O TYM, ŻE PLAŻA I PO PLAŻY

Jestem dumna i wzruszona tegoroczną Nike – Elizę Kącką czytam i bardzo lubię od dawna, nie mogłam odżałować, kiedy zniknęła jej stronka „Halo? Pani Elizo?” z fejsa, a teraz dostała nagrodę za „Wczoraj byłaś zła na zielono”, którą kupiłam już dawno i w ogóle jakoś mam poczucie, że nareszcie się załapałam na jakiś mainstreamowy trend. No w końcu. Jak to powiadają w Małopolsce (podobno) – i nad twoim podwórkiem ptaszek w końcu się zesra.

Poza tym to jestem w nastroju dość błogim i opalonym (choć z umiarem – filtr 50-tka), bo byliśmy na wakacjach na Fuerteventurze. Tak, nudna jestem z tą Fuerteventurą, ale jak się znajdzie ideał, to się go trzyma. Niebo było błękitne, ocean granatowo – turkusowy, a temperatura w nocy 20 stopni. I mieliśmy takie postanowienie, że jedziemy dużo chodzić i jeść tylko ryby i sałatki. O czym przypomniałam N. pierwszego wieczora, kiedy na stół wjechał wielki talerz szynki.

Stwierdził, że szynka się nie liczy, bo jest bardzo cienko pokrojona i nie ma cholesterolu, a poza tym trzeba wspierać biznesy lokalne. No, akurat ten biznes lokalny od szynki to radzi sobie całkiem nieźle – malutki bar przy uliczce ma ciągle zajęte stoliki i czasem trzeba zrobić kilka okrążeń, żeby się jakiś zwolnił. W dodatku prowadzi go facet z żoną i jak jest sam i on obsługuje, to się czeka i czeka i czeka, bo on potrafi tylko jedną czynność naraz i robią się poważne zatory związane z brakiem napojów na stoliku. A jak przychodzi jego żona, to rozwiązuje cały korek w dwadzieścia sekund. 

I czytam „Joe Country” – kolejny tom Kulawych koni, i jest wspaniały po prostu. Chociaż język nie należy do najprostszych (ach, te wyrafinowane rozmowy Lamba i Taverner, na przykład co to jest „supercalifragilistickfuckmealadocious”?), to czyta się świetnie i mam ochotę notować riposty. Tylko niby gdzie je wykorzystam?

No w każdym razie wróciliśmy na zimne łono ojczyzny, chociaż przynajmniej nie leje i nie ma przymrozków w nocy, dobre i to. A N. się denerwuje, że na lotnisku jest knajpa niby serwująca kuchnię polską, a nazywa się „Bijanka”. No czy to jest polska nazwa? Powinna być „Kijanka”. 

O HISZPANSKICH FILMACH

U mnie też na koniec września wjechał pełny zimowy zestaw: gruby koc, grube polary, botki na grubej podeszwie i flanelowe piżamy z motywem świątecznym. I wszystkie piękne, kolorowe koleusy umarły w ciągu dwóch nocy z przymrozkiem. Dobrze, że N. zdążył im zrobić zdjęcie. 

Nie dość, że lato było jakieś takie niewydarzone, to od razu CIACH i zima – bardzo mi się to wszystko nie podoba. A jeszcze bardziej mi się nie podobał ten pająk, który siedział przy drzwiach w garażu, jak wychodziłam z Mangustą. Tamten z zeszłego tygodnia był ogromny? No to ten był JESZCZE WIĘKSZY. 

A moja ulubiona pani od rozpakowywania palet i mystery boxów ostatnio wyciągnęła z paczki sukienkę – zwykłą, normalną sukienkę uszytą jak sukienka, miała dwa rękawy i spódnicę, i powiedziała: „A dress! Normal dress! I like normal, unlike the rest of the world” – i tak mi się to spodobało, że chyba anektuję do kolekcji życiowych motto. Ja też lubię po prostu NORMAL i mam wrażenie, że świat oszalał. Nawet nie w kwestii mody (to akurat od dość dawna), ale tak ogólnie, ze wszystkim. I staram się wyszukiwać w tym pierdolniku jakieś okruszki normalności i się ich czepiać.

