O WKURZENIU NA TEMPERATURĘ I C.D. CORMORANA

Od rana jestem w kryzysie – N. dziś rano skrobał szybę pierwszy raz w sezonie. Musiałam wyciągnąć moje norki z prawdziwych polimerów, żeby przeżyć. Jest mi zimno i smutno – wkurzono. 

Niecałe sto stron do końca:

– Robin chyba się nie otrząsnęła po pobycie w sekcie, bo jest nie do wytrzymania i jestem na skraju znielubienia jej;

– Strike trochę się ogarnął, ale też momentami mam ochotę go zdzielić gazetą przez łeb (najlepiej Financial Timesem) –  muszę przyznać, że troszkę mi serce odtajało, jak leczył rybę. A najlepsze, że w dzieciństwie miałam akwarium i DOKŁADNIE taką rybę, czarną welonkę z dziwnymi wypukłościami na głowie! Bardzo była inteligentna, lub był, i wszystkim było bardzo smutno, kiedy jej / jego ziemska podróż dobiegła końca. Gdybym wtedy wiedziała o puree z groszku!…

– niezależnie od powyższego Strike porzucił dietę i zaczął znowu żreć niezdrowe świństwa, mimo, że w co drugim rozdziale boli go noga; wciąga burgery, curry i dorsza w cieście, a ja czytam i robię się przez niego głodna;

– mam wrażenie, że tym razem wyjątkowo kręcą się dookoła własnego ogona w temacie śledztwa, chociaż „Serce jak smoła” chyba jednak było gorsze pod tym względem

Ale i tak najgorsze jest to, że zaraz skończę i co? I CO? Znowu dwa lata czekania (bo nie mam złudzeń, że będzie jakiś mega cliffhanger na końcu)? Szkoda, że nie jestem Mirandą Priestley i nie mogę wysłać asystentki, żeby mi przyniosła od autorki następną część NATYCHMIAST.

Gdyby tylko mogło u nas być NORMALNIE z tą temperaturą, a nie że z upału od razu zjazd w ciągu jednej doby i przymrozki w nocy!… A gdzie jakiś okres przejściowy? Czy 12 stopni w nocy to są zbyt wygórowane wymagania, nie – musi być od razu CZTERY? Jak mi zmarzną koleusy, bujne i kolorowe w tym roku, to nie ręczę za siebie.

O PSIM DUECIE I NOWYM CORMORANIE

Piękny ciepły weekend był, w sobotę to nawet za duszno trochę (albo ja mogłam tyle nie żreć na imprezie), ale doceniam bardzo.

Natomiast sprawuję opiekę (naprzemienną) nad Mufką, mojej ciotki psem, z powodu jej wyjazdu na wakacje. Jest bardzo interesująco, zgodnie spacerują razem z Mangustą po ogródku, drą japy na wszystko co się rusza, ale jednocześnie jest lekka wojna podjazdowa. Na przykład sprawdzanie w miskach, czy ta druga nie ma czegoś lepszego (nie ma), zajmowanie upatrzonego miejsca na kanapie, bo akurat to i żadne inne, i podpieprzanie sobie kocyków. Na szczęście bez agresji, tylko łypanie na siebie nawzajem. W nocy nie mam jak nóg wyprostować, bo Mufka jest jednak trochę WIĘKSZYCH gabarytów, niż malutka Mangusta, no ale tydzień spania w kucki jeszcze nikogo nie zabił. Chyba. Przynajmniej nie mam takich informacji.

W najnowszym Cormoranie jestem na stronie 400 i jak do tej pory, czyta mi się dobrze. Poznaję nowe słowa, na przykład „nef” oraz „ambidextrous” (to mój mąż jest). Co może być dla nas trochę dziwne, to brytyjskie realia, zwłaszcza dotyczące arystokracji i masonerii. U nas nie ma hierarchii i arystokracji funkcjonującej w społeczeństwie – nie naprawdę, chociaż niektórzy by bardzo chcieli i aspirują, to jest to zupełnie co innego i dlatego może być w odbiorze wydumane i nie do końca zrozumiałe. A masoneria to już w ogóle – na przykład bardzo mnie zdziwiło, że zupełnie normalnie, przechodząc ulicą, można kupić oficjalne masońskie srebrne ozdoby w oficjalnych sklepach. Myślałam, że to jest jakaś głęboka konspiracja i tylko dla wtajemniczonych i w ogóle, najpierw mroczne rytuały, a później breloczek z okiem i piramidą. 

