O POSZUKIWANIACH I LAMPCE NOCNEJ

Leje. No i dobrze, bo susza u nas straszliwa – na spacerze przez las zapadałam się po kostki w piachu, paprocie uschnięte, borówki uschnięte. Niech popada, natomiast efektem ubocznym jest Mangusta, która odmawia wyjścia na siusiu, kiedy ją namawiam – patrzy na mnie jakbym miała deficyty umysłowe (niewykluczone, a nawet coraz bardziej prawdopodobne) i ogólnie nie podoba jej się. No trudno, dostała kawałek parówki na pocieszenie.

N. przez całą noc słyszał helikoptery, a ja – oczywiście – całą awanturę przespałam. W sumie – no i dobrze, po co się miałam denerwować, i tak się rano zdenerwowałam, aż mnie łeb rozbolał. Na dodatek zadzwonił nasz przyjaciel z Hiszpanii, czy już spakowaliśmy dobytek i do niego jedziemy. Długo rozmawiali z N. i zostało wspólnie ustalone, że to wszystko jest puta mierda, najbardziej oczywiście ruskie łobuzy, ale sporo innych politicos też. 

Na szczęście nie miałam specjalnie czasu, żeby się zamartwiać, bo N. zażyczył sobie odszukania niezwykle ważnych dokumentów sprzed piętnastu lat (albo i lepiej), w związku z czym dwa ostatnie dni spędziłam przewalając Apallachy papierzysk w domu (i zagrodzie) i biurze. I niektóre się znalazły, a niektóre nie, za to mam pocięte papierem palce i dokonałam kilku niezłych odkryć przy okazji. I nie wiem już gdzie szukać, za wszelką cenę chciałabym uniknąć takiej jednej narożnej szafki, bo tam jest bajzel STRASZLIWY i bez kilofa i latarki czołowej nie mam po co tam w ogóle podchodzić. Trzeba by świętego Antoniego zaprosić do współpracy, jak to było z tym kubkiem? Trzeba postawić kubek do góry nogami i co? Naprawdę nie chce mi się tej szafki ruszać.

Na pocieszenie odebrałam wczoraj ósmy tom Cormorana i byłabym czytała całą noc, ale N. na mnie nakrzyczał i kazał gasić światło, no bo poprzedniej nocy nie spał. Jakby te helikoptery to była moja wina. Muszę mu kupić żelki Zzzquil (czy jak tam się pisze) na mocniejszy sen, żeby mu moja nocna lampka nie przeszkadzała. 

Ech – wolałabym, żeby wróciły czasy, w których człowiek przejmował się głównie bezsensem istnienia. Może dorzucić do petycji do świętego Antoniego?…

O JEDZENIU CHYBA

W nocy z sierpnia na wrzesień śnił mi się Trump. Obudziłam się zmęczona i przygnębiona – oczywiście, sama sobie jestem winna, bo jadłam kurki. Wiadomo, co grzyby wyprawiają z człowiekiem. Ja sobie wypraszam takie atrakcje! Następne kurki przewiduję nieprędko, a kurki w śmietanie to już NADZWYCZAJ nieprędko. Łakomstwo ukarane, ale żeby aż tak?…

A w ogóle wyskoczyła mi na fejsie (ciekawe, dlaczego) japońska zasada „Hara Hachi Bu”, co oznacza – jedz do momentu, aż będziesz w 80% najedzony. Bardzo mądra stara zasada i bardzo trudna do realizacji w praktyce (ale będę próbować). Ja jeszcze bym dodała zalecenie, żeby nie jeść, jak człowiek jest głodny, bo wtedy w ogóle się je za dużo i bez umiaru. Jak powiedział Ringo  w „Żółtej Łodzi Podwodnej”: „I warned you not to eat on empty stomach”.

Taka Anna Wintour na przykład – pozostając w kręgach kulinarnych – podobno od wielu lat je taki sam lunch: stek i sałatka caprese. Z tym, że królowa mody nie znosi warzyw, więc sałatkę je bez pomidorów. Przeczytałam tego niusa i miałam takie „ALE ŻE JAK?”, bo sałatka caprese to pomidory i mozarella, więc bez pomidorów zostaje… Może mi się sałatki pomyliły, może chodziło o Waldorfa albo Cobba? Ale nie, chodziło o caprese i komentarze potwierdziły mój tok rozumowania. Głownie ludzie pisali „A nie można napisać po prostu, że wciąga kotleta i poprawia serem?”. No ale jak się napisze „SAŁATKA”, to od razu jest bardziej elegancko i dystyngowanie. Coś jak nazwanie parówek „delikatnym musem wieprzowym”. 