(Czy w Polsce da się kupić taki mystery box? Chociaż rozpakowywanie jest cudowne, tylko co później zrobić z tym całym badziewiem? Może jeszcze to przemyślę).

Jakoś nie mam czasu oglądać seriali na bieżąco, bo na przykład w weekendy N. życzy sobie oglądać filmy hiszpańskojęzyczne (o tym za chwilę), więc w „1670” dotarłam zaledwie do czwartego odcinka. Ale już wiem, że „Szczęść Boże! My na hazard” zostanie ze mną na dłużej.

No więc jeśli chodzi o filmy hiszpańskie na Netflixie, to mam wrażenie, że we wszystkim gra Carmen Machi. To jest BARDZO dobra aktorka, ale chyba trochę nie ma czasu iść do łazienki, patrząc na listę filmów i seriali z jej udziałem. No i ostatnio obejrzeliśmy głupią komedię, ale to TAK głupią i rasistowską, że nie wiem, jak Netflix – słynący z poprawności politycznej – takie coś w ogóle puścił. „Niecodzienna historia” się po polsku nazywa i dzieje się w małej, zapomnianej wiosce w górach, która walczy o to, żeby nie zostać przyłączona do większej miejscowości. I gdyby na tym fabuła się skupiła, to byłoby naprawdę fajnie, ale niestety. Zaczyna się od tego, że wszyscy z wioski wyjechali albo umarli i na zebraniu mieszkańców jedna starsza pani zaczyna płakać i mówi, że jej mąż umarł trzy dni temu, ale nie chciała nic mówić, na szczęście jest tak zimno, że jeszcze nie śmierdzi. Na co któryś z miłych sąsiadów – „Nie szkodzi, kochana, naśmierdział się za życia”. No cudowny hiszpański humor.

Za to „Paquita Salas” jest dość fajna. 

Ale ogólnie to mi zimno i smutnawo.

O POGODZIE (NEGATYWNIE)

Moja refleksja po zakończeniu najnowszego Cormorana jest taka, że Rowling jest zwykłą sadystką. I teraz mam czekać dwa lata, tak? Zadowolona jesteś z siebie, Joaśka? Chyba zadowolona, bo lubisz się pastwić nad czytelnikami. Remigiusz Mróz by napisał kolejną część w miesiąc, a może nawet w trzy tygodnie, przy sprzyjających wiatrach. Ale nie, ty będziesz ludzi trzymać na sznurku DWA LATA, żeby w następnym tomie znowu nic nie wyjaśnić. 

Złośliwa cholera.

Na inne tematy nie mam się siły wypowiadać, bo jest mi ZIMNO. Gdzie złota polska jesień, ja się pytam? Dlaczego od razu jest końcówka listopada, kiła i zgnilizna? Ja rozumiem, że ktoś może nie lubić lata, bo mu za gorąco. Ale żeby woleć TO? No nie, z całym szacunkiem – to jest jakieś nieporozumienie w ogóle. Też mam kurtki przejściowe, a nawet jakoś na początku roku miałam taki pomysł, żeby sobie kupić trencz. No i tak oglądam te trencze i w pewnym momencie spływa na mnie objawienie – no dobra, kupię, powieszę w szafie (w której totalnie nie mam już miejsca, ale to inna historia) i co dalej? Ile razy w roku go założę? Jakieś CZTERY. A przez pozostałe 361 będzie wisiał i mnie denerwował. I zrezygnowałam z kupna trencza na rzecz polarowej bluzy.

Inna rzecz, że oglądam swetry i na przykład taka koncepcja, że jest sobie gruby fajny sweter  i NAGLE ma dekolt do pępka (albo gołe ramiona) – też jest dosyć zastanawiająca. Ale to od dawna wiadomo, że nie nadążam za modą i nawet nie aspiruję. 

