O TYM, ŻE REMONT

I oto nadszedł Ten Dzień…

Że zadzwonił pan od remontu łazienki i powiedział „W poniedziałek jestem”. Czekaliśmy od początku roku na to hasło i miło, że pan znalazł czas, z tym, że poinformował nas o tym w piątek, kiedy to byliśmy nad morzem. Więc wróciliśmy w niedzielę skołowani i pakowaliśmy łazienkę i przenosiliśmy do pokoju naprzeciwko (to znaczy – to, co się dało, bo na przykład prysznica nie). 

No i od rana mam galopujące myśli, że po co mi to było i jak damy radę funkcjonować, ale tłumaczę sobie, że nie takie rzeczy ludzie przeżyli (i przeżywają), a jedna trzecia łazienki była zajęta przez nieużywaną wannę, z której korzystały tylko pająki i musiałam je wynosić. I różne rzeczy się popsuły i zostały wybite dziury i nie wyglądało to najestetyczniej. Więc po prostu JUŻ BYŁO TRZEBA. Ale i tak nerwy, no bo kto lubi remonty? (oprócz firm remontowych, oczywiście). 

A nad morzem mieliśmy super pogodę, bardzo ciepło i fajnie, przerywane nagłymi ulewami. Ale to TAKIMI, że żaden parasol nie pomagał, a wycieraczki nie nadążały zgarniać wody z przedniej szyby. Jedna taka złapała nas wieczorem na plaży i CAŁE SZCZĘŚCIE, że udało się zaparkować w plażowym barze, chociaż zasadniczo nie jestem zwolenniczką takich miejsc, to ten uratował nas od przemoknięcia do samych gaci. Najgorzej, że to takie „O patrz, chmura, myślisz, że będzie pa…” – i człowiek nie zdąży skończyć zdania, a z nieba lecą WIADRA WODY. Ulewy napadowe. Jak moja pamięć.

N. zabrał mnie na wycieczkę do Międzyzdrojów i jak wyszliśmy na deptak z widokiem na molo, to od razu miałam takie „AAAA wszyscy umrzemy!”… Ludzi był MILIARD na centymetr kwadratowy, a przecież jeszcze nawet oficjalnie nie ma wakacji! Skąd tyle młodzieży szkolnej – wszyscy mają edukację domową? No i molo w Międzyzdrojach to nie jest żadne molo, tylko nieporozumienie. Co to za molo, z którego nie widać morza? I na które, na dobrą sprawę, nie da się WEJŚĆ? Na pewno nie z małym psem, którego natychmiast rozdepczą. 

Na tym tle Kamień Pomorski to był cud świata. Małe miasteczko z naprawdę europejską mariną, długim mostem do pieszych wędrówek i bardzo ładnym urzędem miasta z podcieniami. Usiadłyśmy tam z Mangustą, żeby zwierza napoić (akurat świeciło słońce, chmury dopiero się pokazały na horyzoncie), z Urzędu wyszła bardzo miła pani urzędniczka i chciała się z Mangustą przywitać. Ale się nie dało, bo Mangusta odpaliła syrenę i zaczęła się DRZEĆ. I tak nie doszło do zacieśnienia kontaktów, a miłą panią z UM Kamień Pomorski bardzo przepraszam – na miejscu się nie dało, bo nic nie było słychać. I serdecznie pozdrawiam. 

Żarty żartami, ale Mangusta się potwornie wydziera na ludzi i nie mam pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Jak nic musimy się wybrać do behawiorysty, bo w końcu coś złego się stanie, a na pewno ja ogłuchnę, bo głosik to ona ma donośny, jak nie wiem co. A już najgorzej, że rzuca się z wrzaskiem na duże psy – większość jest na smyczy albo patrzy z politowaniem na mały rozdarty zwitek kłaków, ale jak trafi się równie nerwowy osobnik?… Nie chcę nawet o tym myśleć.

Taki mam problem wychowawczy do rozwiązania, o. 

Plus remont łazienki.

Chwilowo jestem w nastroju mało przysiadalnym.

O TWARDEJ RZECZYWISTOŚCI, ŚLIMAKU I KSIĄŻKACH

No i teraz co?

