*

Centrum onkologii na Ursynowie – „traficie na pewno, tego się nie da z niczym pomylic”. I racja – ten budynek uderza, jest jak ponure ladowanie Marsjan.

W srodku – prawie fizyczna ulga. Przestronne, otwarte wnetrze, jasny kamien i drewno, jak srodziemnomorskie hotele, Boze, jak dobrze, ze nie jakas ponura nora. Pierwsze wrazenia po pierwszym dniu – „sluchajcie, tu na dole jest bufet z takim pysznym jedzeniem – wszyscy tam chodza, chorzy i odwiedzajacy” – przetestowane zostaly ruskie pierogi i slaskie kluski. Siostry miłe? Mile, grzeczne, nie ma mowy, żeby ktoras chciala pieniadze za opieke po operacji. Widocznie w takich miejscach zostaje tylko czlowieczenstwo, ludzkie odruchy. „Bo kim ja jestem” – mysl na widok ludzi w bialych fartuchach – „co najwyzej, kolejnym potencjalnym przypadkiem”.

Wracamy; po drodze, w Trojce – wiwisekcja Wiatra. „No ale wspolpracowal” – „Gorzej! Nie tylko wspolpracowal, ale i sklamal!” – ludzie, kurwa mac. Siedem osob pierdoli glupoty rowno przez godzine. Tyle samo czasu potrzeba na Ursynowie, żeby uratowac jedno ludzkie zycie.

W domu okropnie nawrzeszczalam na ojca.

0 Replies to “*”

  1. Baska: ja nie wiem, czy to cos Cie pocieszy, ale ludzie po operacji wyciecia raka (i to nawet zlosiliwego) zyja. Czego najlepszym dowodem JA jestem. Zyje, kurwa, – no przepraszam za wyrazenia i te rzeczy – ale zyje. I sie ciesze.
    No to ja mysle, ze ona tez moze.
    A czemu nie????

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*