(Jak można pomidorów nie lubić? Zwłaszcza teraz, na koniec lata?) (AAAAA, koniec lata!…).

Poza tym co – komary mnie pogryzły. Ale jak! Dawno mnie tak nie pożarły, zachciało się spacerów po lasach nad jeziorem (bo N. musiał sobie porzucać z pomostu – przypilnowałam, wszystkie wypuścił) (ale nie pochwalam). Ugryzły mnie w TAKIE miejsca, że lepiej nie mówić w obecności młodzieży, np. jeden w powiekę mnie upierdzielił. To znaczy, że było ich bardzo dużo i strasznie głodne – bo zwykle gryzą N., a mnie zostawiają w spokoju. Jeśli rzuciły się na mnie, to naprawdę miały kryzys. 

Drugi japoński kryminał mnie niestety rozczarował, miała być wielokrotnie złożona intryga, a wyszła dziwaczna plątanina. Może i dla Japończyków te motywacje są zrozumiałe, ale nie dla mnie – ja nawet za zieloną herbatą nie przepadam, więc co mogę wiedzieć o uczuciach, jakie się kłębią w sercu japońskiego pisarza. Ba – nie przepadam również za tym japońskim puszystym sernikiem. Sernik to powinien być sernik, a nie ptasie mleczko (tylko rodzynki proszę trzymać z daleka).

Dlaczego tak szybko się robi ciemno? Tzn. wiem dlaczego (nie bojkotowałam nauki w szkole, jak to obecnie jest modne w pewnych kręgach), ale nie pochwalam i protestuję.

O SKARPETKACH I LOKALNYM SKLEPIE

Droga Redakcjo, ostatnich kilka nocy spałam w skarpetkach. W SKARPETKACH! W sierpniu!!! Nie, tak być nie może i ja poproszę z kierownikiem – z jednej strony Ruskie, z drugiej Niemcy, a na dodatek w sierpniu muszę w skarpetkach spać – nie tak się umawialiśmy. 

Na dodatek w sklepach z ciuchami już jesień, a koleżanka widziała już ozdoby świąteczne. I dziwić się, że połowa kraju jedzie na lekach na depresję. 

Żeby nie było nudno, to wynoszę pająki z wanny. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że po remoncie w nowej wannie już nie będą się pojawiały pająki. Nie mam pojęcia, którędy włażą i dlaczego lądują w wannie. Z całej łazienki muszą się pchać akurat do wanny, z której nie mogą wyleźć – zupełnie jak ludzie, ze wszystkich możliwości w życiu wybierają te najbardziej autodestrukcyjne. No dobra, nie wszyscy ludzie (i nie wszystkie pająki). A później biega taki w kółko, a człowiek musi organizować ekspedycję ratunkową ze szklanką i kartonikiem – przypominam, że mam arachnofobię. Co oczywiście nikogo nie interesuje, a najmniej pająka w wannie.

Dostałam ostatnio ochrzan od N., no bo tak: znosi do domu owoce, jak to on – nie może kupić kilku śliwek, tylko od razu pół wiadra i to różnych. Zje połowę, a reszta leży i się na mnie patrzy, więc podejmuję działania naprawcze – a to jakiś kompot, a to powidła do naleśników, co tam wypadnie. Zwykle nie mam w domu cukru, bo nie używamy (i później świecimy oczami przed gośćmi, jak poproszą o cukier do kawy), więc wysłałam N. do naszego lokalnego wiejskiego sklepiku, bo była sobota po południu, a nad owocami pojawiły się muszki owocówki, więc sytuacja nabrzmiewała. Lista zakupów – cukier i goździki. Poszedł.

Wrócił nabzdyczony i mówi mi, że czuł się jak ostatni Mohikanin w pustyni i i w puszczy, bo JAKO JEDYNY opuścił sklep z produktami o zawartości alkoholu 0,0%. Bardzo go to zdeprymowało i wszyscy się na niego gapili i w związku z tym musiał dokupić pół kilo pasztetowej luksusowej, żeby w ogóle z tego wyjść z twarzą. Powiadam Państwu – męskie ego to jest jednak bardzo, bardzo kruchy podmiot liryczny. A sklep swoją drogą stanowi osobliwość lokalną, bo jest mały – taki kiosk przed chałupą – a jest w nim wszystko. WSZYSTKO! No dobra, świeżych ostryg nie mają, ale poza tym wszystko. Coś niesamowitego.