Teraz wszyscy będą żyli dalej (z wyjątkiem tych, którzy nie, bo takie są smutne prawa natury). Zdenerwowałam się oczywiście, jak większość ludzi, którzy przeczytali przez ostatni miesiąc coś więcej, niż pasek w TV Republika. Ale czas zająć się życiem. Na zielone dużo patrzeć, to podobno uspokaja. I wąchanie psa (czy ja jestem jakaś NIENORMALNA, że uwielbiam zapach śpiącego psa? Zwłaszcza jak w nocy mnie budzą koszmary i jakieś paskudztwa – wystarczy pogłaskać Mangustę i powąchać i wszystko się wycisza i uspokaja).

W ramach dysocjacji od rzeczywistości zamówiłam w Bonito przesyłeczkę (czy na półce leży sterta książek do przeczytania? NO BA, ale jak tu nie kupować książek w TAKICH OKOLICZNOŚCIACH?). Padło między innymi na drugi tom opowiadań Kuttnera, „Jazdę” Muriel Spark, no i „Kandydata” Żulczyka, bo N. sobie zażyczył. Będę relacjonować. 

Będąc na toalecie z Mangustą, rozdeptałam ślimaka i miałam doła przez dwa dni, bo przeczytałam, że te małe prążkowane dranie żyją nawet osiem lat! Może i żyją, ale instynktu zachowawczego nie mają ZA GROSZ. Mają trawnik, mają zarośla pod płotem – nie, muszą wyłazić na ścieżkę! Po co one łażą po bruku, żeby się w brzuch się podrapać? To chyba właściwie nawet nie jest ich brzuch, tylko stopa. Może to jakieś niezrównoważone osobniki, uzależnione od adrenaliny. No dobrze, ale ja mam później wyrzuty sumienia. I patrzę pod nogi, ale jednocześnie muszę patrzeć, czy Mangusta nie spożywa czegoś nielegalnego, w dodatku mam krótki wzrok i właśnie mi się przypomniało, że muszę zamówić szkła. Czyli nie dość, że jestem ślepa, to mam galopującą sklerozę. Która czasem jest fajna, bo odkryłam kilka dni temu bardzo wygodne cienkie dżinsy w gumkę, o których zapomniałam, że je mam. Właściwie to o czym ja chciałam powiedzieć?… 

Chyba już zapomniałam. (Jak dzwonię czasem do N., żeby mu coś powiedzieć i on odbierze później, niż po trzecim sygnale, to już się raczej nie dowie, bo zapomniałam. TRZEBA BYŁO ODBIERAĆ SZYBCIEJ).

Idę pooglądać kolorowe spodnie w Etam. Co prawda są piżamowe, ale w obłędnych kolorach i z ładnej wiskozy i ja je później noszę latem jako normalne spodnie i nikt mnie jeszcze nie aresztował (NA RAZIE). NIe będę ograniczać konsumpcji i śladu węglowego dla młodego pokolenia, które głosuje na Mentzena – co to, to nie.

O MLEKU I MOTOCYKLISTACH

Mignął mi na fejsie taki mem – a jednak Unia Europejska zwyciężyła ocieplenie klimatu, przytwierdzając nakrętki do butelek! Osiemnastego maja było osiem stopni. Zapamiętałam, bo się rymuje (no, prawie). Jedna jedyna dobra rzecz, która z tego wynika, to są kwitnące drzewa – mamy trzecią dekadę maja, a kasztany ciągle mają kwiaty (świeczniki, jak się u mnie w domu mówiło). I głogi kwitną. I konwalie ciągle jeszcze też. Ale poza tym – wszystko mnie wkurwia, a pranie nie schnie. Cały maj to jedna długa zimna Zośka. Teraz zasadziliśmy koleusy i martwię się o nie, bo noce zimne, a koleusy są bardzo wrażliwe na zimno (ja też, ale kto by się mną przejmował, doprawdy).

Dostaliśmy w prezencie czeski ser na grilla i co otworzę lodówkę, to w całym domu śmierdzi trupem. To znaczy – tak ten zapach nazwałam, nie, że wąchałam kiedyś trupy. Ale tak się kojarzy  – piwnicznie – butwiejąco – słodkawo. Raczej nie zachęca mnie to do zjedzenia go i może właśnie na tym polega strategia obronna tego sera. 

