O TYM, KTO SIĘ PRZEZIĘBIA W UPAŁ

Tydzień upałów, który nawiedził Polskę, spędziliśmy z przyjaciółmi w domku nad jeziorem. Dziwne, że nie padało – no ale może to dlatego, że nie ja rezerwowałam. 

Piękne miejsce, rano i wieczorem słychać było żurawie, a o zmierzchu dodatkowo jeszcze coś, koleżanka pierwszego dnia się wystraszyła że kogoś mordują rytualnie, no ale chyba co wieczór by nie mordowali? Darło się jakoś tak pomiędzy czkawką a wyciem i prawdopodobnie była to jakaś sowa. 

Żeby nie było zbyt różowo i z brokatem, to trzeciego dnia się przeziębiłam – albo klimatyzacja w samochodzie, albo najnowszy wariant covid o imieniu Nimbus (kto mu te imiona nadaje, swoją drogą – jest jakaś lista, jak przy huraganach?). W każdym razie najpierw miałam w gardle żyletkę, a później zaczęło mi się lać z nosa – czy tylko ja się przeziębiam w upały? A nie, jeszcze Saliy z „Kiedy Harry poznał Sally” – w końcowej przemowie Harry mówi do niej „Kocham jak się przeziębiasz, kiedy jest upał”. No dobrze, Harry to w niej kochał, ale czy ona lubiła się przeziębiać? Bo ja na przykład nie przepadam. Nos mam już pokaleczony od wycierania, łeb jak wiadro z cementem i tradycyjnie czuję się jak Kłapouchy – wilgotny i smutny. 

Na dodatek N. się ze mnie nabija, że nie umoczyłam w jeziorze nawet czubka palca – a kąpali się wszyscy, włącznie z Mangustą (weszła na głębokość do brzucha, czyli jakieś 4,5 centymetra). Po pierwsze – dla mnie ta woda była za zimna, po drugie – wszyscy radośnie opowiadali, ile widzieli pijawek – chyba bym zeszła na zawał, gdyby mi się pijawka przypięła do nogi, chociaż oczywiście je szanuję za wkład w medycynę ratunkową, ale wolę je oglądać w serialach medycznych, niż na własnej stopie (chociaż w sumie dotyczy to wszyskich aktorów, jak się tak głębiej zastanowić).

Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić pierogi z kaczką w restauracji „Biesiada” w Grajewie oraz pasztet z zakładów mięsnych Warmia. Ja już prawie nie jem wędlin, bo nic mi nie smakuje, ale ten pasztet to jest dzieło sztuki i powinno się go wpisać na listę UNESCO. 

A w Ełku przed sklepem wędkarskim jest ROBAKOMAT. Ludzie są okropni, a wędkarze podwójnie (chociaż nie aż tak, jak myśliwi).

No to teraz pranie, zaległe rachunki i podobno na Netflixie jest drugi sezon Wednasday. Super, jak tylko przestanę widzieć wszystko w zielono – fioletowe plamy, to oglądam. A na razie podcasty kryminalne.

O PSACH I RANDCE W CIEMNO

Na szczęście dzień można zacząć optymistycznie, bo odnalazł się mały, biały pudelek, ukradziony bezczelnie i na chama, w świetle kamer, przez rodzinkę kryminalistów w Świnoujściu (w tym małe sprytne cholerne dziewczynki). Psina odnalazła się w Kopenhadze, czyli właściciele mieli dobre informacje, że od razu pojechali z nią na prom. Nie mam o ludzkości zbyt dobrego zdania, a ludzkość codziennie dba, żeby mi się nie poprawiło. Chociaż z drugiej strony – właścicielka dziękowała za ogromny odzew, zainteresowanie i bezinteresowną pomoc, więc może jeszcze nie wszystko stracone. 