Z tego zimna włazi nam do domu robactwo, co w sumie nawet rozumiem, ale jeden pająk był wielkości połowy Mangusty. A inny mniejszy, ale bardzo, bardzo kudłaty. A w łazience siedział wtyk amerykański. N. już ma odruch, że jak słyszy wrzask – to nie pyta, tylko idzie ze szklanką. Mam rozstawione w strategicznych miejscach w chałupie szklanki na insekty, z podstawkami z kartonika. No i kiedyś z takiej szklanki napiła się jedna pani, która przyszła do nas umyć okna – niestety, zobaczyłam to już po fakcie, dostałam zawału i nie miałam odwagi jej o tym powiedzieć. Ale naprawdę, NAPRAWDĘ ze wszystkich dostępnych szklanek musiała wybrać akurat tę, która stała do góry nogami i na kartonowej podstawce? Chyba czasem kobieca intuicja jednak zawodzi. 

Nie wiem – zlikwidować już na zimę poduszki z kanapy na tarasie czy pooszukiwać samą siebie, że jeszcze posiedzę na niej w tym roku z Mangustą? (W dwóch polarach, bluzie sherpa i kocu).

PS. J.K. Rowling jest fanką KFC. Hmm. HMMMMMM.

PSPS. Przepraszam uprzejmie, kto szukał na moim blogu frazy “pająk skurwysyn”? I jeszcze “baba na rowerze” mnie intryguje (baba na rowerze u mnie na blogu? Jakoś tego nie widzę).

O WKURZENIU NA TEMPERATURĘ I C.D. CORMORANA

Od rana jestem w kryzysie – N. dziś rano skrobał szybę pierwszy raz w sezonie. Musiałam wyciągnąć moje norki z prawdziwych polimerów, żeby przeżyć. Jest mi zimno i smutno – wkurzono. 

Niecałe sto stron do końca:

– Robin chyba się nie otrząsnęła po pobycie w sekcie, bo jest nie do wytrzymania i jestem na skraju znielubienia jej;

– Strike trochę się ogarnął, ale też momentami mam ochotę go zdzielić gazetą przez łeb (najlepiej Financial Timesem) –  muszę przyznać, że troszkę mi serce odtajało, jak leczył rybę. A najlepsze, że w dzieciństwie miałam akwarium i DOKŁADNIE taką rybę, czarną welonkę z dziwnymi wypukłościami na głowie! Bardzo była inteligentna, lub był, i wszystkim było bardzo smutno, kiedy jej / jego ziemska podróż dobiegła końca. Gdybym wtedy wiedziała o puree z groszku!…

– niezależnie od powyższego Strike porzucił dietę i zaczął znowu żreć niezdrowe świństwa, mimo, że w co drugim rozdziale boli go noga; wciąga burgery, curry i dorsza w cieście, a ja czytam i robię się przez niego głodna;

– mam wrażenie, że tym razem wyjątkowo kręcą się dookoła własnego ogona w temacie śledztwa, chociaż „Serce jak smoła” chyba jednak było gorsze pod tym względem

Ale i tak najgorsze jest to, że zaraz skończę i co? I CO? Znowu dwa lata czekania (bo nie mam złudzeń, że będzie jakiś mega cliffhanger na końcu)? Szkoda, że nie jestem Mirandą Priestley i nie mogę wysłać asystentki, żeby mi przyniosła od autorki następną część NATYCHMIAST.

Gdyby tylko mogło u nas być NORMALNIE z tą temperaturą, a nie że z upału od razu zjazd w ciągu jednej doby i przymrozki w nocy!… A gdzie jakiś okres przejściowy? Czy 12 stopni w nocy to są zbyt wygórowane wymagania, nie – musi być od razu CZTERY? Jak mi zmarzną koleusy, bujne i kolorowe w tym roku, to nie ręczę za siebie.

O PSIM DUECIE I NOWYM CORMORANIE

Piękny ciepły weekend był, w sobotę to nawet za duszno trochę (albo ja mogłam tyle nie żreć na imprezie), ale doceniam bardzo.