Natomiast druga sprawa… Tylko połowa mojego mózgu jest skupiona na zagadce kryminalnej, bo reszta cały czas wychwytuje informacje dotyczące (na razie niedoszłego) romansu Robin i Cormorana. Zachowują się gorzej niż piętnastolatki w szkole, brakuje tylko żeby Cormoran zaczął ją ciągnąć za włosy i strzelać ze stanika, jak idą po schodach (to były dowody prawdziwej miłości, z tego co pamiętam), bo te ich rozkminy już mnie zaczynają denerwować. A Robin to już TOTALNIE mnie wpienia, bo jak w mordę strzelił powieliła schemat z Matthew – kolejny facet, z którym niby jest, ale ciągle myśli o Cormoranie i chowa się w kiblu z telefonem, żeby wysyłać SMS-ki. I nowy chłopak jest tak samo zazdrosny o Cormorana i jej pracę, jak był poprzedni, mimo, że właśnie w tej pracy ją poznał. Nie podoba mi się on i guzik mnie obchodzi, że jest podobny do Paula Newmana – wkurza mnie i już. Ale Robin z Cormoranem też mnie wkurzają. No i tak.

(Ja wiem, znam realia, nie może nastąpić zbyt wczesna konsumpcja, bo się temat wyprztyka i sprzedaż spadnie, ale no na litość!…)

O zaległościach w serialach nawet nie wspomnę – nie mam czasu oglądać, bo ciągle coś i ładna pogoda. Będzie jak znalazł na jesienne szarugi, które już się czają za rogiem i dyszą w kark, niestety.

O PINTXOS I WREDNYM KOMARZE

W prezencie urodzinowym byłam w Bilbao, w związku z czym cała misterna zasada Hara Hachi Bu niestety odeszła w zapomnienie, bo być w Bilbao i w ogóle w kraju Basków i nie obżerać się to jest nieporozumienie. Ale za to dużo chodziliśmy, chociaż nie wiem, czy WYSTARCZAJĄCO dużo, w porównaniu z tym co zjadłam. Sama kanapeczka z kaczą wątróbką i kandyzowanymi jabłkami to jakieś milion kalorii, a przecież nie była jedyna. 

I jednak w pewnym wieku przeświadczenie, że jeszcze jedna malutka kanapeczka przecież nie zaszkodzi, a do niej kieliszek wina, bo przecież tak wypada, a później jeszcze jedna w kolejnym barze i w następnym – no więc to jest myślenie BŁĘDNE. Koszmary senne i kac następnego dnia są naprawdę dotkliwe (zwłaszcza, jak kochający mąż zapoda od rana dziesięciokilometrowy spacer po Gran Via). Kiedyś człowiek się otrząsnął pod prysznicem, wypił cocacolę i jazda, a teraz się wlokłam tą Grań Via z łbem jak wiadro i obrzydzeniem do samej siebie. Czy powstrzymało mnie to przed spożywaniem kolejnych kanapeczek wieczorem? Ha. 

A w ogóle w jedną stronę z lotniska wiózł nas Fernando Alonso – tak zapierdzielał po tych krętych drogach, że siedzieliśmy z wybałuszonymi oczami i trzymaliśmy się wszystkimi kończynami, czego tylko się dało. Na lotnisko jedzie się normalnie jakieś 12 – 15 minut, a on nas dowiózł w SZEŚĆ. Oj było zabawnie, tylko strasznie mu w taksówce śmierdziało kocimi sikami (chociaż może to wcale nie był kot, tylko jakiś poprzedni pasażer nie wytrzymał tempa). W drugą stronę jechaliśmy na lotnisko Teslą (szybko, ale w granicach prawa), a pan był uroczym gadułą i rozmawialiśmy, jak ludzie się wyprowadzają do Castro Urdiales, bo tam są tańsze domy a jest tak pięknie nad samym oceanem, i dojeżdżają do roboty. I niby to już jest Cantabria, ale pfff – wielka mi Cantabria, skoro tam sami Baskowie mieszkają. 

Oraz był jeden sklep na Starym Mieście, czyli Siedmiu Ulicach, w którym był wyłącznie baskijski sernik. Można było kupić cały, połówki i ćwiartki. I nic więcej nie mieli w sprzedaży, tylko ten przypalony od góry sernik. 

