzymce przyspieszonej nauki szybkiego chodzenia w rządku poboczem.

 

W Świnoujściu, no cóż. Cola pływa radośnie. Taka pianka jak na cappuccino. Nawet kolorystycznie podobna (hm). I tak było zbyt zimno, żeby posiedzieć na plaży, a w niedzielę lało, więc co było robić. Jedliśmy dorsza, piliśmy wino i objechaliśmy Uznam.

 

Mam takie coś, że TOTALNIE nie kumam niemieckiego. Chyba prędzej zrozumiem węgierski, niż niemiecki. Jest dla mnie jakiś nielogiczny, chropowaty i jak twierdzi szwagier, większość słów przeczytana od tyłu i od przodu brzmi tak samo. Na przykład na znaku postawionym na wjeździe jednej ulicy było napisane, że wstęp wolny tylko dla aligatorów. Tzn. tak mi wyszło z rozbioru logicznego.

 

– Pferde… theater – czytam na bannerze. – Koński… TEATR? Kurwaco? KOŃSKI TEATR?

– No tak – mówi Zebra. – Dziś dają „Hamleta’.

 

Zebra jest na jakimś ojczyźniano – emigracyjnym haju, wszystko jej się podoba, ciągle wzdycha „Boże, jak tu pięknie” i nie raz miałam ochotę jej przywalić, bo ileż można. Ale dobra, załóżmy, że jest w szoku aklimatyzacyjnym.

 

Ze szwagrem przez cały wyjazd graliśmy w Dzień Chama (copyright: McDalenka). Chyba najpiękniejsze było pytanie, które zadał mojemu mężowi (archeologowi z wykształcenia, przypominam):

– Ty, a jaki największy skarb w życiu wykopałeś?… – po chwili – Starą z domu?…

 

Mamy także wniosek roboczy, że cudzoziemiec umie mówić po polsku w momencie, kiedy potrafi zapytać w sklepie „Czy te pączki to dzisiejsze?”.

 

A na koniec wróciwszy do domu, zastałam w nim litewskiego filozofa. Płci żeńskiej.

Ale to zupełnie inna historia.

 

Jak również to, ze jutro lecimy do Klagenfurtu.

 
PS. Oraz byliśmy świadkami narodzin nowej, ciekawej usługi pt. "POKRYCIA DACHOWE" – naszymz daniem, chodzi o imprezy dla loch. Zeby miała ciekawe zycie, to wyprawia jej sie party na dachu, gdzie zostaje pokryta. Zebra mówi, że w Niu Jorku imprezy dachowe sa absolutnie na topie (ale nie wiemy, czy z kryciem).

0 Replies to “O COLI W WODZIE”

  1. Z alzackim Francuzem, mieszkającym długo w Szwajcarii, a teraz w Austrii, mówiącym świetnie po niemiecku i angielsku, rozmawiało mi się bardzo dobrze.

    Zwłaszcza o tym, które z nas jest większym mistrzem w robieniu niczego.

  2. Wamp, czyli że na wschodzie wiedzą, że nie wyrzuca się podpasek do sedesu a na zachodzie nie wiedzą? 😀
    Btw. na wschodzie też wiedzą jak się zachowywać w naszych pociągach, bo z tego co kojarzę napisy w naszych składach są po polsku, niemiecku i francusku ;]
    Ale co się dziwić, niektórzy bracia ze wschodu znają nasze pociągi jak wlasną kieszeń, ciągle wykombinowują jakieś nowe skrytki na przemyt 😉

  3. Wyczuwam delikatny sarkazm odnośnie tej kultury krakowskiej… No tak czy siak, to jednak jest pewna kultura, tak? Zobaczyć zużytą podpaskę a o niej sobie przeczytac w kilku zachodnich jezykach i zwizualizować to jednak nie to samo. Ponieważ wyobrażanie sobie po/w trakcie czytania (oby nie sniadania!) daje słabsze wrażenia, czyli na kontinuum natura >>>> kultura jest to zwrot w kierunku kultury (tym bardziej, że w zachodnich jezykach!). We wschodnich to po co? tam ludzie wiedzą,że nie nada

  4. Pozdrawiam z Krakowa – stolicy kultury polskiej. Tutaj nawet napisy w kawiarnianych toaletach upraszające o niewrzucanie do muszli zużytych podpasek są w 4 językach. Co do niemieckiego to włosi ponoć są zdania że włoski jest językiem ludzi, hiszpański językiem bogów a niemiecki językiem świń. To apropos stare krzyżackie lochy. Do pokrycia pokrycia

  5. KObieto, jak Ty to robisz, że jestes w Świnoujściu wtedy, kiedy i ja po raz już kolejny? Zacznę myśleć, że istniejesz niewirtualnie i będę chciała pomacać….

  6. A tak btw, to big szacun za użycie w odniesieniu do kobiety okreslenia „filozof”. Dzięki, dzięki, że osoba tak opiniotwóercza nie tworzy filozofożek, psychopatolożek itp. Poważne zawody jednak wymagają poważnych określen, nie tak jak np. dziennikarki czy inne feministki, no nie?

  7. Mnie sie wydaje że te wędliny balistyczne to mogą być takie, ze strzela się po nich. Jak z moździerza! Ponieważ jednak Barb jest mimo wsyztsko subtelną kobietą, zdecydowała ten żołnierski temat przemilczeć i do niego nie wracać ;->.

  8. Kim jest filozof płci żeńskiej?!?bo znowu będzie jak z wędlinami balistycznymi,nigdy się nie dowiemy.Uwielbiam jak Niemcy śpiewają:-)Takie np tralala w ich wykonaniu przyprawia mnie o głupawkę:-)

  9. A ja raz kocham a raz nie kocham.
    Chyba jakaś bi jestem.
    Albo zbyt krytyczna.
    Albo zazdrosna.
    Albo nienormalna trochę.
    Albo normalna.
    Albo ambiwalentna
    Ewentualnie mam poczatki schizy.
    Nie wiem….

  10. A tam, takie rewelacje japonkowe! Baleriny są za płaskie, powiadają lekarze. Tjaaa. Czy to są ci sami lekarze, którzy każą chodzić boso? A boso nie jest płaskie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*