Pozostając w tematyce psów – czytałam komentarze pod jakimś filmikiem z pieskiem, w których właściciele opowiadali, co ich pies przynosi ze spacerów po sąsiedztwie (rzecz się dzieje w USA). Jeden facet napisał, że jego suka przyniosła ostatnio GOTOWANEGO HOMARA – „A nawet nie mieszkamy nad morzem!” (nie wiem, co koleś sobie wyobraża na temat morza, ale raczej nie ma w nim gotowanych homarów). Na co odpowiada mu drugi, że jego pies z kolei pojawił się na ganku z ogromym sumem (chyba surowym dla odmiany). Przeszedł się po okolicy i pytał ludzi, czy ktoś zgłasza zaginięcie suma, ale nikt się nie przyznał. Po czym dodał „Tak, z tym sumem to było dziwne, bo zwykle przynosi ziemniaki”. Super, najnaturalniejsza rzecz na świecie – pies przynoszący ze spaceru po okolicy ZIEMNIAKA. 

A właśnie, jechaliśmy w weekend po okolicy i przy drodze była strzałka do gospodarstwa rolnego z napisem „Ziemniaki jadalne”. Jestem zaintrygowana i chętnie nawiążę kontakt z osobą, która dla odmiany ma w ofercie ziemniaki NIEJADALNE.

Natomiast przeczytałam, że szykuje się wielki powrót programu „Randka w ciemno”. Odważnie, jak na dzisiejsze czasy (ale ci ludzie będą w ubraniach, tak?). Czy zamierzam oglądać? Oczywiście, że nie (mam ciary żenady przy takich programach, to się nazywa second hand embarassment). Czy oglądałam pierwowzór? Chyba jeden odcinek, może dwa. A to dlatego, że do pierwszego odcinka wzięli ludzi z mojej uczelni i chyba nawet z mojego roku (czy tam rok starszych). Chłopak z dziewczyną, którą wybrał w programie, byli później parą, a na niego mówiło się już zawsze „ten z randki w ciemno”. Ale mimo, że był w telewizji (na tamte czasy WOW, bo teraz to już chyba wszyscy byli w telewizji, trudniej znaleźć kogoś, kto NIE BYŁ), to był miły, sympatyczny i rozmawiał normalnie. Nawet mu jakieś notatki pożyczałam (a może był miły, bo chciał notatki, hm). W komentarzach ludzie piszą, że uczestnicy w dupie mieli randki i związki, chcieli pojechać na darmową wycieczkę, najlepiej za granicę. Chociaż czasem trafiały się Międzyzdroje albo Ciechocinek. 

No i połowa wakacji za nami, a ja nadal nie wiem, ile zębów ma Labubu. Zapytana AI odpowiada, że sześć, a ja na zdjęciach wyraźnie widzę, że dziewięć – no to jak to jest? Chyba ta sztuczna inteligencja nie jest taka wszystkowiedząca, jak ludzie mówią – na przykład nie umie policzyć zębów.

PS. No przecież bym ZAPOMNIAŁA – po dwóch latach chłopaki obudzili się z letargu i nakręcili nowy odcinek South Parku! O Trumpie. Trump jak obejrzał, to chce ich zabić i jest mega afera na całe USA – jak za dawnych dobrych czasów, ech. Łezka mi się w oku zakręciła…

O NIŻU I ŚWIETLE

Na sośnie nad tarasem dzień w dzień siedzi Barbara i spożywa szyszki, a ogryzki rzuca na taras. Wiem, że zasadniczo się mówi „Basia”, ale nie jesteśmy na ty, a poza tym pluje mi pod nogi, a ja mam ją zdrabniać?…

Lato tego roku trudne w odbiorze; na pocieszenie mamy, że on się nazywa niż genueński. W sensie, że ten deszcz co ludziom urlopy psuje to nie jakiś tam pospolity obszczymurek, tylko GENUEŃSKI – od razu inaczej brzmi. Hrabina by kazała prosić na salony. Ja się cieszę, że podlewa i N. nie gania wieczorami z wężem, no ale jestem na mazowieckiej piaszczystej równinie i nie zalało mi parteru. Z drugiej strony – lipiec to jest miesiąc z najwyższą sumą opadów, trzeba czytać roczniki GUS-owskie (bardzo sobie cenię i polecam, chociaż ostatnio specjalizuję się w miesięcznych wskaźnikach cen produkcji budowlano – montażowej – dopóki była inflacja, to coś się działo, a teraz nuda). Przynajmniej tsunami nie mamy – JESZCZE.