Natomiast nie widziałam przez cały pobyt ANI JEDNEGO LABUBU. Ani na człowieku, ani na wystawie żadnego sklepu. 

I ponieważ mieliśmy hotel nad samą rzeką Nervion i otwierałam drzwi balkonowe na noc, bo klimatyzacja mnie wkurwia, to pogryzły nas komary. N. więcej sztuk, mnie zaledwie kilka sztuk, za to jeden w powiekę. Fantastycznie. Jak to teraz posmarować i nie oślepnąć?…

I lało tylko jednego dnia wieczorem, co jak na Bilbao jest wynikiem bardzo niezłym. 

Chwilowo nie piję do końca życia (co było do przewidzenia). Mangusta lekko obrażona, chociaż uwielbia swoje kuzynki u Zebry i podobno darła się najgłośniej w całej okolicy.Tylko jak mam teraz czytać Cormorana jednym okiem, hę?

O POSZUKIWANIACH I LAMPCE NOCNEJ

Leje. No i dobrze, bo susza u nas straszliwa – na spacerze przez las zapadałam się po kostki w piachu, paprocie uschnięte, borówki uschnięte. Niech popada, natomiast efektem ubocznym jest Mangusta, która odmawia wyjścia na siusiu, kiedy ją namawiam – patrzy na mnie jakbym miała deficyty umysłowe (niewykluczone, a nawet coraz bardziej prawdopodobne) i ogólnie nie podoba jej się. No trudno, dostała kawałek parówki na pocieszenie.

N. przez całą noc słyszał helikoptery, a ja – oczywiście – całą awanturę przespałam. W sumie – no i dobrze, po co się miałam denerwować, i tak się rano zdenerwowałam, aż mnie łeb rozbolał. Na dodatek zadzwonił nasz przyjaciel z Hiszpanii, czy już spakowaliśmy dobytek i do niego jedziemy. Długo rozmawiali z N. i zostało wspólnie ustalone, że to wszystko jest puta mierda, najbardziej oczywiście ruskie łobuzy, ale sporo innych politicos też. 

Na szczęście nie miałam specjalnie czasu, żeby się zamartwiać, bo N. zażyczył sobie odszukania niezwykle ważnych dokumentów sprzed piętnastu lat (albo i lepiej), w związku z czym dwa ostatnie dni spędziłam przewalając Apallachy papierzysk w domu (i zagrodzie) i biurze. I niektóre się znalazły, a niektóre nie, za to mam pocięte papierem palce i dokonałam kilku niezłych odkryć przy okazji. I nie wiem już gdzie szukać, za wszelką cenę chciałabym uniknąć takiej jednej narożnej szafki, bo tam jest bajzel STRASZLIWY i bez kilofa i latarki czołowej nie mam po co tam w ogóle podchodzić. Trzeba by świętego Antoniego zaprosić do współpracy, jak to było z tym kubkiem? Trzeba postawić kubek do góry nogami i co? Naprawdę nie chce mi się tej szafki ruszać.

Na pocieszenie odebrałam wczoraj ósmy tom Cormorana i byłabym czytała całą noc, ale N. na mnie nakrzyczał i kazał gasić światło, no bo poprzedniej nocy nie spał. Jakby te helikoptery to była moja wina. Muszę mu kupić żelki Zzzquil (czy jak tam się pisze) na mocniejszy sen, żeby mu moja nocna lampka nie przeszkadzała. 

Ech – wolałabym, żeby wróciły czasy, w których człowiek przejmował się głównie bezsensem istnienia. Może dorzucić do petycji do świętego Antoniego?…

O JEDZENIU CHYBA

W nocy z sierpnia na wrzesień śnił mi się Trump. Obudziłam się zmęczona i przygnębiona – oczywiście, sama sobie jestem winna, bo jadłam kurki. Wiadomo, co grzyby wyprawiają z człowiekiem. Ja sobie wypraszam takie atrakcje! Następne kurki przewiduję nieprędko, a kurki w śmietanie to już NADZWYCZAJ nieprędko. Łakomstwo ukarane, ale żeby aż tak?…

A w ogóle wyskoczyła mi na fejsie (ciekawe, dlaczego) japońska zasada „Hara Hachi Bu”, co oznacza – jedz do momentu, aż będziesz w 80% najedzony. Bardzo mądra stara zasada i bardzo trudna do realizacji w praktyce (ale będę próbować). Ja jeszcze bym dodała zalecenie, żeby nie jeść, jak człowiek jest głodny, bo wtedy w ogóle się je za dużo i bez umiaru. Jak powiedział Ringo  w „Żółtej Łodzi Podwodnej”: „I warned you not to eat on empty stomach”.