Natomiast sprawuję opiekę (naprzemienną) nad Mufką, mojej ciotki psem, z powodu jej wyjazdu na wakacje. Jest bardzo interesująco, zgodnie spacerują razem z Mangustą po ogródku, drą japy na wszystko co się rusza, ale jednocześnie jest lekka wojna podjazdowa. Na przykład sprawdzanie w miskach, czy ta druga nie ma czegoś lepszego (nie ma), zajmowanie upatrzonego miejsca na kanapie, bo akurat to i żadne inne, i podpieprzanie sobie kocyków. Na szczęście bez agresji, tylko łypanie na siebie nawzajem. W nocy nie mam jak nóg wyprostować, bo Mufka jest jednak trochę WIĘKSZYCH gabarytów, niż malutka Mangusta, no ale tydzień spania w kucki jeszcze nikogo nie zabił. Chyba. Przynajmniej nie mam takich informacji.

W najnowszym Cormoranie jestem na stronie 400 i jak do tej pory, czyta mi się dobrze. Poznaję nowe słowa, na przykład „nef” oraz „ambidextrous” (to mój mąż jest). Co może być dla nas trochę dziwne, to brytyjskie realia, zwłaszcza dotyczące arystokracji i masonerii. U nas nie ma hierarchii i arystokracji funkcjonującej w społeczeństwie – nie naprawdę, chociaż niektórzy by bardzo chcieli i aspirują, to jest to zupełnie co innego i dlatego może być w odbiorze wydumane i nie do końca zrozumiałe. A masoneria to już w ogóle – na przykład bardzo mnie zdziwiło, że zupełnie normalnie, przechodząc ulicą, można kupić oficjalne masońskie srebrne ozdoby w oficjalnych sklepach. Myślałam, że to jest jakaś głęboka konspiracja i tylko dla wtajemniczonych i w ogóle, najpierw mroczne rytuały, a później breloczek z okiem i piramidą. 

Natomiast druga sprawa… Tylko połowa mojego mózgu jest skupiona na zagadce kryminalnej, bo reszta cały czas wychwytuje informacje dotyczące (na razie niedoszłego) romansu Robin i Cormorana. Zachowują się gorzej niż piętnastolatki w szkole, brakuje tylko żeby Cormoran zaczął ją ciągnąć za włosy i strzelać ze stanika, jak idą po schodach (to były dowody prawdziwej miłości, z tego co pamiętam), bo te ich rozkminy już mnie zaczynają denerwować. A Robin to już TOTALNIE mnie wpienia, bo jak w mordę strzelił powieliła schemat z Matthew – kolejny facet, z którym niby jest, ale ciągle myśli o Cormoranie i chowa się w kiblu z telefonem, żeby wysyłać SMS-ki. I nowy chłopak jest tak samo zazdrosny o Cormorana i jej pracę, jak był poprzedni, mimo, że właśnie w tej pracy ją poznał. Nie podoba mi się on i guzik mnie obchodzi, że jest podobny do Paula Newmana – wkurza mnie i już. Ale Robin z Cormoranem też mnie wkurzają. No i tak.

(Ja wiem, znam realia, nie może nastąpić zbyt wczesna konsumpcja, bo się temat wyprztyka i sprzedaż spadnie, ale no na litość!…)

O zaległościach w serialach nawet nie wspomnę – nie mam czasu oglądać, bo ciągle coś i ładna pogoda. Będzie jak znalazł na jesienne szarugi, które już się czają za rogiem i dyszą w kark, niestety.

O PINTXOS I WREDNYM KOMARZE

W prezencie urodzinowym byłam w Bilbao, w związku z czym cała misterna zasada Hara Hachi Bu niestety odeszła w zapomnienie, bo być w Bilbao i w ogóle w kraju Basków i nie obżerać się to jest nieporozumienie. Ale za to dużo chodziliśmy, chociaż nie wiem, czy WYSTARCZAJĄCO dużo, w porównaniu z tym co zjadłam. Sama kanapeczka z kaczą wątróbką i kandyzowanymi jabłkami to jakieś milion kalorii, a przecież nie była jedyna. 