A propos jedzenia – mam nową obsesję na facebooku, studenta w Finlandii, który mieszka w akademiku i codziennie wrzuca sprawozdanie ze śniadania, obiadu i kolacji. Nie wiem o co chodzi, ale nie mogę się oderwać (może mam jakiś nieuświadomiony fetysz stołówkowego jedzenia). Po pierwsze – kisiel po fińsku to kissel i często bywa w menu. Po drugie – gość zajada się na śniadania burą, dość rzadką substancją, którą nazywa owsianką. Ale to jeszcze nic – koleś do wszystkiego, do każdego posiłku, rano, w południe i wieczorem PIJE SZKLANKĘ MLEKA. Jak można popijać nuggetsy z kurczaka albo lasagne MLEKIEM? Albo frytki? Jak? PYTAM SIĘ, JAK? Poza tym, zawsze na obiad i kolację nakłada sobie surowe warzywa – sałatę, paprykę, często ogórki w plastrach, świeże albo konserwowe – no, ogórki z mlekiem to jest temat popularnej bajki o siedmiu krasnoludkach*. Fascynuje mnie to i jednocześnie odrzuca – w odróżnieniu od reality shows, które wyłącznie odrzucają. 

(Mają na tej fińskiej stołówce maszynę do wydawania porcji masła na podstawiony chlebek. No – to mi się podoba, bo nie cierpię malutkich plastikowych pudełeczek z masłem prawie tak samo, jak sera pakowanego każdy plasterek osobno. W plastik).

Czytam „Przyjaciela” Sigrid Nunez. W dużym skrócie – pisarka zaopiekowała się psem przyjaciela, kiedy tamten zmarł, bo nikt inny nie chciał go przygarnąć, włącznie z byłymi i obecną żoną. Właściwie pies przyjaciela to tylko pretekst do rozmyślań na różne tematy – o żałobie, o miłości, o tym, czy rozumiemy psy, a one nas. O tym, dlaczego (i co) ludzie piszą. Bardzo w moich klimatach książka – nie tylko dlatego, że o psach – i szkoda, że taka cienka. 

Miło byłoby posiedzieć na tarasie z Mangustą – NARESZCIE nie dygocąc z zimna – ale z domów wylegli także posiadacze motocykli i koniecznie muszą wszystkim uprzyjemnić niedzielę, głośno rycząc i dodając gazu. Motocyklistom bez tłumików na drogach publicznych dziurawiłabym bębenki uszne patyczkami do szaszłyków, bo muszą to bardzo lubić, skoro tylu ludziom fundują molestowanie uszne. 

* O krasnoludkach idzie tak: Jest siedmiu krasnoludków, siedem szklanek mleka i sześć ogórków. Czego nie dostał jeden krasnoludek?

(To chyba jasne, że sraczki).

O ZIMNIE I OBRAŻONEJ MANGUŚCIE

Jest tak zimno, że słów mi zabrakło. Wszystkie niecenzuralne jakie znam już powiedziałam (i to po kilka razy), ale niestety nie zrobiło się od tego cieplej. Zła jestem.

I seriale mi się wyczerpały. Na Netflixie „Cztery pory roku” z Tiną Fey niestety na dwa wieczory – i co dalej? CO DALEJ? Pewnie, że wolałabym popołudniami spacerować. ALE MUSI SIĘ ZROBIĆ CIEPLEJ.

Nie oglądałam Eurowizji, ale mam faworyta – tego pana z Estonii, co śpiewa o macchiato. Podobno Włosi chcą go spalić na stosie – zamiast zaprosić do siebie na całe lato i nosić na rękach od kawiarni do kawiarni, no naprawdę! Szkoda, że nikt nie napisał i nie zaśpiewał piosenki o mielonych z buraczkami. To byłby hit, tak czuję. Zamiast tego wysyłamy panią, która się kompulsywnie rozbiera, bo jest bardzo zgrabna i wszyscy muszą to docenić. Bardzo doceniamy! Gdyby jeszcze miała piosenkę z linią melodyczną zamiast wycia, to byłoby super.

