Na sośnie nad tarasem dzień w dzień siedzi Barbara i spożywa szyszki, a ogryzki rzuca na taras. Wiem, że zasadniczo się mówi „Basia”, ale nie jesteśmy na ty, a poza tym pluje mi pod nogi, a ja mam ją zdrabniać?…
Lato tego roku trudne w odbiorze; na pocieszenie mamy, że on się nazywa niż genueński. W sensie, że ten deszcz co ludziom urlopy psuje to nie jakiś tam pospolity obszczymurek, tylko GENUEŃSKI – od razu inaczej brzmi. Hrabina by kazała prosić na salony. Ja się cieszę, że podlewa i N. nie gania wieczorami z wężem, no ale jestem na mazowieckiej piaszczystej równinie i nie zalało mi parteru. Z drugiej strony – lipiec to jest miesiąc z najwyższą sumą opadów, trzeba czytać roczniki GUS-owskie (bardzo sobie cenię i polecam, chociaż ostatnio specjalizuję się w miesięcznych wskaźnikach cen produkcji budowlano – montażowej – dopóki była inflacja, to coś się działo, a teraz nuda). Przynajmniej tsunami nie mamy – JESZCZE.
A do łazienki przybył już chyba ostatni element wystroju – lampa nad lustro. To miło, bo na razie kabel sterczy, ale czy ja ją będę zapalać?… Co prawda jeden facet powiedział „Więcej światła”, ale to było na łożu śmierci. Trochę się z nim zgadzam, bo bez porządnego światła jestem KOMPLETNIE ślepa, ale akurat przed lustrem to lepiej się sprawdza przygaszone, przytłumione i rozproszone. Od PEWNEGO WIEKU mocne światło jest zalecane do wszystkiego oprócz oglądania siebie, zwłaszcza rano.
A „The Hallmarked Man”, czyli kolejny tom Cormorana zapowiadany jest na 2 września. W oryginale. No pięknie, w pierwszych zapowiedziach pisali coś o grudniu, a człowiek siedzi jak na mrówkach. Fajnie, że będzie wcześniej. Niefajnie, że będzie już wtedy zdecydowanie po wakacjach.
Też dziękuję za Pernille. Mam polecajkę, choć nie w podobnym stylu, ale klimacie: Resident Alien na Netflixie. Obcy przybysz, który przyleciał z misją zniszczenia ludzi, przypadkiem zostaje lekarzem w Patience, Colorado – mieścinie odciętej od świata. I powoli odkrywa swoją ludzką stronę.
Mnie to lato pasuje, nie muszę dylać po ogrodzie z konewką. Ale arbuzy coś marnie rosną, chyba za zimno miały na początku, czyli w maju. Trochę mi przykro, bo już znalazłam rynek zbytu, a tu figa z makiem. Rok temu przywieźliśmy z pola kopiate taczki arbuzów, rozdawałam za darmo na prawo i lewo, a w tym roku postanowiłam wypłynąć na wody komercji – małopolskie arbuzy, słodkie i soczyste, uprawiane bez chemii, podlewane gnojówką z pokrzyw oraz potem i łzami moich dzieci, zmuszanych do prac rolnych – ale najwidoczniej nie było mi pisane zostać arbuzową potentatką. Cóż. Za to jestem na dobrej drodze do zostania fasolkową potentatką. Co roku obiecuję sobie, że następnym razem posadzę jej mniej, a potem znowu się rozpędzam i zginam stary grzbiet i zbieram (nikt inny w domu jej nie zbiera, bo nie widzi zielonej fasolki między zielonymi liśćmi, tylko ja takie Sokole Oko, kto by pomyślał!). Rosną cukinie, patisony i dynie, a te ostatnie tak się rozszalały, że boję się wchodzić na pole dyniowe. Jest ryzyko, że jak się potknę i przewrócę, to zostanę pod liśćmi do jesieni, bo nie znajdę drogi do domu. I kwiaty są cudne, słoneczniki skolonizowały działkę, a cynie moje ukochane zaczynają kolorowe szaleństwo, które potrwa do przymrozków.
Super, super opis.
Ja mam 3 w porywach do 4 wiewiórki, które przychodzą objadać mi leszczynę, ale je bardzo lubię. Jedna jest strasznym łobuzem i goni inne wiewiórki, a tegoroczna, płomiennie ruda, śmiesznie korzysta z karmnika na orzechy – po prostu włazi cała do środka 😀 Inne tylko łebek tam wtykają.
A ja tam na pogodę nie narzekam. Co prawda jutro jedziemy nad jeziora i w deszczu może być ciekawie, ale narzekanie zostawiam na 35-stopniowe upały.
Tsunami to wykrakałaś 😉 Na szczęście nie u nas.
Dziś rano szłam i zastanawiałam się, dlaczego ślimaki wychodzą na chodniki, skoro mają zieleń obok. Driftują na tej kostce, czy co?
Dzięki za Pernille. Takie seriale to mogę oglądać i oglądać.
Do wiewióry to Baśka. Szkoda języka na 2xr.