I jednak w pewnym wieku przeświadczenie, że jeszcze jedna malutka kanapeczka przecież nie zaszkodzi, a do niej kieliszek wina, bo przecież tak wypada, a później jeszcze jedna w kolejnym barze i w następnym – no więc to jest myślenie BŁĘDNE. Koszmary senne i kac następnego dnia są naprawdę dotkliwe (zwłaszcza, jak kochający mąż zapoda od rana dziesięciokilometrowy spacer po Gran Via). Kiedyś człowiek się otrząsnął pod prysznicem, wypił cocacolę i jazda, a teraz się wlokłam tą Grań Via z łbem jak wiadro i obrzydzeniem do samej siebie. Czy powstrzymało mnie to przed spożywaniem kolejnych kanapeczek wieczorem? Ha. 

A w ogóle w jedną stronę z lotniska wiózł nas Fernando Alonso – tak zapierdzielał po tych krętych drogach, że siedzieliśmy z wybałuszonymi oczami i trzymaliśmy się wszystkimi kończynami, czego tylko się dało. Na lotnisko jedzie się normalnie jakieś 12 – 15 minut, a on nas dowiózł w SZEŚĆ. Oj było zabawnie, tylko strasznie mu w taksówce śmierdziało kocimi sikami (chociaż może to wcale nie był kot, tylko jakiś poprzedni pasażer nie wytrzymał tempa). W drugą stronę jechaliśmy na lotnisko Teslą (szybko, ale w granicach prawa), a pan był uroczym gadułą i rozmawialiśmy, jak ludzie się wyprowadzają do Castro Urdiales, bo tam są tańsze domy a jest tak pięknie nad samym oceanem, i dojeżdżają do roboty. I niby to już jest Cantabria, ale pfff – wielka mi Cantabria, skoro tam sami Baskowie mieszkają. 

Oraz był jeden sklep na Starym Mieście, czyli Siedmiu Ulicach, w którym był wyłącznie baskijski sernik. Można było kupić cały, połówki i ćwiartki. I nic więcej nie mieli w sprzedaży, tylko ten przypalony od góry sernik. 

Natomiast nie widziałam przez cały pobyt ANI JEDNEGO LABUBU. Ani na człowieku, ani na wystawie żadnego sklepu. 

I ponieważ mieliśmy hotel nad samą rzeką Nervion i otwierałam drzwi balkonowe na noc, bo klimatyzacja mnie wkurwia, to pogryzły nas komary. N. więcej sztuk, mnie zaledwie kilka sztuk, za to jeden w powiekę. Fantastycznie. Jak to teraz posmarować i nie oślepnąć?…

I lało tylko jednego dnia wieczorem, co jak na Bilbao jest wynikiem bardzo niezłym. 

Chwilowo nie piję do końca życia (co było do przewidzenia). Mangusta lekko obrażona, chociaż uwielbia swoje kuzynki u Zebry i podobno darła się najgłośniej w całej okolicy.Tylko jak mam teraz czytać Cormorana jednym okiem, hę?

O POSZUKIWANIACH I LAMPCE NOCNEJ

Leje. No i dobrze, bo susza u nas straszliwa – na spacerze przez las zapadałam się po kostki w piachu, paprocie uschnięte, borówki uschnięte. Niech popada, natomiast efektem ubocznym jest Mangusta, która odmawia wyjścia na siusiu, kiedy ją namawiam – patrzy na mnie jakbym miała deficyty umysłowe (niewykluczone, a nawet coraz bardziej prawdopodobne) i ogólnie nie podoba jej się. No trudno, dostała kawałek parówki na pocieszenie.

N. przez całą noc słyszał helikoptery, a ja – oczywiście – całą awanturę przespałam. W sumie – no i dobrze, po co się miałam denerwować, i tak się rano zdenerwowałam, aż mnie łeb rozbolał. Na dodatek zadzwonił nasz przyjaciel z Hiszpanii, czy już spakowaliśmy dobytek i do niego jedziemy. Długo rozmawiali z N. i zostało wspólnie ustalone, że to wszystko jest puta mierda, najbardziej oczywiście ruskie łobuzy, ale sporo innych politicos też. 