I oto niniejszym nadeszła (jak mówią politycy – NADEJSZŁA) smutna chwila, w której przeczytałam wszystkie pięć tomów Kulawych koni, dostępnych na polskim rynku wydawniczym. I stoję przed dylematem – polować na oryginały czy czekać na tłumaczenie? Autor ma bardzo barwny język i chwilami mocno zapętlone metafory, więc nie wiem, czy podołam. Z drugiej strony, czasem tłumaczenie jest bardziej skomplikowane, niż powinno, no i nie wiem. Na razie mam drugą kryminalną powieść japońską i biografię Jasnorzewskiej (czy tylko ja mam wrażenie, że co roku wychodzą kolejne biografie Osieckiej i Jasnorzewskiej?), a później się zobaczy.

Ale przynajmniej nie mam już kataru (bo śpię w skarpetkach, kurde).

O KARACH CIELESNYCH I WODOROWANIU WODY

Przez cały wyjazd przewijała się rozmowa, którą zaczęła jedna koleżanka na widok elektrycznej hulajnogi rzuconej w poprzek chodnika w Ełku. Otóż ona powiedziała, że za te hulajnogi by batożyła – a jest pedagogiem i twierdzi, że żadne argumenty, terapie, rozmowy – nic nie ma sensu, tylko porządny bat z rzemykami, a na końcu każdego rzemyka haczyk. I chlastać, aż by wyrywał kawałki mięsa – tylko batożenie, żadne inne sposoby nie zadziałają.

No i tak rozwijaliśmy temat przez pozostałe dni, dwustronnie: po pierwsze – grupy osób, które należy poddać batożeniu. Sporo się tego nazbierało, bo mieszkamy w specyficznym państwie, gdzie nieprzestrzeganie prawa jest powodem do dumy, a kto przestrzega ten frajer. Swoją drogą nikt nie egzekwuje przestrzegania prawa, więc wszyscy którzy mają ochotę palić w miejscach publicznych i rzucać pety pod nogi, palić w piecu oponami, śmiecić na ulicy i wyrzucać śmieci do lasu i jeziora – mogą to robić i śmiać się w twarz głupkom, którym to przeszkadza i woleliby, żeby było czysto. No sporo się tego nazbierało, z politykami włącznie (a może przede wszystkim), albo ludźmi, którzy znoszą do stolików tony jedzenia ze szwedzkiego bufetu, a później to wszystko zostawiają.

Z drugiej strony zajęliśmy się techniczną stroną przedsięwzięcia i nawet znaleźliśmy na Allegro bardzo estetyczne gadżety do biczowania (zachęcam, dział dla dorosłych, sekcja BDSM), a później – te same gadżety na TEMU, co najmniej połowę taniej. Tylko trzeba by do każdego rzemyka przywiązać haczyk na ryby, chociaż mój mąż (wędkarz) twierdzi, że lepiej kotwiczki, więcej mięsa wyrwą i nie trzeba się będzie tak namachać. 

Ja to nawet podziwiam takie podejście, bo to jest jednak sporo wysiłku i gimnastyki, takie batożenie. Ja bym wstrzykiwała neurotoksynę albo obcinała palce, po jednym stawie. 

No i takie mieliśmy rodaków przy winie rozmowy. 

A teraz wyświetlają mi się ciekawe oferty, po tym jak szukałam bicza na Allegro. 

I mam nową obsesję – filmiki pani, która kupuje całe palety nieodebranych przesyłek i je rozpakowuje na wizji. Wciągające jak cholera – czego w tych paczkach nie ma! Chociaż trzeba przyznać, że jak trafi na spersonalizowane gadżety – biżuterię, kubek z dedykacją czy kocyk ze zdjęciem, to uruchamia poszukiwania i odsyła do adresatów. Ale co robi na przykład z sukienkami, które z przodu składają się ze sznurków, a z tyłu z kokardek – to nie wiem. 

I może ktoś mi wytłumaczy, co to są do cholery butelki do wodorowanja wody? Bo kilka sztuk już odpakowała. Po co w wodzie ekstra wodór i skąd ten wodór się bierze? (Czy należy wybatożyć producentów butelek do wodorowania wody?).