A do łazienki przybył już chyba ostatni element wystroju – lampa nad lustro. To miło, bo na razie kabel sterczy, ale czy ja ją będę zapalać?… Co prawda jeden facet powiedział „Więcej światła”, ale to było na łożu śmierci. Trochę się z nim zgadzam, bo bez porządnego światła jestem KOMPLETNIE ślepa, ale akurat przed lustrem to lepiej się sprawdza przygaszone, przytłumione i rozproszone. Od PEWNEGO WIEKU mocne światło jest zalecane do wszystkiego oprócz oglądania siebie, zwłaszcza rano. 

A „The Hallmarked Man”, czyli kolejny tom Cormorana zapowiadany jest na 2 września. W oryginale. No pięknie, w pierwszych zapowiedziach pisali coś o grudniu, a człowiek siedzi jak na mrówkach. Fajnie, że będzie wcześniej. Niefajnie, że będzie już wtedy zdecydowanie po wakacjach.

O LICZBIE ZĘBÓW I ENCYKLOPEDII

Pogoda tego roku jest naprawdę porąbana, co w sumie pasuje do reszty naszego pięknego kraju. Albo lipcopad (bardzo zacne określenie), albo dziki upał znienacka – nic pośrodku. Osobiście nie narzekam, bo lubię letnie deszcze, jest ładna zieleń dzięki temu i bociany spacerują po łąkach. No, ale łatwo mi mówić, bo nie jestem osobą, która zainwestowała w wyjazd nad morze ciężko zarobione pieniądze i równie cenny urlop. Pewnie inaczej bym wtedy zeznawała. Chociaż mam na pocieszenie informację, że opalanie jest bardzo niezdrowe, a spacery po plaży wprost przeciwnie – nawet w kaloszach i sztormiakach. 

Ponieważ zostało do zrobienia kilka drobnych, specjalistycznych prac w obrębie łazienki, to mam taką obserwację – fachowcy najpierw umawiają się na konkretną datę i godzinę, a później nie przychodzą. I nie, że uprzedzą – wiadomo, coś wypadło, coś się przesunęło, ludzka rzecz (zwłaszcza w budowlance, gdzie żaden projekt NIE MA PRAWA się zakończyć w przewidzianym terminie, bo specjalista od harmonogramu chyba by skoczył z Mostu Poniatowskiego z powodu osobistej porażki). Ale nie – żadnego ostrzegania, po prostu się nie pojawiają i handluj z tym. Przyjdą, ale później? Przyjdą, ale jutro? W ogóle nie przyjdą i nie będą odbierać telefonu, bo postanowili się obrazić pro forma? Strasznie mnie to wkurwia jako osobę, która nie potrafi się spóźnić nawet trzech minut, bo przeżywa katusze. I tak to się wlecze i opowiadam o tej łazience kolejny miesiąc, jak nie przymierzając jakaś Szeherezada. 

Na fejsie wyskoczyła mi fascynująca dyskusja – ile zębów ma oryginalne Labubu. N. na przykłada nadal nie wie, co to jest Labubu, więc mu tłumaczę, że to taka Monchichi z zębami (gdyby dzisiejsza młodzież uważała, że jest szalenie oryginalna, to nie jest – my też mieliśmy swoje Labubu). A on, że nie wie również, co to Monchichi. Akurat – na pewno wie, tylko zgrywa twardziela i nie chce się przyznać.

Oraz nakryłam w ogródku dwa ślimaki winniczki na seksie. Żeby chociaż poszukały sobie jakiegoś romantycznego, ustronnego miejsca, ale nie – na środku ścieżki, normalnie jak jacyś celebryci – influencerzy, takie czasy nastały. 