Na szczęście nie miałam specjalnie czasu, żeby się zamartwiać, bo N. zażyczył sobie odszukania niezwykle ważnych dokumentów sprzed piętnastu lat (albo i lepiej), w związku z czym dwa ostatnie dni spędziłam przewalając Apallachy papierzysk w domu (i zagrodzie) i biurze. I niektóre się znalazły, a niektóre nie, za to mam pocięte papierem palce i dokonałam kilku niezłych odkryć przy okazji. I nie wiem już gdzie szukać, za wszelką cenę chciałabym uniknąć takiej jednej narożnej szafki, bo tam jest bajzel STRASZLIWY i bez kilofa i latarki czołowej nie mam po co tam w ogóle podchodzić. Trzeba by świętego Antoniego zaprosić do współpracy, jak to było z tym kubkiem? Trzeba postawić kubek do góry nogami i co? Naprawdę nie chce mi się tej szafki ruszać.

Na pocieszenie odebrałam wczoraj ósmy tom Cormorana i byłabym czytała całą noc, ale N. na mnie nakrzyczał i kazał gasić światło, no bo poprzedniej nocy nie spał. Jakby te helikoptery to była moja wina. Muszę mu kupić żelki Zzzquil (czy jak tam się pisze) na mocniejszy sen, żeby mu moja nocna lampka nie przeszkadzała. 

Ech – wolałabym, żeby wróciły czasy, w których człowiek przejmował się głównie bezsensem istnienia. Może dorzucić do petycji do świętego Antoniego?…

O JEDZENIU CHYBA

W nocy z sierpnia na wrzesień śnił mi się Trump. Obudziłam się zmęczona i przygnębiona – oczywiście, sama sobie jestem winna, bo jadłam kurki. Wiadomo, co grzyby wyprawiają z człowiekiem. Ja sobie wypraszam takie atrakcje! Następne kurki przewiduję nieprędko, a kurki w śmietanie to już NADZWYCZAJ nieprędko. Łakomstwo ukarane, ale żeby aż tak?…

A w ogóle wyskoczyła mi na fejsie (ciekawe, dlaczego) japońska zasada „Hara Hachi Bu”, co oznacza – jedz do momentu, aż będziesz w 80% najedzony. Bardzo mądra stara zasada i bardzo trudna do realizacji w praktyce (ale będę próbować). Ja jeszcze bym dodała zalecenie, żeby nie jeść, jak człowiek jest głodny, bo wtedy w ogóle się je za dużo i bez umiaru. Jak powiedział Ringo  w „Żółtej Łodzi Podwodnej”: „I warned you not to eat on empty stomach”.

Taka Anna Wintour na przykład – pozostając w kręgach kulinarnych – podobno od wielu lat je taki sam lunch: stek i sałatka caprese. Z tym, że królowa mody nie znosi warzyw, więc sałatkę je bez pomidorów. Przeczytałam tego niusa i miałam takie „ALE ŻE JAK?”, bo sałatka caprese to pomidory i mozarella, więc bez pomidorów zostaje… Może mi się sałatki pomyliły, może chodziło o Waldorfa albo Cobba? Ale nie, chodziło o caprese i komentarze potwierdziły mój tok rozumowania. Głownie ludzie pisali „A nie można napisać po prostu, że wciąga kotleta i poprawia serem?”. No ale jak się napisze „SAŁATKA”, to od razu jest bardziej elegancko i dystyngowanie. Coś jak nazwanie parówek „delikatnym musem wieprzowym”. 

(Jak można pomidorów nie lubić? Zwłaszcza teraz, na koniec lata?) (AAAAA, koniec lata!…).

Poza tym co – komary mnie pogryzły. Ale jak! Dawno mnie tak nie pożarły, zachciało się spacerów po lasach nad jeziorem (bo N. musiał sobie porzucać z pomostu – przypilnowałam, wszystkie wypuścił) (ale nie pochwalam). Ugryzły mnie w TAKIE miejsca, że lepiej nie mówić w obecności młodzieży, np. jeden w powiekę mnie upierdzielił. To znaczy, że było ich bardzo dużo i strasznie głodne – bo zwykle gryzą N., a mnie zostawiają w spokoju. Jeśli rzuciły się na mnie, to naprawdę miały kryzys. 