Nie podoba mi się, że noce są takie zimne. W ogóle nie podoba mi się, że lato się kończy, bo jakoś wyjątkowo mało go było w tym roku.

O TYM, KTO SIĘ PRZEZIĘBIA W UPAŁ

Tydzień upałów, który nawiedził Polskę, spędziliśmy z przyjaciółmi w domku nad jeziorem. Dziwne, że nie padało – no ale może to dlatego, że nie ja rezerwowałam. 

Piękne miejsce, rano i wieczorem słychać było żurawie, a o zmierzchu dodatkowo jeszcze coś, koleżanka pierwszego dnia się wystraszyła że kogoś mordują rytualnie, no ale chyba co wieczór by nie mordowali? Darło się jakoś tak pomiędzy czkawką a wyciem i prawdopodobnie była to jakaś sowa. 

Żeby nie było zbyt różowo i z brokatem, to trzeciego dnia się przeziębiłam – albo klimatyzacja w samochodzie, albo najnowszy wariant covid o imieniu Nimbus (kto mu te imiona nadaje, swoją drogą – jest jakaś lista, jak przy huraganach?). W każdym razie najpierw miałam w gardle żyletkę, a później zaczęło mi się lać z nosa – czy tylko ja się przeziębiam w upały? A nie, jeszcze Saliy z „Kiedy Harry poznał Sally” – w końcowej przemowie Harry mówi do niej „Kocham jak się przeziębiasz, kiedy jest upał”. No dobrze, Harry to w niej kochał, ale czy ona lubiła się przeziębiać? Bo ja na przykład nie przepadam. Nos mam już pokaleczony od wycierania, łeb jak wiadro z cementem i tradycyjnie czuję się jak Kłapouchy – wilgotny i smutny. 

Na dodatek N. się ze mnie nabija, że nie umoczyłam w jeziorze nawet czubka palca – a kąpali się wszyscy, włącznie z Mangustą (weszła na głębokość do brzucha, czyli jakieś 4,5 centymetra). Po pierwsze – dla mnie ta woda była za zimna, po drugie – wszyscy radośnie opowiadali, ile widzieli pijawek – chyba bym zeszła na zawał, gdyby mi się pijawka przypięła do nogi, chociaż oczywiście je szanuję za wkład w medycynę ratunkową, ale wolę je oglądać w serialach medycznych, niż na własnej stopie (chociaż w sumie dotyczy to wszyskich aktorów, jak się tak głębiej zastanowić).

Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić pierogi z kaczką w restauracji „Biesiada” w Grajewie oraz pasztet z zakładów mięsnych Warmia. Ja już prawie nie jem wędlin, bo nic mi nie smakuje, ale ten pasztet to jest dzieło sztuki i powinno się go wpisać na listę UNESCO. 

A w Ełku przed sklepem wędkarskim jest ROBAKOMAT. Ludzie są okropni, a wędkarze podwójnie (chociaż nie aż tak, jak myśliwi).

No to teraz pranie, zaległe rachunki i podobno na Netflixie jest drugi sezon Wednasday. Super, jak tylko przestanę widzieć wszystko w zielono – fioletowe plamy, to oglądam. A na razie podcasty kryminalne.

O PSACH I RANDCE W CIEMNO

Na szczęście dzień można zacząć optymistycznie, bo odnalazł się mały, biały pudelek, ukradziony bezczelnie i na chama, w świetle kamer, przez rodzinkę kryminalistów w Świnoujściu (w tym małe sprytne cholerne dziewczynki). Psina odnalazła się w Kopenhadze, czyli właściciele mieli dobre informacje, że od razu pojechali z nią na prom. Nie mam o ludzkości zbyt dobrego zdania, a ludzkość codziennie dba, żeby mi się nie poprawiło. Chociaż z drugiej strony – właścicielka dziękowała za ogromny odzew, zainteresowanie i bezinteresowną pomoc, więc może jeszcze nie wszystko stracone. 