W międzyczasie jestem gruba, mam OGROMY tyłek i się garbię, w związku z czym mam dylemat, czy teraz zainwestować w krople na odchudzanie, czy w kawę z grzybami. Są jeszcze plastry odchudzające z nanoigłami, ale tu chyba podziękuję, nie chcę być w łaty i na dodatek podziurawiona. A na garbienie to nie wiem co – no chyba, że chodzenie z encyklopedią na głowie, ale kto w dzisiejszych czasach ma w domu papierową encyklopedię!…

O WANNIE I PĄCZKACH

Otóż dnia 14 lipca Roku Pańskiego wykąpałam się w nowej wannie. Akurat na dzień przed Bitwą pod Grunwaldem, znaczy rocznicą. Dziwna ta wanna, długa i wąska jak egipskie sarkofagi. Z zewnątrz wydaje się mniejsza. No cóż, jak się nie polubimy – zawsze mogę ją zmienić, ha, ha, a wtedy N. mnie oskalpuje. Koniec, przepadło, jesteśmy na siebie SKAZANE. Prysznic jeszcze czeka na szklaną przegródkę z boku, a wszyscy razem czekamy na lampę nad lustro. A reszta już gotowa i nie trzeba schodzić na dół na siusiu w środku nocy! A to najważniejsze.

W ten weekend co tak lało byłam nad jeziorem i widziałam bobra płynącego rzeką wzdłuż. Nie dość, że strasznie długo potrafi płynąć bez wynurzania, to na dodatek puszczał bąki. Chyba wiedział, że na niego patrzymy i chciał dać nam do zrozumienia, co o tym sądzi.

A w cukierni w Olsztynku jakaś kapitalistyczna świnia bez umiaru wykupiła wszystkie pączki z jagodami, po które SPECJALNIE przyjechaliśmy. A pani nam tłumaczyła, że owszem były, ale jeden pan zamówił, a później jeszcze domówił i zabrał wszystkie, a ona poleca jagodzianki. Jagodzianki to ja mam WSZĘDZIE, a specjalnie jechałam po te pączki przez całą Polskę! (No OK, przez jedną czwartą Polski około, ale i tak). Już mi trochę przeszło, ale przez trzy dni życzyłam typowi sraczki z przeżarcia i wysypki. 

A dziś od rana wszędzie, że Joanna Kołaczkowska nie żyje. Dajcie spokój w ogóle.

O RÓŻNYCH RZECZACH

Wiedziałam, że ten tydzień będzie udany. Bladym świtem w poniedziałek, jak się kręciłam po kuchni, jeszcze w piżamie, włączyłam ekspres do kawy dla N. i czajnik na herbatę dla moi, otworzyłam szafkę i rozległo się PIERDUT! I na podłodze wylądował słoik ze szprotami w oleju. No czyż można sobie wymarzyć piękniejszy poranek? Pół godziny zbierania szkła, oleju i rozpaćkanych rybek, mycie podłogi, a i tak przez cały dzień w domu pachniało jak na kutrze rybackim. Dlaczego N. nie może kupować szprotów w puszkach, jak normalni ludzie – pozostanie nieodgadnioną tajemnicą. A jak już kupi w słoiku, to dlaczego nie postawi go jakoś GŁĘBIEJ. 

No więc w łazience jesteśmy na etapie fugowania, a w pogodzie – na etapie października ze wskazaniem na listopad (bo u nas nigdy nie może być NORMALNIE – albo piekło na pustyni, albo powodzie – nic pośrodku). A na Netflixie jesteśmy na etapie „Departamentu Q”, ale jestem ciut zawiedziona, bo myślałam, że Matthew Goode (uwielbiam) będzie w każdym odcinku rozwiązywał jedną sprawę kryminalną, a on przez cały sezon szuka zaginionej prawniczki. Trochę szkoda, za to wszyscy mają piękny szkocki akcent i ubierają się w sfilcowane swetry i szerokie spodnie. 

Śniło mi się, że wkładam pranie do pralki. SWOJEJ PRALKI, a nie gdzieś na mieście. Góra pościeli i ręczników do prania rośnie (ciuchy piorę u ciotki, ale pościel to nie wiem, czy wypada – chociaż w sumie dlaczego?). Ciekawe, czy to miał być sen proroczy, czy z gatunku „raj utracony”.

Wyświetliła mi się informacja, że Margot Robbie była w Madrycie i zjadła tatar z tuńczyka, świńskie ucho, chipirones, a na deser torrija. Zuch dziewczyna. Ale zabrałabym ją jeszcze na chrupiącego dorsza, kanapki z cabralesem i gambas al ajillo. 