N. wrócił z Japonii z parasolem. Takim na kiju, z rączką. Bo padało.

A ja przeżyłam chwile grozy, jak mi fryzjerka nie odpowiadała trzy dni na SMS-a z prośbą o termin. Serio, nie jestem gotowa na tym etapie życia, żeby szukać fryzjera na szeroko pojętym rynku usług. I od nowa tłumaczyć, o co mi chodzi, dlaczego nie chcę grzywki ani cieniowania ani beżowych blondów – no nie, po prostu NIE. Rozważałam samodzielnie obcięcie (i tak noszę spięte) i może jakąś nietrwałą płukankę. Na przykład granatową. Serio, wpadałam już w rozpacz – na szczęście w końcu odpisała; tyle miała roboty, że nie nadążyła zapisywać. Uff, nie będę wyglądać jak skrzyżowanie Tank Girl z UFO.

Na razie Mangusta była u fryzjera. Wygląda pięknie, ale nie odzywa się do mnie. Jak mogłam jej zrobić COŚ TAKIEGO, żeby ją obca baba kąpała i skubała!… Zebra na jej widok: „Oo! Okazało się, że pod spodem był jamniczek!”. Muszę jej kupić liofilizowaną kaczkę na przeprosiny albo coś innego, fajnego, śmierdzącego. 

Kto zna dobrego, sprawdzonego zaklinacza pogody? 

O ZIMNIE I NERWACH

Czy to nie jest przegięcie, że za chwilę połowa maja, a ja śpię we flanelowej piżamie z misiem polarnym? Bo inaczej znajdą mnie rano wyglądającą jak Otzi – mumia z lodowca. Zresztą – nie przesadzajmy, KTO mnie niby znajdzie – N. w Japonii przez prawie cały tydzień. Wysłałam mu wiadomość, że jak wróci, to jest mi winny pizza twistery z KFC we WSZYSTKICH smakach. Zeżrę je naraz, popiję flaszką wina i wpadnę w relaksującą śpiączkę ketonową. 

Jak zwykle pod jego nieobecność – staram się przeżyć i nie zwariować. Na przykład nie wnikać, co piłuje sąsiad prawie do północy. Może robi carpaccio z małżonki – NIE MOJA SPRAWA. Tylko psa muszę upychać pod kołdrą co i rusz, bo się denerwuje. Ja też się denerwuję, próbuję czytać nową Elizabeth Strout („Opowiedz mi wszystko”), ale nie bardzo mi wychodzi, bo z tych nerwów zanim doczytam stronę do końca, to nie pamiętam, co było na początku. 

I wyszło mi, że ta nowa ulubiona gra w przesuwanie kolorowych prostokątów to chyba jest kopalnia bitcoina, bo zżera mi baterię szybciej, niż Mangusta podejrzane artefakty z trawnika. 

Podsyłamy sobie z koleżankami propozycje na wciągające filmy, na przykład: „Porzucony przed laty pluszowy miś ożywa, by zemścić się na swej dawnej właścicielce”. Czytałam kiedyś takie opowiadanie SF. Albo: „Tala, zdesperowana samotna matka dziecka, zaczyna pracę w ludzkiej mleczarni, gdzie młode matki odciągają mleko dla bogatych kobiet”. 

A i tak najlepiej urządziła mnie koleżanka, która zabrała na majówkowy wyjazd krakersy. Bardzo długo nie jadłam krakersów, zapomniałam, jakie są pyszne – no a teraz sobie PRZYPOMNIAŁAM i właśnie jestem w połowie drugiego opakowania. Czy to dobrze wróży rozmiarowi mojej dupy? No pomyślmy.

Najgorzej, że ocieplenia na horyzoncie jakoś nie widać.

O BARDZO NAGŁYM KOŃCU MAJÓWKI

Majówka, majówka i po majówce – kalendarzowo i pogodowo. Za oknem listopad, w kalendarzu poniedziałek, a mieliśmy taki koniec wyjazdu majowego, że będzie mi się śnił po nocach jeszcze długo.