Drugi japoński kryminał mnie niestety rozczarował, miała być wielokrotnie złożona intryga, a wyszła dziwaczna plątanina. Może i dla Japończyków te motywacje są zrozumiałe, ale nie dla mnie – ja nawet za zieloną herbatą nie przepadam, więc co mogę wiedzieć o uczuciach, jakie się kłębią w sercu japońskiego pisarza. Ba – nie przepadam również za tym japońskim puszystym sernikiem. Sernik to powinien być sernik, a nie ptasie mleczko (tylko rodzynki proszę trzymać z daleka).

Dlaczego tak szybko się robi ciemno? Tzn. wiem dlaczego (nie bojkotowałam nauki w szkole, jak to obecnie jest modne w pewnych kręgach), ale nie pochwalam i protestuję.

O SKARPETKACH I LOKALNYM SKLEPIE

Droga Redakcjo, ostatnich kilka nocy spałam w skarpetkach. W SKARPETKACH! W sierpniu!!! Nie, tak być nie może i ja poproszę z kierownikiem – z jednej strony Ruskie, z drugiej Niemcy, a na dodatek w sierpniu muszę w skarpetkach spać – nie tak się umawialiśmy. 

Na dodatek w sklepach z ciuchami już jesień, a koleżanka widziała już ozdoby świąteczne. I dziwić się, że połowa kraju jedzie na lekach na depresję. 

Żeby nie było nudno, to wynoszę pająki z wanny. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że po remoncie w nowej wannie już nie będą się pojawiały pająki. Nie mam pojęcia, którędy włażą i dlaczego lądują w wannie. Z całej łazienki muszą się pchać akurat do wanny, z której nie mogą wyleźć – zupełnie jak ludzie, ze wszystkich możliwości w życiu wybierają te najbardziej autodestrukcyjne. No dobra, nie wszyscy ludzie (i nie wszystkie pająki). A później biega taki w kółko, a człowiek musi organizować ekspedycję ratunkową ze szklanką i kartonikiem – przypominam, że mam arachnofobię. Co oczywiście nikogo nie interesuje, a najmniej pająka w wannie.

Dostałam ostatnio ochrzan od N., no bo tak: znosi do domu owoce, jak to on – nie może kupić kilku śliwek, tylko od razu pół wiadra i to różnych. Zje połowę, a reszta leży i się na mnie patrzy, więc podejmuję działania naprawcze – a to jakiś kompot, a to powidła do naleśników, co tam wypadnie. Zwykle nie mam w domu cukru, bo nie używamy (i później świecimy oczami przed gośćmi, jak poproszą o cukier do kawy), więc wysłałam N. do naszego lokalnego wiejskiego sklepiku, bo była sobota po południu, a nad owocami pojawiły się muszki owocówki, więc sytuacja nabrzmiewała. Lista zakupów – cukier i goździki. Poszedł.

Wrócił nabzdyczony i mówi mi, że czuł się jak ostatni Mohikanin w pustyni i i w puszczy, bo JAKO JEDYNY opuścił sklep z produktami o zawartości alkoholu 0,0%. Bardzo go to zdeprymowało i wszyscy się na niego gapili i w związku z tym musiał dokupić pół kilo pasztetowej luksusowej, żeby w ogóle z tego wyjść z twarzą. Powiadam Państwu – męskie ego to jest jednak bardzo, bardzo kruchy podmiot liryczny. A sklep swoją drogą stanowi osobliwość lokalną, bo jest mały – taki kiosk przed chałupą – a jest w nim wszystko. WSZYSTKO! No dobra, świeżych ostryg nie mają, ale poza tym wszystko. Coś niesamowitego.