Taka Anna Wintour na przykład – pozostając w kręgach kulinarnych – podobno od wielu lat je taki sam lunch: stek i sałatka caprese. Z tym, że królowa mody nie znosi warzyw, więc sałatkę je bez pomidorów. Przeczytałam tego niusa i miałam takie „ALE ŻE JAK?”, bo sałatka caprese to pomidory i mozarella, więc bez pomidorów zostaje… Może mi się sałatki pomyliły, może chodziło o Waldorfa albo Cobba? Ale nie, chodziło o caprese i komentarze potwierdziły mój tok rozumowania. Głownie ludzie pisali „A nie można napisać po prostu, że wciąga kotleta i poprawia serem?”. No ale jak się napisze „SAŁATKA”, to od razu jest bardziej elegancko i dystyngowanie. Coś jak nazwanie parówek „delikatnym musem wieprzowym”. 

(Jak można pomidorów nie lubić? Zwłaszcza teraz, na koniec lata?) (AAAAA, koniec lata!…).

Poza tym co – komary mnie pogryzły. Ale jak! Dawno mnie tak nie pożarły, zachciało się spacerów po lasach nad jeziorem (bo N. musiał sobie porzucać z pomostu – przypilnowałam, wszystkie wypuścił) (ale nie pochwalam). Ugryzły mnie w TAKIE miejsca, że lepiej nie mówić w obecności młodzieży, np. jeden w powiekę mnie upierdzielił. To znaczy, że było ich bardzo dużo i strasznie głodne – bo zwykle gryzą N., a mnie zostawiają w spokoju. Jeśli rzuciły się na mnie, to naprawdę miały kryzys. 

Drugi japoński kryminał mnie niestety rozczarował, miała być wielokrotnie złożona intryga, a wyszła dziwaczna plątanina. Może i dla Japończyków te motywacje są zrozumiałe, ale nie dla mnie – ja nawet za zieloną herbatą nie przepadam, więc co mogę wiedzieć o uczuciach, jakie się kłębią w sercu japońskiego pisarza. Ba – nie przepadam również za tym japońskim puszystym sernikiem. Sernik to powinien być sernik, a nie ptasie mleczko (tylko rodzynki proszę trzymać z daleka).

Dlaczego tak szybko się robi ciemno? Tzn. wiem dlaczego (nie bojkotowałam nauki w szkole, jak to obecnie jest modne w pewnych kręgach), ale nie pochwalam i protestuję.

O SKARPETKACH I LOKALNYM SKLEPIE

Droga Redakcjo, ostatnich kilka nocy spałam w skarpetkach. W SKARPETKACH! W sierpniu!!! Nie, tak być nie może i ja poproszę z kierownikiem – z jednej strony Ruskie, z drugiej Niemcy, a na dodatek w sierpniu muszę w skarpetkach spać – nie tak się umawialiśmy. 

Na dodatek w sklepach z ciuchami już jesień, a koleżanka widziała już ozdoby świąteczne. I dziwić się, że połowa kraju jedzie na lekach na depresję. 

Żeby nie było nudno, to wynoszę pająki z wanny. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że po remoncie w nowej wannie już nie będą się pojawiały pająki. Nie mam pojęcia, którędy włażą i dlaczego lądują w wannie. Z całej łazienki muszą się pchać akurat do wanny, z której nie mogą wyleźć – zupełnie jak ludzie, ze wszystkich możliwości w życiu wybierają te najbardziej autodestrukcyjne. No dobra, nie wszyscy ludzie (i nie wszystkie pająki). A później biega taki w kółko, a człowiek musi organizować ekspedycję ratunkową ze szklanką i kartonikiem – przypominam, że mam arachnofobię. Co oczywiście nikogo nie interesuje, a najmniej pająka w wannie.

Dostałam ostatnio ochrzan od N., no bo tak: znosi do domu owoce, jak to on – nie może kupić kilku śliwek, tylko od razu pół wiadra i to różnych. Zje połowę, a reszta leży i się na mnie patrzy, więc podejmuję działania naprawcze – a to jakiś kompot, a to powidła do naleśników, co tam wypadnie. Zwykle nie mam w domu cukru, bo nie używamy (i później świecimy oczami przed gośćmi, jak poproszą o cukier do kawy), więc wysłałam N. do naszego lokalnego wiejskiego sklepiku, bo była sobota po południu, a nad owocami pojawiły się muszki owocówki, więc sytuacja nabrzmiewała. Lista zakupów – cukier i goździki. Poszedł.