Idę wykreślać kolejne punkty z czeklisty i mieć nadzieję na kąpiel i pralkę. 

PS. Ale jest jeden pozytyw bycia przejechanym przez hulajnogę, a raczej hulajnogistę – przynajmniej nie ukryją zwłok. Bo buc w samochodzie może schować trupa do bagażnika, wywieźć i gdzieś porzucić (albo zakopać), a hulajnoga nie ma bagażnika i raczej nie da się wieźć trupa przewieszonego przez kierownicą. Przynajmniej niezbyt daleko.

O PIÓROPUSZU I HULAJNOGACH

Upał jest taki, że kiedy siedziałam z Mangustą na tarasie i wyskoczyła mi reklama indiańskiego pióropusza, to trzy razy sprawdzałam, czy dobrze widzę, czy może wpuścić sobie do oczu krople. Ale nie – pióropusz indiański (żeby było ciekawiej – w sklepie z rękodziełem z Bali, czyli globalizacja na pełnej). Opis zachwalał pióropusz jako pasujący do wielu stylizacji, w tym boho i etno, a jak już go z siebie zdejmiemy, to będzie stanowił wspaniały element wyposażenia wnętrza. Kup teraz. Zwizualizowałam sobie siebie w pióropuszu i sukience z Zary i próbującą wsiąść w tym do samochodu. Albo chociaż przejść przez drzwi, na przykład do naszej babskiej knajpy z drinkami w podziemiach. Jak to mówią w anglojęzycznych filmach romantycznych – tempting, but no. Oraz – sprawdzić, czy są opracowania naukowe na temat „Motywacje ludzi z Europy Centralnej, którzy kupują pióropusze indiańskie”

Apropos filmów anglojęzycznych – zapomniałam, że jeszcze dwa sezony „Kulawych koni” do obejrzenia! Dzięki za przypomnienie, oraz zamówiłam książki (w oczekiwaniu na nowego Cormorana). Na Netflixie obiecująco wyglądają „Black Doves”, a „Syreny” takie do obejrzenia i zapomnienia, ale Julianne Moore – zjawiskowa. Piękna i promienna, mimo że kazali jej chodzić na zmianę w rajstopach na całe ciało i prześcieradłach na jedno ramię. Mało kto by wyglądał pięknie w takich obrzydlistwach, a ona dała radę. Za to Kevin Bacon (którego kocham za Footloose i za to, że jest mężem podkomisarz Brendy Johnson od zawsze) – trochę za chudy, na moje oko. Jakiś taki zasuszony jak rodzynka sułtańska (pewnie zazdrość przeze mnie przemawia, bo ja z kolei za gruba).

Spaceruję z Mangustą po okolicy i uważam, że uliczki spacerowe przeznaczone jednocześnie dla pieszych i rowerów to jest niedobry pomysł. Na przykład dlatego, że oprócz rowerów jeżdżą te je…lerne elektryczne HULAJNOGI – nie, nie jeżdżą – ZAPIERDALAJĄ. Rower ma hamulce, a to gówno? Nie wiem, ale kilka razy, gdybym nie uskoczyła, toby mnie staranowała. A Mangustę to już nawet nie chcę myśleć – skóra mi cierpnie na samą myśl, u znajomych Zebry była niedawno tragedia, ich jamniczka została przejechana przez rower w parku. A te cholerne hulajnogi są gorsze niż pięćdziesiąt rowerów naraz. Życzę świerzbu i nużeńca wszystkim odpowiedzialnym za wpuszczenie tego gówna do obrotu.

Remont trwa, ale zaczynam mieć nadzieję, że to będzie ŁAZIENKA, bo przez dwa tygodnie najpierw była kupa gruzów, a później nieokreślonego kształtu betonowy bunkier (wiem, że swojego czasu były modne łazienki typu betonowy bunkier – jeszcze ktoś takie robi?…). Oczywiście płytki w ogóle nie wyglądają tak, jak na obrazku w projekcie, ale naprawdę mam to już w nosie. Nie są brzydkie, tylko wiadomo – na żywo żadna wizualizacja nie wygląda jak na zdjęciach. Ładne są, miały być jasne, ponadczasowe, w neutralnych kolorach – i są. Zresztą nawet jakby były brzydkie, to I TAK ZOSTAJĄ – nic już nie będzie zmieniane, BO ZWARIUJĘ i zacznę biegać po okolicy na golasa i kijem od szczotki zrzucać tych buców z hulajnóg elektrycznych.

