O PRZYRODZIE I PIEKNYCH CZASACH

 

Przyznam się od razu bez bicia (piany): Nie zrobiłam w ogrodzie nic. NIC. Nawet niespecjalnie tamże wyszłam. Sosko sadziła bzy i jakieś inne faramuszki, a ja – zaiste bynajmniej. Za co wysłuchuję od rana od małżonka.

 

A nie wychodzę, bo co wyjdę, to lądują na mnie komórki rozrodcze. Podoba mi się to średnio. Pęd do rozmnażania, tak ostatnio modny, na wiosnę jeszcze się potęguje, ale czy to oznacza, że mam chodzić cała w brzozowych gametach? Czy innych zarodnikach? Wole siedzieć i oglądać „Nip Tucka”, niż wystawiać się na atak nasienia zewsząd. Wyjdę na taras, jak florze się hormony uspokoją, bo naprawdę.

 

Chętnie za to odwiedza mnie fauna. Na przykład patrzę, a tu na ścianie koło kredensu siedzi sobie włochaty brązowy przyjemniaczek, rozpiętość nóg tak ze 40 centymetrów, i beka. Odbija mu się widać po obiedzie, bo zeżarł kota sąsiadów. Trochę potrwało, zanim N. znalazł słoik, do którego zwierzątko się zmieściło. Nawet nie krzyczałam. Podejrzewam, że mnie ten skurwiel po prostu zahipnotyzował, jak grzechotnik myszę.

 

– Dlaczego nie poszukaliście na niego kapcia zamiast słoika? – pyta mnie Hanka.

 

W sumie to najbardziej dlatego, że dopiero co było malowane i nie uśmiecha mi się kilka kilo mięsa rozmazanego na ścianie jadalni. Poza tym nie wiem, kto by się zajął rozbiorem tuszy i zamówieniem pojazdu do przewozu padłych zwierząt.

 

Natomiast mrówki wlazły do czajnika. Po co – tego nie wiem, ale podejrzewam, że wypiliśmy kilka BARDZO ZDROWYCH herbat z mrówkami. Mrówki są na reumatyzm, tak? Czy to pokrzywy?…

 

Naprawdę, przyroda potrafi człowiekowi dokuczyć i go zmęczyć.

Czy ja sieję na prawo i lewo moje komórki rozrodcze i sypię nimi po oczach i po stołach?…

Czy ja siedzę u kogoś na ścianie albo w czajniku?…

 

Natomiast kończę zapas Rodziewiczówny, hej, szkoda. Będzie mi brakowało tej rozwydrzonej i zdegenerowanej arystokracji, gnuśnego chłopstwa, awanturniczej szlachty, co wiecznie tylko przepijała lub przegrywała w karty majątki, w pocie czoła zapracowane przez siwego ojca, a co się trafił jakiś honorowy i szlachetny Stach, to zaraz go owijała dookoła palca jakaś rozpaskudzona hrabina Gizela, więc musiał sobie zawsze w łeb palnąć, no bo co. Dla odmiany, jak pracowita Elżunia, co chłopskim dzieciom buciki kupowała, to mąż – baronet ją lał i zdradzał z Idalią z sąsiedniego majątku.

 

Piękne to były czasy, piękne, jednak minęły bezpowrotnie i czas się zanurzyć w skandynawskie kryminały i tajemnicze morderstwa seryjne.

0 Replies to “O PRZYRODZIE I PIEKNYCH CZASACH”

  1. Jeszcze raz ja.Poradżcie jakąś fajną książkę dla dziesięcioletniego chłopaka,o intymności,seksie,ciele itd.Trochę wypadłam z obiegu:-)hahah.To serio dla koleżanki 🙂

  2. Kocham Lisbeth Salander!!!Ale ten Larson,tak wziął i umarł…Ja też czytam chyba szósty kryminał szwedzko-norweskich autorów,ale imiona i nazwiska ich samych,oraz postaci, jeszcze długo będą mnie zadziwiać,oraz stanowić ćwiczenia lingwistyczne.

  3. „Będzie mi brakowało tej rozwydrzonej i zdegenerowanej arystokracji, gnuśnego chłopstwa, awanturniczej szlachty (…)”

    hmmm… Ty o tym czytasz u Rodziewiczowny? ja mam wrazenie, ze to ogladam, jak tylko wlacze tvn24 😉

  4. Baśka, mrówki na reumatyzm to muszą nasikać, więc to raczej muszą być czerwone 😉 I nie wiem jak to działa od środka ;]

    A ze Skandynawów to może czytasz Wallandera?

  5. Czyżby Yrsa Sigurdardottir? Owszem, do zanurzenia. szczególnie dobrze mi robiły te wszystkie rzeźnickie opisy przyrody z rozdyźdanymi kawałkiami ludzkimi. W sam raz na wiosnę.

  6. A w czym skandynawskim, bo już całego Larssona przeszłam i mam ochotę na więcej, ale chcę coś dobrego i przez to mam trudności w wyborze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*