Wrócił nabzdyczony i mówi mi, że czuł się jak ostatni Mohikanin w pustyni i i w puszczy, bo JAKO JEDYNY opuścił sklep z produktami o zawartości alkoholu 0,0%. Bardzo go to zdeprymowało i wszyscy się na niego gapili i w związku z tym musiał dokupić pół kilo pasztetowej luksusowej, żeby w ogóle z tego wyjść z twarzą. Powiadam Państwu – męskie ego to jest jednak bardzo, bardzo kruchy podmiot liryczny. A sklep swoją drogą stanowi osobliwość lokalną, bo jest mały – taki kiosk przed chałupą – a jest w nim wszystko. WSZYSTKO! No dobra, świeżych ostryg nie mają, ale poza tym wszystko. Coś niesamowitego.

I oto niniejszym nadeszła (jak mówią politycy – NADEJSZŁA) smutna chwila, w której przeczytałam wszystkie pięć tomów Kulawych koni, dostępnych na polskim rynku wydawniczym. I stoję przed dylematem – polować na oryginały czy czekać na tłumaczenie? Autor ma bardzo barwny język i chwilami mocno zapętlone metafory, więc nie wiem, czy podołam. Z drugiej strony, czasem tłumaczenie jest bardziej skomplikowane, niż powinno, no i nie wiem. Na razie mam drugą kryminalną powieść japońską i biografię Jasnorzewskiej (czy tylko ja mam wrażenie, że co roku wychodzą kolejne biografie Osieckiej i Jasnorzewskiej?), a później się zobaczy.

Ale przynajmniej nie mam już kataru (bo śpię w skarpetkach, kurde).

O KARACH CIELESNYCH I WODOROWANIU WODY

Przez cały wyjazd przewijała się rozmowa, którą zaczęła jedna koleżanka na widok elektrycznej hulajnogi rzuconej w poprzek chodnika w Ełku. Otóż ona powiedziała, że za te hulajnogi by batożyła – a jest pedagogiem i twierdzi, że żadne argumenty, terapie, rozmowy – nic nie ma sensu, tylko porządny bat z rzemykami, a na końcu każdego rzemyka haczyk. I chlastać, aż by wyrywał kawałki mięsa – tylko batożenie, żadne inne sposoby nie zadziałają.

No i tak rozwijaliśmy temat przez pozostałe dni, dwustronnie: po pierwsze – grupy osób, które należy poddać batożeniu. Sporo się tego nazbierało, bo mieszkamy w specyficznym państwie, gdzie nieprzestrzeganie prawa jest powodem do dumy, a kto przestrzega ten frajer. Swoją drogą nikt nie egzekwuje przestrzegania prawa, więc wszyscy którzy mają ochotę palić w miejscach publicznych i rzucać pety pod nogi, palić w piecu oponami, śmiecić na ulicy i wyrzucać śmieci do lasu i jeziora – mogą to robić i śmiać się w twarz głupkom, którym to przeszkadza i woleliby, żeby było czysto. No sporo się tego nazbierało, z politykami włącznie (a może przede wszystkim), albo ludźmi, którzy znoszą do stolików tony jedzenia ze szwedzkiego bufetu, a później to wszystko zostawiają.

Z drugiej strony zajęliśmy się techniczną stroną przedsięwzięcia i nawet znaleźliśmy na Allegro bardzo estetyczne gadżety do biczowania (zachęcam, dział dla dorosłych, sekcja BDSM), a później – te same gadżety na TEMU, co najmniej połowę taniej. Tylko trzeba by do każdego rzemyka przywiązać haczyk na ryby, chociaż mój mąż (wędkarz) twierdzi, że lepiej kotwiczki, więcej mięsa wyrwą i nie trzeba się będzie tak namachać. 

Ja to nawet podziwiam takie podejście, bo to jest jednak sporo wysiłku i gimnastyki, takie batożenie. Ja bym wstrzykiwała neurotoksynę albo obcinała palce, po jednym stawie. 

No i takie mieliśmy rodaków przy winie rozmowy. 

A teraz wyświetlają mi się ciekawe oferty, po tym jak szukałam bicza na Allegro. 