Czytam „Wyginaczy łyżeczek”. Książka, którą kupiłam w sumie na siłę, bo brakowało mi do darmowej dostawy, a później leżała i leżała na półce do przeczytania, a jest naprawdę fajna, z nerwem i przypomina mi stare, dobre powieści Irvinga o ekscentrycznych rodzinach.

Bardzo bym już chciała mieć pralkę i prysznic, Drogi Pamiętniku.

O POWOLNYCH POSTĘPACH

Dziękuję za życzenia – wszyscy pamiętali, oprócz mnie. Coraz lepiej. Ten kwas foliowy, co sobie kupiłam i leży, to jednak powinnam regularnie zażywać.

Kluczowa płytka przyjechała i zaczęło się układanie podłogi… i trwa układanie podłogi. Ta łazienka jest spora, ale nie ma trzystu metrów, a układanie podłogi trwa. Nie wiem, czy mozaiki w Pompejach nie były układane szybciej – mimo, ze nasza płytka jest dość wyraźnie WIĘKSZA. Nie wiem co będzie, drogi Pamiętniczku, chociaż z drugiej strony ciotka mnie pociesza, że u jednej takiej ułożyli płytki szybko i one teraz odpadają. No wszystko pięknie, ale ja już bym chciała żyć bez kurzu i czarnej folii, a nieco bardziej z dostępem do prysznica (i pralki).

Czytałam ostatnio wątek na Reddicie – lekarze opowiadali o najgłupszych rozmowach z pacjentami. Ponieważ mam wrażenie, że ludzka głupota gęstnieje z roku na rok i otacza nas coraz szczelniej – to się tym wątkiem delektowałam. Lekarze i pielęgniarki licytowali się, które z nich odbierało więcej porodów dziewic (jedna nastolatka stwierdziła, że niemożliwe, aby była w ciąży, bo przecież jej chłopakowi nie odpadł penis – obydwoje byli pewni, że dzieci biorą się z zagnieżdżenia odpadniętego penisa w macicy) albo ilu cukrzyków z amputowanymi stopami zamawiało do szpitala smażone przekąski i piło trzy dwulitrowe butelki Montain Dew dziennie (leżąc w szpitalu po amputacji / wybudzeniu ze śpiączki cukrzycowej). To wszystko jednak nic – moim zdaniem wygrał jeden okulista. Otóż przyszedł do niego pacjent, który od kilkunastu dni nie mógł wyleczyć infekcji oka. Lekarz zapytał, czy na pewno wpuszcza krople do WŁAŚCIWEGO oka. OTÓŻ – okazało się, że pacjent stwierdził, że skoro jest leworęczny i rzuca piłkę lewą ręką, to jego lewe oko to w rzeczywistości prawe oko! Więc wpuszczał krople do prawego. Mimo, że infekcję miał w lewym. Bo przecież jego lewe jest prawe. Okulista napisał, że tłumaczył mu pół godziny, ale poległ. Nie dało się przebić przez mur argumentacji.

No i przeczytałam tę „Jazdę” Muriel Spark – trochę nie rozumiem, dlaczego uchodzi za eksperymentalna i rewolucyjną, no ale pierwszy raz została wydana w 1970 roku. Na pewno jest intrygująca, tak jak są intrygujące zagadki true crime o kobietach, które zaginęły, a wcześniej zachowywały się dziwnie albo irracjonalnie. I zazdroszczę tym, którzy piszą w recenzjach, że zakończenie wszystko domknęło i wyjaśniło – może jestem wyjątkowo tępa, bo nadal nie rozumiem, dlaczego.