Byliśmy w Borach Tucholskich, gdzie z założenia jest przepięknie, a jeszcze we wsi co stacjonujemy wysiali  rzepak PO HORYZONT. I nie dość, że to wygląda, to jeszcze pachnie – i człowiek chodził taki oczadziały i robił zdjęcia temu pohoryzontu, bo to jest naprawdę niesamowity widok – i z daleka, i z bliska. Tak, oczywiście, że cykałyśmy sobie fotki w rzepaku, ale odpowiedzialnie i po ścieżce. Żaden rzepak nie został pozbawiony życia podczas fotografowania (na stojąco, bez tarzania się, kucania i tym podobnych nieodpowiedzialnych zachowań).

A na dodatek obok był kanał Brdy i kaczki gągole. Tyle lat przeżyłam i nie miałam POJĘCIA BLADEGO, że mamy u nas w kraju taką piękną kaczkę, właściwie gabarytowo trzy czwarte kaczki i na dodatek czarno – białe. Wyglądają bardzo ładnie i stylowo, taki przedwojenny Paryż, powiedziałabym – totalnie widzę je nad Sekwaną, jak gardzą rzucaną bagietką. A mój mąż jak zwykle serwował trudne zagadnienia, jak na przykład – jakiej płci był ptak drapieżny, którego widzieliśmy kiedy polował (no ciekawe, jak z takiej odległości sprawdzić ptaku płeć – ma cycki? Za daleko żeby zauważyć, poza tym ptaki nie mają cycków, tylko piersi). 

I była piękna pogoda, tylko jakoś coraz gorzej znoszę łowienie ryb dla rozrywki. Nawet tych robaków mi szkoda (dowiedziałam się, że importujemy ochotkę – już naprawdę, NAPRAWDĘ ten świat spłonie, jeśli opłaca się wozić z zagranicy robale w pudełkach), a dżdżownic to już w ogóle, chociaż to nie dżdżownica, tylko dendrobena i jako taka stanowi gatunek obcy. Ale wygląda znajomo. (Faceci pojechali na zakupy i spytali się, czy coś chcemy – na co my, żeby nam kupili coś ładnego. Po powrocie pytamy, co dla nas mają, a te gady „Dżdżownice. Chcecie długą czy krótką?”).

A zakończenie wyjazdu było z mocnym pierdolnięciem, bo na lokalnym SOR (który podobno w ogóle nie wygląda jak w amerykańskich serialach).

Wyszło wznowienie opowiadań Henry’ego Kuttnera – z czego się bardzo cieszę, bo stare wydania mam częściowo poszarpane, a częściowo gdzieś zniknięte. I ja patrzę, a w nowym wydaniu Lible są Lybblesami i mówią „Świat jest mój” zamiast „Świat należy do mnie”! No po prostu – SKANDAL. No już dobrze, niech będą te Lybblesy, ale „Świat jest mój” w ogóle nie brzmi. W ogóle! „Świat należy do mnie” było o wiele, wiele, wiele, wiele lepsze i powinno zostać. 

W ogóle z niczym nie nadążam ostatnio, Drogi Pamiętniku. Nawet nie wiem, co nowego w serialach (zakończenie „Białego Lotosu” mnie wkurwiło – rozumiem, że ten serial ma właśnie takie przesłanie, a nie inne, ale i tak się zdenerwowałam).

O NADCIŚNIENIU I KSIĄŻCE

No dobrze – już po wszystkim, następne bliskie spotkanie oko w oko z białą kiełbasą za rok (około za rok, nie rozumiem idei świąt ruchomych i nie jestem zwolenniczką). Jakoś ani za białą kiełbasą, ani za żurkiem nie przepadam – i tu się kłania rozbieżność upodobań w małżeństwie, bo N. mógłby żurek na śniadanie, obiad i wyrwany ze snu w nocy. A ja nie dość, że zupy nie za bardzo, to żurek podwójnie nie za bardzo.