I mam nową obsesję – filmiki pani, która kupuje całe palety nieodebranych przesyłek i je rozpakowuje na wizji. Wciągające jak cholera – czego w tych paczkach nie ma! Chociaż trzeba przyznać, że jak trafi na spersonalizowane gadżety – biżuterię, kubek z dedykacją czy kocyk ze zdjęciem, to uruchamia poszukiwania i odsyła do adresatów. Ale co robi na przykład z sukienkami, które z przodu składają się ze sznurków, a z tyłu z kokardek – to nie wiem. 

I może ktoś mi wytłumaczy, co to są do cholery butelki do wodorowanja wody? Bo kilka sztuk już odpakowała. Po co w wodzie ekstra wodór i skąd ten wodór się bierze? (Czy należy wybatożyć producentów butelek do wodorowania wody?).

Nie podoba mi się, że noce są takie zimne. W ogóle nie podoba mi się, że lato się kończy, bo jakoś wyjątkowo mało go było w tym roku.

O TYM, KTO SIĘ PRZEZIĘBIA W UPAŁ

Tydzień upałów, który nawiedził Polskę, spędziliśmy z przyjaciółmi w domku nad jeziorem. Dziwne, że nie padało – no ale może to dlatego, że nie ja rezerwowałam. 

Piękne miejsce, rano i wieczorem słychać było żurawie, a o zmierzchu dodatkowo jeszcze coś, koleżanka pierwszego dnia się wystraszyła że kogoś mordują rytualnie, no ale chyba co wieczór by nie mordowali? Darło się jakoś tak pomiędzy czkawką a wyciem i prawdopodobnie była to jakaś sowa. 

Żeby nie było zbyt różowo i z brokatem, to trzeciego dnia się przeziębiłam – albo klimatyzacja w samochodzie, albo najnowszy wariant covid o imieniu Nimbus (kto mu te imiona nadaje, swoją drogą – jest jakaś lista, jak przy huraganach?). W każdym razie najpierw miałam w gardle żyletkę, a później zaczęło mi się lać z nosa – czy tylko ja się przeziębiam w upały? A nie, jeszcze Saliy z „Kiedy Harry poznał Sally” – w końcowej przemowie Harry mówi do niej „Kocham jak się przeziębiasz, kiedy jest upał”. No dobrze, Harry to w niej kochał, ale czy ona lubiła się przeziębiać? Bo ja na przykład nie przepadam. Nos mam już pokaleczony od wycierania, łeb jak wiadro z cementem i tradycyjnie czuję się jak Kłapouchy – wilgotny i smutny. 

Na dodatek N. się ze mnie nabija, że nie umoczyłam w jeziorze nawet czubka palca – a kąpali się wszyscy, włącznie z Mangustą (weszła na głębokość do brzucha, czyli jakieś 4,5 centymetra). Po pierwsze – dla mnie ta woda była za zimna, po drugie – wszyscy radośnie opowiadali, ile widzieli pijawek – chyba bym zeszła na zawał, gdyby mi się pijawka przypięła do nogi, chociaż oczywiście je szanuję za wkład w medycynę ratunkową, ale wolę je oglądać w serialach medycznych, niż na własnej stopie (chociaż w sumie dotyczy to wszyskich aktorów, jak się tak głębiej zastanowić).

Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić pierogi z kaczką w restauracji „Biesiada” w Grajewie oraz pasztet z zakładów mięsnych Warmia. Ja już prawie nie jem wędlin, bo nic mi nie smakuje, ale ten pasztet to jest dzieło sztuki i powinno się go wpisać na listę UNESCO. 

A w Ełku przed sklepem wędkarskim jest ROBAKOMAT. Ludzie są okropni, a wędkarze podwójnie (chociaż nie aż tak, jak myśliwi).

No to teraz pranie, zaległe rachunki i podobno na Netflixie jest drugi sezon Wednasday. Super, jak tylko przestanę widzieć wszystko w zielono – fioletowe plamy, to oglądam. A na razie podcasty kryminalne.

O PSACH I RANDCE W CIEMNO

Na szczęście dzień można zacząć optymistycznie, bo odnalazł się mały, biały pudelek, ukradziony bezczelnie i na chama, w świetle kamer, przez rodzinkę kryminalistów w Świnoujściu (w tym małe sprytne cholerne dziewczynki). Psina odnalazła się w Kopenhadze, czyli właściciele mieli dobre informacje, że od razu pojechali z nią na prom. Nie mam o ludzkości zbyt dobrego zdania, a ludzkość codziennie dba, żeby mi się nie poprawiło. Chociaż z drugiej strony – właścicielka dziękowała za ogromny odzew, zainteresowanie i bezinteresowną pomoc, więc może jeszcze nie wszystko stracone. 