Za to wciągnął mnie z kopytami norweski serial „Pernille” na Netflixie. Dobrze, że jest pięć sezonów (chociaż dramatycznie krótkich – ZA MOICH CZASÓW jeden sezon serialu miał 20 – 24 odcinki! A tu po sześć!), bo strasznie, strasznie podoba mi się patrzenie na norweskie życie (chociaż niektórych przedstawicieli norweskiej młodzieży bym pokroiła krajalnicą do jajek na plasterki). A jak się panie ubrały w narodowe stroje z okazji 17 maja, to uschłam z zazdrości – PRZEPIĘKNE mają te kiecki z białymi, krochmalonymi bluzkami. Zostało mi pięć odcinków i będę bardzo tęsknić.

Czy w tym porąbanym kraju kiedyś w końcu przestanie WIAĆ? Bo jestem już na samym końcu skraju wytrzymałości.

O KLUCZOWEJ PŁYTCE I PEDRO PASCALU

Drogi Pamiętniczku, w poprzedniej notce zapomniałam o najlepszym! Jak ten facet, co chodził do psychiatry, bo zjadał całą filiżankę po kawie, ale zostawiał uszko, a ono jest przecież najlepsze. No więc zapomniałam o naszej rocznicy ślubu! Tradycyjnie, chciałoby się rzec, bo nie pierwszy raz. Ja w ogóle zapominam o urodzinach, imieninach (kto jeszcze obchodzi imieniny? kaman!), a N. pamięta i mi WYPOMINA. Do czego to podobne, zwykle to kobieta jest jak chodzący kalendarz z kukułką i składa życzenia i ogólnie jest na bieżąco, a u nas ODWROTNIE. No więc zapomniałam, N. mi złośliwie przypomniał, wtopa straszna, tym bardziej, że rocznica OKRĄGŁA dwudziesta (co?… KTÓRA??? Dlaczego? Kiedy to minęło? SKĄD NAGLE TYLE LAT??? AAAAA!…).

Zresztą i tak chwilowo mamy ograniczone pole manewru, bo ten remont (znaczy – na razie malownicza ruina, fachowiec sobie pojechał na długi weekend, bo i tak nie ma jakiejś jednej ARCYWAŻNEJ płytki, od której on musi zacząć, bo jak nie, to dupa zbita i nic nie wyjdzie, a płytka będzie w poniedziałek – o ile dojedzie, no bo ten co ją przywozi pewnie też ma długi weekend, a w długi weekend gospodarka stoi) (a ja zwariuję).

W związku z czym przyjechał facet po kontener, w którym spoczywała (w pokoju) nasza łazienka rozbita na fragmenty. Czyniłam honory domu i wpuszczałam pana na teren posesji, za co pan nagrodził mnie, wysiadając z kabiny, okazaniem pośladków. No – nie całych, w zasadzie tylko górnej części. I przedziałka. Totalnie nie byłam na to przygotowana i część dnia spędziłam później na rozważaniach filozoficznych – mój Boże, człowiek wstaje rano, niczego się nie spodziewając, a tu życie ma dla niego cudze męskie pośladki z zaskoczenia! No naprawdę.

Jednak życie pełne jest zasadzek i znienacków.

Czytam naprawdę dobry japoński kryminał „Podejrzany X”. Najlepsze, że od początku wiemy kto zabił, a i tak książka jest niesamowicie wciągająca i zdecydowanie zamierzam kupić kolejną tego autora. 

Reasumując – dalszy rozwój wydarzeń zależy od przyjazdu płytki. Stay tuned for the next episode.

PS. Dokonałam odkrycia – włączyłam sobie jakiś późny odcinek „Mentalista” dla odprężenia, a tu agentka Lisbon ma romans z Pedro Pascalem! Jeszcze bez zarostu, zanim został bożyszczem. I na dodatek ZOSTAWIA GO dla Mentalisty! Ja bardzo lubię Simona Bakera, naprawdę, ale dziś – nie do pomyślenia, żeby jakaś kobieta dobrowolnie zostawiła Pedro Pascala, nawet agentka. No chyba, że mimo zniewalającego uśmiechu jest padalcem, ale na pierwszy rzut oka – nie wygląda.