Bardzo interesujące rozmowy były z moimi koleżankami i rodziną na temat proszków na nadciśnienie. Okazuje się albowiem, że teraz dość popularnym hobby lekarzy jest wypisywanie wszystkim, a kobietom w naszym wieku zwłaszcza, tabletek na nadciśnienie. A później się zaczynają przygody – niektóre zeznają, że miały takiego kręćka, że dwa tygodnie starały się z domu nie wychodzić. Bywa i tak, że się zemdleje w okolicach Biedronki (i okazuje się, że ludzka znieczulica to jest nieprawda i się nawiązuje więzi społeczne zapoznając nieoczekiwanie sąsiadkę z klatki obok). Albo na cmentarzu – gdyby mnie ktoś spytał o zdanie, to jakoś bardziej romantycznie i malowniczo jest zemdleć na cmentarzu, niż przy Biedronce, no ale co kto lubi. Moja ciotka oczywiście dołożyła swoją opowieść, jak to miała tabletki które jej pomagały, to jej lekarka zmieniła na nowsze i lepsze, po których ona w ogóle nie mogła z łóżka wstać. No to nie wiem, o co chodzi z tym nadciśnieniem i czy to kolejny spisek farmaceutyczny –  na wszelki wypadek nie dam sobie nic wypisać, bo ja w normalnych okolicznościach zwisam z mebli, a jak mi jeszcze obniżą te resztki ciśnienia, co je mam, to nie wiem co będzie. 

A wczoraj byliśmy na wycieczce nad rzeką i Mangusta się wpakowała do Rawki i bardzo jej się podobało. Coś takiego, myślałam, że nie lubi wody. Musiałam ją później wykąpać oczywiście. A to, ile jest śmieci na brzegu rzeki przy kąpielisku – a nawet jeszcze się nie zaczął sezon – to osobna historia. Ludzie to najgorsze, co się mogło temu światu przytrafić. 

A poza tym właśnie wyszła książka, do przetłumaczenia której namówiła mnie koleżanka (w zasadzie wysłała mi pliki i polecenie, niespecjalnie się patyczkowała, ale było fajnie). Trochę a propos dyskusji, czy w MOIM WIEKU jeszcze człowiek może coś zrobić pierwszy raz – no to właśnie jest mój debiut w roli tłumacza. O przepraszam – TŁUMACZKI. (Chociaż dawno, dawno temu tłumaczyłam akty prawne UE do screeningu, ale to były mało wciągające teksty).

A teraz, jak czytam, czeka nas załamanie pogody i światowej gospodarki. Czyli – w zasadzie – nic nowego pod słońcem.

O SZKLANYCH KORALIKACH

Wiadomości z frontu:

1. Nie mam w ogóle siły i pranie wieszam na dwa razy.

2. Rzeżucha ledwo co, bo wysiałam w niedzielę.

3. Mangusta gdzieś przepiła zieloną szeleszczącą ośmiornicę z Dealza – nie ma jej nigdzie, szukałam nawet pod pianinem. W ogródku też nie ma. Może ze Szpilmanową się bawiły i tamta zabrała na pamiątkę. 

4. Znalazłam pocztówkę z 1983 roku z wakacji, którą Zebra dyktowała babci. Były w Krynicy Górskiej i miała wyrwany ząb (mleczny) i w nagrodę jeździła bryczką. Napisała, żebym przyjechała i też sobie dała wyrwać ząb, to też pojeżdżę bryczką. Zawsze miała głowę do interesów.

5. Czytam książkę Tracy Chevalier o producentach szkła z Murano, gdzie opisuje ze szczegółami produkcję szklanych koralików nad lampą (mężczyźni pracowali przy piecach, a kobiety miały małe śmierdzące lampki do podgrzewania szklanych prętów). Szklane koraliki robi się tak do dziś, na jutubie są filmiki, jest to FANTASTYCZNIE ciekawe, tylko lampy (a właściwie palniki) są o wiele bardziej nowoczesne, niż te z XV wieku, ale technika i wyroby takie same – ze szklanych patyczków w różnym kolorze. Każdy kolor inaczej się podgrzewa, inaczej stygnie, a w trakcie pracy wszystkie są pomarańczowe, więc efekt widać dopiero po wystudzeniu. Książki Tracy Chevalier są fascynujące, a ja się teraz zastanawiam, czy bym umiała zrobić szklany koralik (spoko, pozostanę przy szydełku).