Pozostając w tematyce psów – czytałam komentarze pod jakimś filmikiem z pieskiem, w których właściciele opowiadali, co ich pies przynosi ze spacerów po sąsiedztwie (rzecz się dzieje w USA). Jeden facet napisał, że jego suka przyniosła ostatnio GOTOWANEGO HOMARA – „A nawet nie mieszkamy nad morzem!” (nie wiem, co koleś sobie wyobraża na temat morza, ale raczej nie ma w nim gotowanych homarów). Na co odpowiada mu drugi, że jego pies z kolei pojawił się na ganku z ogromym sumem (chyba surowym dla odmiany). Przeszedł się po okolicy i pytał ludzi, czy ktoś zgłasza zaginięcie suma, ale nikt się nie przyznał. Po czym dodał „Tak, z tym sumem to było dziwne, bo zwykle przynosi ziemniaki”. Super, najnaturalniejsza rzecz na świecie – pies przynoszący ze spaceru po okolicy ZIEMNIAKA. 

A właśnie, jechaliśmy w weekend po okolicy i przy drodze była strzałka do gospodarstwa rolnego z napisem „Ziemniaki jadalne”. Jestem zaintrygowana i chętnie nawiążę kontakt z osobą, która dla odmiany ma w ofercie ziemniaki NIEJADALNE.

Natomiast przeczytałam, że szykuje się wielki powrót programu „Randka w ciemno”. Odważnie, jak na dzisiejsze czasy (ale ci ludzie będą w ubraniach, tak?). Czy zamierzam oglądać? Oczywiście, że nie (mam ciary żenady przy takich programach, to się nazywa second hand embarassment). Czy oglądałam pierwowzór? Chyba jeden odcinek, może dwa. A to dlatego, że do pierwszego odcinka wzięli ludzi z mojej uczelni i chyba nawet z mojego roku (czy tam rok starszych). Chłopak z dziewczyną, którą wybrał w programie, byli później parą, a na niego mówiło się już zawsze „ten z randki w ciemno”. Ale mimo, że był w telewizji (na tamte czasy WOW, bo teraz to już chyba wszyscy byli w telewizji, trudniej znaleźć kogoś, kto NIE BYŁ), to był miły, sympatyczny i rozmawiał normalnie. Nawet mu jakieś notatki pożyczałam (a może był miły, bo chciał notatki, hm). W komentarzach ludzie piszą, że uczestnicy w dupie mieli randki i związki, chcieli pojechać na darmową wycieczkę, najlepiej za granicę. Chociaż czasem trafiały się Międzyzdroje albo Ciechocinek. 

No i połowa wakacji za nami, a ja nadal nie wiem, ile zębów ma Labubu. Zapytana AI odpowiada, że sześć, a ja na zdjęciach wyraźnie widzę, że dziewięć – no to jak to jest? Chyba ta sztuczna inteligencja nie jest taka wszystkowiedząca, jak ludzie mówią – na przykład nie umie policzyć zębów.

PS. No przecież bym ZAPOMNIAŁA – po dwóch latach chłopaki obudzili się z letargu i nakręcili nowy odcinek South Parku! O Trumpie. Trump jak obejrzał, to chce ich zabić i jest mega afera na całe USA – jak za dawnych dobrych czasów, ech. Łezka mi się w oku zakręciła…

O NIŻU I ŚWIETLE

Na sośnie nad tarasem dzień w dzień siedzi Barbara i spożywa szyszki, a ogryzki rzuca na taras. Wiem, że zasadniczo się mówi „Basia”, ale nie jesteśmy na ty, a poza tym pluje mi pod nogi, a ja mam ją zdrabniać?…

Lato tego roku trudne w odbiorze; na pocieszenie mamy, że on się nazywa niż genueński. W sensie, że ten deszcz co ludziom urlopy psuje to nie jakiś tam pospolity obszczymurek, tylko GENUEŃSKI – od razu inaczej brzmi. Hrabina by kazała prosić na salony. Ja się cieszę, że podlewa i N. nie gania wieczorami z wężem, no ale jestem na mazowieckiej piaszczystej równinie i nie zalało mi parteru. Z drugiej strony – lipiec to jest miesiąc z najwyższą sumą opadów, trzeba czytać roczniki GUS-owskie (bardzo sobie cenię i polecam, chociaż ostatnio specjalizuję się w miesięcznych wskaźnikach cen produkcji budowlano – montażowej – dopóki była inflacja, to coś się działo, a teraz nuda). Przynajmniej tsunami nie mamy – JESZCZE.