O TYM, ŻE NA BRAK ATRAKCJI NIE NARZEKAM

Bardzo klimatycznie się mieszka w domu, który wygląda jak plan horroru. Z mebli zwisają czarne draperie (folia malarska, ale nie bądźmy drobiazgowi), pomieszczenia zamknięte na klucz, do których nie można wchodzić („Lepiej nie oglądaj teraz łazienki, bo będziesz płakać”), wszędzie kurz i brakuje jeszcze tylko bujanego fotela w kacie, który się w nocy kołysze i siedzi w nim staruszka w czarnej sukni i bez twarzy. Kąpać się jeżdżę do ciotki, która wyjechała na wakacje, więc jak czekam na pranie, to sobie czytam książki z lat 90-tych – powieści Judith Krantz ma cały komplet. O święty Frumencjuszu, jaka to jest wspaniała szmira. No ale człowiek z nostalgią pamięta, jak się z wypiekami na policzkach czytało o tych wyższych sferach, podczas gdy osobisty luksus polegał na tym, że się miało aż dwie bluzy z Hofflandu – turkusową i różową – bo na szczęście matka pracowała naprzeciwko i widziała, kiedy coś rzucili. 

Żeby nie było zbyt monotonnie, to Mangusta skończyła dwa latka i pochorowała się CO DO DNIA. Jednego dnia rzyganie, więc zastrzyki i tabletki, a później zaczęła się ślinić. I to było takie okropne, chyba gorsze niż wymioty – widać, że jej niedobrze, nie może sobie znaleźć miejsca, tylko się kręci i siada w różnych miejscach, a z paszczy jej kapie ślina. O mało nie zwariowałam z tego wszystkiego, dopóki nie odstawiłam jej tabletki na refluks – i przeszło. Jak widać – urodziny obeszliśmy hucznie i z efektami specjalnymi. Ja się nie nadaję na psie choroby – od razu robi się ze mnie nerwica najeżona drutem kolczastym i mam ochotę wszystkich bić po łbach łopatą. Oczywiście już zdążyłam sobie wkręcić, że Mangusta zjadła jakieś chemikalia i każdy rozsądny weterynarz powinien NATYCHMIAST zrobić jej płukanie żołądka i chelację, a może nawet dializę, a oni nic, tylko jej wkładają termometr do tyłka i psina się dodatkowo stresuje. Moja teoria miała tylko jedną maleńką lukę – mianowicie brak ewentualnych chemikaliów, które mogła zjeść, bo w remoncie jesteśmy na etapie płyt gipsowo – kartonowych, nawet jeszcze klej się nie pojawił. WOLAŁABYM, ŻEBY JUŻ SIĘ POJAWIŁ, bo mój układ nerwowy składa się ze strzępów i frędzli i w kwestii łazienki jestem coraz bardziej gotowa na PLAN B – w zasadzie wystarczy mi sedes i wąż z wodą. W dupie mam półkę – wnękę na szampon pod prysznicem, naprawdę. 

Żeby nie było całkiem na minusie, to przeczytałam naprawdę dobrą książkę – „Goście weselni”. Dawno nie czytałam wciągającej obyczajówki – zasadniczo po trzech stronach człowiek już wie, czym to się skończy i trochę na siłę przewraca się kolejne kartki, dialogi są beznadziejne, a bohaterowie wycięci z tektury. A ta jest naprawdę, naprawdę niezła. W zasadzie mam tylko jedno zastrzeżenie – jak wykształcona kobieta, wykładowczyni na uniwersytecie (co prawda literatury, ale zawsze) może planować samobójstwo poprzez otrucie się tabletkami dla kota w liczbie sztuk 11? W dodatku o smaku tuńczyka. No więc – to jedno, ale reszta – bardzo mi się podobała. I przez tę książkę zabrałam od ciotki (znaczy pożyczyłam) „Wiek niewinności” Edith Wharton, bo mi narobiła apetytu na literaturę wiktoriańską (główna bohaterka pisze doktorat z Jane Eyre, ale nie może skończyć).

I to tyle u nas. Nie mamy łazienki, ale  za to mamy kontener z gruzem w ogródku. Wolałabym na odwrót.