6. Mokrych Zająców i Wesołych Jajek.

O ANDALUZJI Z WIRUSEM

Otóż wróciłam z (Tamtej Strony, kusiło mnie żeby napisać) Andaluzji, gdzie pojechaliśmy we trójkę: ja, N. i wirus z platformy wiertniczej. Tak, odpowiedzialnie byłoby nie jechać, ale czekali na nas hiszpańscy przyjaciele. Notki nie sponsorują cukierki Halls, a powinny – bo tylko dzięki nim przeżyłam podróż samolotem. A później to już było do przewidzenia – wszyscy zwiedzali, a ja się wlokłam z tyłu jak Kłapouchy, w dodatku kaszląc jak całe sanatorium z Czarodziejskiej Góry. O tym, w jak fatalnej kondycji byłam, niech świadczy fakt, że przez pierwsze trzy wieczory byłam w stanie wypić na wieczornych copas tylko jeden kieliszek wina. Jeden. Kieliszek. Wina. Przez cały wieczór.

(W dodatku byłam strasznie zmęczona i marzyłam, żeby się wcześniej położyć, ale GDZIE TAM – nasi znajomi mają inne godziny otwarcia i kiedy ja zwisałam z krzesła, to oni się dopiero rozkręcali z opowieściami „A pamiętasz, jak w dziewięćdziesiątym przyjechaliśmy do Polski i nocowaliśmy w akademiku w ośmioosobowym pokoju, a alcalde od razu poleciał do portiera, żeby mu powiedział, gdzie tu można wynająć dziwkę! W ośmioosobowym pokoju!”).

I normalnie pierwszej nocy myślałam, że mam jakieś zwidy, bo wychodzimy z kolacji w knajpie typu wszystko usmażone, bo tak się je ryby i owoce morza w Andaluzji – podziabane i usmażone – a tu ulicą idzie procesja i niosą OGROMNĄ drewnianą platformę. Za chwilę następna. I następna. Pod każdą platformą kilkudziesięciu facetów, a dookoła ich żony, matki, dzieci, kumple, wszyscy im kibicują, przodem idzie facet z megafonem i dyktuje tempo („Wolniej, mniejsze kroki, Paco tam z tyłu niżej, idziemy przyjaciele”) i kilku innych, co przygrywają na trąbkach. Pomyślałam – no jak nic, zasłabłam w tej knajpie z niedotlenienia i mam halucynacje! Ale Marise mi tłumaczy, że oni ćwiczą przed Wielkim Tygodniem, przed najważniejszą procesją – wyciągają te ogromne tronos nocami i chodzą z nimi trasą procesji, żeby nie było wtopy. No powiadam Państwu – procesja procesją, ale te próby były naprawdę imponujące. Coś niesamowitego. Całe miasto się zbiegało popatrzeć, czy Paco z tyłu się nie potknie, nie wywali i nie narobi wstydu. I dowiedziałam się, że zwykle każda dzielnica ma swoją figurę na drewnianej platformie i ci co ją noszą, to są osobne bractwa. 

Jakby ktoś chciał zobaczyć, jak to wygląda, to akurat jest serial na HBO hiszpański serial „Gdy nikt nas nie widzi”. Intryga jak intryga, ale dzieje się podczas Wielkiego Tygodnia i noszą te tronos. 

I było pięknie i ciepło i kwitły pomarańcze, a kwitnące pomarańcze pachną tak, że można się przewrócić. I jeszcze kwitły takie ładne nieduże krzaki z dużymi, uśmiechniętymi białymi kwiatami – wysłałam moim koleżankom zdjęcie, że o jakie ładne im tu kwitnie, a one – że to słynny czystek. No więc nie wiem jak z cudownymi właściwościami czystka, ale wygląda przepięknie, zwłaszcza jak jest go dużo.

Noce były cieple i wyległy się komary, bo tam jest pełno rozlewisk, w których te mendy się lęgną. Nasz znajomy drugiego poranka skarżył się, że w ogóle nie spał, bo komary go molestowały i musiał na nie polować, po czym wyjął chustkę i zademonstrował rzeczone ubite komary. Znowu myślałam, że mam zwidy z niedotlenienia, ale nie. Może on je kolekcjonuje i na przykład ma klaser. Matko Boska.

A najlepsze było, jak straciłam głos od tego kaszlu i N. był ZACHWYCONY, bo nie mogłam się na niego wydzierać ani go opieprzać.