I oto niniejszym nadeszła (jak mówią politycy – NADEJSZŁA) smutna chwila, w której przeczytałam wszystkie pięć tomów Kulawych koni, dostępnych na polskim rynku wydawniczym. I stoję przed dylematem – polować na oryginały czy czekać na tłumaczenie? Autor ma bardzo barwny język i chwilami mocno zapętlone metafory, więc nie wiem, czy podołam. Z drugiej strony, czasem tłumaczenie jest bardziej skomplikowane, niż powinno, no i nie wiem. Na razie mam drugą kryminalną powieść japońską i biografię Jasnorzewskiej (czy tylko ja mam wrażenie, że co roku wychodzą kolejne biografie Osieckiej i Jasnorzewskiej?), a później się zobaczy.

Ale przynajmniej nie mam już kataru (bo śpię w skarpetkach, kurde).

O KARACH CIELESNYCH I WODOROWANIU WODY

Przez cały wyjazd przewijała się rozmowa, którą zaczęła jedna koleżanka na widok elektrycznej hulajnogi rzuconej w poprzek chodnika w Ełku. Otóż ona powiedziała, że za te hulajnogi by batożyła – a jest pedagogiem i twierdzi, że żadne argumenty, terapie, rozmowy – nic nie ma sensu, tylko porządny bat z rzemykami, a na końcu każdego rzemyka haczyk. I chlastać, aż by wyrywał kawałki mięsa – tylko batożenie, żadne inne sposoby nie zadziałają.

No i tak rozwijaliśmy temat przez pozostałe dni, dwustronnie: po pierwsze – grupy osób, które należy poddać batożeniu. Sporo się tego nazbierało, bo mieszkamy w specyficznym państwie, gdzie nieprzestrzeganie prawa jest powodem do dumy, a kto przestrzega ten frajer. Swoją drogą nikt nie egzekwuje przestrzegania prawa, więc wszyscy którzy mają ochotę palić w miejscach publicznych i rzucać pety pod nogi, palić w piecu oponami, śmiecić na ulicy i wyrzucać śmieci do lasu i jeziora – mogą to robić i śmiać się w twarz głupkom, którym to przeszkadza i woleliby, żeby było czysto. No sporo się tego nazbierało, z politykami włącznie (a może przede wszystkim), albo ludźmi, którzy znoszą do stolików tony jedzenia ze szwedzkiego bufetu, a później to wszystko zostawiają.

Z drugiej strony zajęliśmy się techniczną stroną przedsięwzięcia i nawet znaleźliśmy na Allegro bardzo estetyczne gadżety do biczowania (zachęcam, dział dla dorosłych, sekcja BDSM), a później – te same gadżety na TEMU, co najmniej połowę taniej. Tylko trzeba by do każdego rzemyka przywiązać haczyk na ryby, chociaż mój mąż (wędkarz) twierdzi, że lepiej kotwiczki, więcej mięsa wyrwą i nie trzeba się będzie tak namachać. 

Ja to nawet podziwiam takie podejście, bo to jest jednak sporo wysiłku i gimnastyki, takie batożenie. Ja bym wstrzykiwała neurotoksynę albo obcinała palce, po jednym stawie. 

No i takie mieliśmy rodaków przy winie rozmowy. 

A teraz wyświetlają mi się ciekawe oferty, po tym jak szukałam bicza na Allegro. 

I mam nową obsesję – filmiki pani, która kupuje całe palety nieodebranych przesyłek i je rozpakowuje na wizji. Wciągające jak cholera – czego w tych paczkach nie ma! Chociaż trzeba przyznać, że jak trafi na spersonalizowane gadżety – biżuterię, kubek z dedykacją czy kocyk ze zdjęciem, to uruchamia poszukiwania i odsyła do adresatów. Ale co robi na przykład z sukienkami, które z przodu składają się ze sznurków, a z tyłu z kokardek – to nie wiem. 

I może ktoś mi wytłumaczy, co to są do cholery butelki do wodorowanja wody? Bo kilka sztuk już odpakowała. Po co w wodzie ekstra wodór i skąd ten wodór się bierze? (Czy należy wybatożyć producentów butelek do wodorowania wody?).

Nie podoba mi się, że noce są takie zimne. W ogóle nie podoba mi się, że lato się kończy, bo jakoś wyjątkowo mało go było w tym roku.