A do łazienki przybył już chyba ostatni element wystroju – lampa nad lustro. To miło, bo na razie kabel sterczy, ale czy ja ją będę zapalać?… Co prawda jeden facet powiedział „Więcej światła”, ale to było na łożu śmierci. Trochę się z nim zgadzam, bo bez porządnego światła jestem KOMPLETNIE ślepa, ale akurat przed lustrem to lepiej się sprawdza przygaszone, przytłumione i rozproszone. Od PEWNEGO WIEKU mocne światło jest zalecane do wszystkiego oprócz oglądania siebie, zwłaszcza rano. 

A „The Hallmarked Man”, czyli kolejny tom Cormorana zapowiadany jest na 2 września. W oryginale. No pięknie, w pierwszych zapowiedziach pisali coś o grudniu, a człowiek siedzi jak na mrówkach. Fajnie, że będzie wcześniej. Niefajnie, że będzie już wtedy zdecydowanie po wakacjach.

O LICZBIE ZĘBÓW I ENCYKLOPEDII

Pogoda tego roku jest naprawdę porąbana, co w sumie pasuje do reszty naszego pięknego kraju. Albo lipcopad (bardzo zacne określenie), albo dziki upał znienacka – nic pośrodku. Osobiście nie narzekam, bo lubię letnie deszcze, jest ładna zieleń dzięki temu i bociany spacerują po łąkach. No, ale łatwo mi mówić, bo nie jestem osobą, która zainwestowała w wyjazd nad morze ciężko zarobione pieniądze i równie cenny urlop. Pewnie inaczej bym wtedy zeznawała. Chociaż mam na pocieszenie informację, że opalanie jest bardzo niezdrowe, a spacery po plaży wprost przeciwnie – nawet w kaloszach i sztormiakach. 

Ponieważ zostało do zrobienia kilka drobnych, specjalistycznych prac w obrębie łazienki, to mam taką obserwację – fachowcy najpierw umawiają się na konkretną datę i godzinę, a później nie przychodzą. I nie, że uprzedzą – wiadomo, coś wypadło, coś się przesunęło, ludzka rzecz (zwłaszcza w budowlance, gdzie żaden projekt NIE MA PRAWA się zakończyć w przewidzianym terminie, bo specjalista od harmonogramu chyba by skoczył z Mostu Poniatowskiego z powodu osobistej porażki). Ale nie – żadnego ostrzegania, po prostu się nie pojawiają i handluj z tym. Przyjdą, ale później? Przyjdą, ale jutro? W ogóle nie przyjdą i nie będą odbierać telefonu, bo postanowili się obrazić pro forma? Strasznie mnie to wkurwia jako osobę, która nie potrafi się spóźnić nawet trzech minut, bo przeżywa katusze. I tak to się wlecze i opowiadam o tej łazience kolejny miesiąc, jak nie przymierzając jakaś Szeherezada. 

Na fejsie wyskoczyła mi fascynująca dyskusja – ile zębów ma oryginalne Labubu. N. na przykłada nadal nie wie, co to jest Labubu, więc mu tłumaczę, że to taka Monchichi z zębami (gdyby dzisiejsza młodzież uważała, że jest szalenie oryginalna, to nie jest – my też mieliśmy swoje Labubu). A on, że nie wie również, co to Monchichi. Akurat – na pewno wie, tylko zgrywa twardziela i nie chce się przyznać.

Oraz nakryłam w ogródku dwa ślimaki winniczki na seksie. Żeby chociaż poszukały sobie jakiegoś romantycznego, ustronnego miejsca, ale nie – na środku ścieżki, normalnie jak jacyś celebryci – influencerzy, takie czasy nastały. 

W międzyczasie jestem gruba, mam OGROMY tyłek i się garbię, w związku z czym mam dylemat, czy teraz zainwestować w krople na odchudzanie, czy w kawę z grzybami. Są jeszcze plastry odchudzające z nanoigłami, ale tu chyba podziękuję, nie chcę być w łaty i na dodatek podziurawiona. A na garbienie to nie wiem co – no chyba, że chodzenie z encyklopedią na głowie, ale kto w dzisiejszych czasach ma w domu papierową encyklopedię!…

O WANNIE I PĄCZKACH

Otóż dnia 14 lipca Roku Pańskiego wykąpałam się w nowej wannie. Akurat na dzień przed Bitwą pod Grunwaldem, znaczy rocznicą. Dziwna ta wanna, długa i wąska jak egipskie sarkofagi. Z zewnątrz wydaje się mniejsza. No cóż, jak się nie polubimy – zawsze mogę ją zmienić, ha, ha, a wtedy N. mnie oskalpuje. Koniec, przepadło, jesteśmy na siebie SKAZANE. Prysznic jeszcze czeka na szklaną przegródkę z boku, a wszyscy razem czekamy na lampę nad lustro. A reszta już gotowa i nie trzeba schodzić na dół na siusiu w środku nocy! A to najważniejsze.