I jak siedziałam w tych andaluzyjskich knajpach, zwłaszcza wieczorami na winie, to sobie tak myślałam o wielu, wielu przeczytanych wątkach na forum w temacie dziecko w restauracji – „Jak idę do lokalu, to chcę się zrelaksować i spokojnie zjeść w ciszy i nie mam ochoty, żeby mi się jakieś dziecko darło!”. I mam dla tych wszystkich państwa od relaksu w restauracji jedną radę – nie jedźcie do Andaluzji. Tam w restauracjach można ogłuchnąć, i wcale nie dzieci się najgłośniej wydzierają (choć owszem – jest ich bardzo dużo i też nie żałują płuc). Dobrą knajpę słychać z kilkuset metrów, tyle powiem. A dzieci w Andaluzji bardzo ruchliwe, popołudniami trudno przejść paseo, bo wszystkie grają w piłkę, jeżdżą na rolkach i rowerach. A mamusie siedzą w kawiarniach i plotkują. I rozczuliła mnie jedna dziewuszka, na oko sześciolatka z falującymi lokami do pasa, w koszulce z napisem MBAPPE. 

A na śniadania był chleb ze smalcem, jak ktoś chciał (ja chciałam, bardzo mają dobry, z papryką, nazywa się zurrapa). 

Mangusta się oczywiście ucieszyła na nasz widok, ale trochę była obrażona i pierwszej nocy zabrała do łóżka gumową kaczkę i co godzinę wyrywało nas ze snu PIIIIIII, jak człowiek zmieniał bok albo pies się kokosił. 

Nie chcę zapeszyć, ale bardzo ładna pogoda jest. Na szczęście nie ma jeszcze komarów – jak będą, to chyba kilka złapię, ususzę i wyślemy naszemu znajomemu, żeby miał do kolekcji. 

O WIRUSIE I SŁUPKU

Wrócił – co prawda nie w obiecanym terminie, ale w końcu dotarł; trochę już ostrzyłam łopatę w celu humanitarnego uboju, ale rozeszło się po kościach. Natomiast przywiózł jajko niespodziankę w postaci eleganckiego wirusa, którego naturalnie mi sprzedał – dwa dni miałam gorączkę i śniła mi się księżna Kate kandydująca na Prezydenta USA. I cały czas mam żyletkę w gardle. No po prostu – nic, tylko wysłać starego w delegację pełnomorską. W internecie oczywiście pełno teorii, że teraz wszyscy będziemy umierać na odmrożone wirusy z rozpuszczających się lodowców – no, to chyba właśnie dostałam darmową próbkę.

Dobrze, że przynajmniej gorączka mi przeszła, bo w poniedziałek czołgałam się w malignie i Buka wie, co jest w pracowych dokumentach, które wyprodukowałam. Może mnie aresztują. 

A dziś rano o 5.20 Mangusta przyniosła mi w prezencie suszoną dżdżownicę, zaschniętą w kształcie litery W. Zuch dziewczyna.

Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego wszyscy ostatnio tak wciskają aplikacje, a już najbardziej sklepy i platformy zakupowe. Ja nie lubię w aplikacji kupować, gorzej się wyszukuje i nie mam porządnego podglądu, wolę normalnie w sklepie internetowym w laptopie, jak neandertalczyk. No i leżę sobie w tej gorączce i przesuwam kolorowe klocki (świetna gra – przesuwa się klocki o różnych kształtach do wyjścia w ich kolorze; oczywiście na początku jest mało miejsca i niektóre poziomy to oho, ho – ile przy nich jest grzebania – w dodatku jest ograniczony czas, no po prostu miodzio). Przez chwilę coś mi mignęło, bo wiadomo – reklamy, ale może mi się przywidziało w gorączce, przesuwam dalej. Dopiero za jakiś czas odkryłam na swoim koncie w Zalando, że zakupiłam czółenka na słupku, w dodatku rozmiar 40! Jak słowo daję, czółenka to całkiem nie moja bajka, chociaż może na jakieś fikuśne bym się skusiła – ale raczej nie o cztery rozmiary za duże! Na szczęście dało się zamówienie anulować, bo co prawda nigdy nie miałam problemu ze zwrotami w Zalando, ale nie znoszę pakowania i odsyłania, no i po co generować CO2 dla rozmiaru 40. Na słupku.

Za to fervex o smaku malinowym – pycha, chyba będę używać rekreacyjnie w chłodniejsze dni.