W ten weekend co tak lało byłam nad jeziorem i widziałam bobra płynącego rzeką wzdłuż. Nie dość, że strasznie długo potrafi płynąć bez wynurzania, to na dodatek puszczał bąki. Chyba wiedział, że na niego patrzymy i chciał dać nam do zrozumienia, co o tym sądzi.

A w cukierni w Olsztynku jakaś kapitalistyczna świnia bez umiaru wykupiła wszystkie pączki z jagodami, po które SPECJALNIE przyjechaliśmy. A pani nam tłumaczyła, że owszem były, ale jeden pan zamówił, a później jeszcze domówił i zabrał wszystkie, a ona poleca jagodzianki. Jagodzianki to ja mam WSZĘDZIE, a specjalnie jechałam po te pączki przez całą Polskę! (No OK, przez jedną czwartą Polski około, ale i tak). Już mi trochę przeszło, ale przez trzy dni życzyłam typowi sraczki z przeżarcia i wysypki. 

A dziś od rana wszędzie, że Joanna Kołaczkowska nie żyje. Dajcie spokój w ogóle.

O RÓŻNYCH RZECZACH

Wiedziałam, że ten tydzień będzie udany. Bladym świtem w poniedziałek, jak się kręciłam po kuchni, jeszcze w piżamie, włączyłam ekspres do kawy dla N. i czajnik na herbatę dla moi, otworzyłam szafkę i rozległo się PIERDUT! I na podłodze wylądował słoik ze szprotami w oleju. No czyż można sobie wymarzyć piękniejszy poranek? Pół godziny zbierania szkła, oleju i rozpaćkanych rybek, mycie podłogi, a i tak przez cały dzień w domu pachniało jak na kutrze rybackim. Dlaczego N. nie może kupować szprotów w puszkach, jak normalni ludzie – pozostanie nieodgadnioną tajemnicą. A jak już kupi w słoiku, to dlaczego nie postawi go jakoś GŁĘBIEJ. 

No więc w łazience jesteśmy na etapie fugowania, a w pogodzie – na etapie października ze wskazaniem na listopad (bo u nas nigdy nie może być NORMALNIE – albo piekło na pustyni, albo powodzie – nic pośrodku). A na Netflixie jesteśmy na etapie „Departamentu Q”, ale jestem ciut zawiedziona, bo myślałam, że Matthew Goode (uwielbiam) będzie w każdym odcinku rozwiązywał jedną sprawę kryminalną, a on przez cały sezon szuka zaginionej prawniczki. Trochę szkoda, za to wszyscy mają piękny szkocki akcent i ubierają się w sfilcowane swetry i szerokie spodnie. 

Śniło mi się, że wkładam pranie do pralki. SWOJEJ PRALKI, a nie gdzieś na mieście. Góra pościeli i ręczników do prania rośnie (ciuchy piorę u ciotki, ale pościel to nie wiem, czy wypada – chociaż w sumie dlaczego?). Ciekawe, czy to miał być sen proroczy, czy z gatunku „raj utracony”.

Wyświetliła mi się informacja, że Margot Robbie była w Madrycie i zjadła tatar z tuńczyka, świńskie ucho, chipirones, a na deser torrija. Zuch dziewczyna. Ale zabrałabym ją jeszcze na chrupiącego dorsza, kanapki z cabralesem i gambas al ajillo. 

Idę wykreślać kolejne punkty z czeklisty i mieć nadzieję na kąpiel i pralkę. 

PS. Ale jest jeden pozytyw bycia przejechanym przez hulajnogę, a raczej hulajnogistę – przynajmniej nie ukryją zwłok. Bo buc w samochodzie może schować trupa do bagażnika, wywieźć i gdzieś porzucić (albo zakopać), a hulajnoga nie ma bagażnika i raczej nie da się wieźć trupa przewieszonego przez kierownicą. Przynajmniej niezbyt daleko.