Pozostając w tematyce psów – czytałam komentarze pod jakimś filmikiem z pieskiem, w których właściciele opowiadali, co ich pies przynosi ze spacerów po sąsiedztwie (rzecz się dzieje w USA). Jeden facet napisał, że jego suka przyniosła ostatnio GOTOWANEGO HOMARA – „A nawet nie mieszkamy nad morzem!” (nie wiem, co koleś sobie wyobraża na temat morza, ale raczej nie ma w nim gotowanych homarów). Na co odpowiada mu drugi, że jego pies z kolei pojawił się na ganku z ogromym sumem (chyba surowym dla odmiany). Przeszedł się po okolicy i pytał ludzi, czy ktoś zgłasza zaginięcie suma, ale nikt się nie przyznał. Po czym dodał „Tak, z tym sumem to było dziwne, bo zwykle przynosi ziemniaki”. Super, najnaturalniejsza rzecz na świecie – pies przynoszący ze spaceru po okolicy ZIEMNIAKA. 

A właśnie, jechaliśmy w weekend po okolicy i przy drodze była strzałka do gospodarstwa rolnego z napisem „Ziemniaki jadalne”. Jestem zaintrygowana i chętnie nawiążę kontakt z osobą, która dla odmiany ma w ofercie ziemniaki NIEJADALNE.

Natomiast przeczytałam, że szykuje się wielki powrót programu „Randka w ciemno”. Odważnie, jak na dzisiejsze czasy (ale ci ludzie będą w ubraniach, tak?). Czy zamierzam oglądać? Oczywiście, że nie (mam ciary żenady przy takich programach, to się nazywa second hand embarassment). Czy oglądałam pierwowzór? Chyba jeden odcinek, może dwa. A to dlatego, że do pierwszego odcinka wzięli ludzi z mojej uczelni i chyba nawet z mojego roku (czy tam rok starszych). Chłopak z dziewczyną, którą wybrał w programie, byli później parą, a na niego mówiło się już zawsze „ten z randki w ciemno”. Ale mimo, że był w telewizji (na tamte czasy WOW, bo teraz to już chyba wszyscy byli w telewizji, trudniej znaleźć kogoś, kto NIE BYŁ), to był miły, sympatyczny i rozmawiał normalnie. Nawet mu jakieś notatki pożyczałam (a może był miły, bo chciał notatki, hm). W komentarzach ludzie piszą, że uczestnicy w dupie mieli randki i związki, chcieli pojechać na darmową wycieczkę, najlepiej za granicę. Chociaż czasem trafiały się Międzyzdroje albo Ciechocinek. 

No i połowa wakacji za nami, a ja nadal nie wiem, ile zębów ma Labubu. Zapytana AI odpowiada, że sześć, a ja na zdjęciach wyraźnie widzę, że dziewięć – no to jak to jest? Chyba ta sztuczna inteligencja nie jest taka wszystkowiedząca, jak ludzie mówią – na przykład nie umie policzyć zębów.

PS. No przecież bym ZAPOMNIAŁA – po dwóch latach chłopaki obudzili się z letargu i nakręcili nowy odcinek South Parku! O Trumpie. Trump jak obejrzał, to chce ich zabić i jest mega afera na całe USA – jak za dawnych dobrych czasów, ech. Łezka mi się w oku zakręciła…

O NIŻU I ŚWIETLE

Na sośnie nad tarasem dzień w dzień siedzi Barbara i spożywa szyszki, a ogryzki rzuca na taras. Wiem, że zasadniczo się mówi „Basia”, ale nie jesteśmy na ty, a poza tym pluje mi pod nogi, a ja mam ją zdrabniać?…

Lato tego roku trudne w odbiorze; na pocieszenie mamy, że on się nazywa niż genueński. W sensie, że ten deszcz co ludziom urlopy psuje to nie jakiś tam pospolity obszczymurek, tylko GENUEŃSKI – od razu inaczej brzmi. Hrabina by kazała prosić na salony. Ja się cieszę, że podlewa i N. nie gania wieczorami z wężem, no ale jestem na mazowieckiej piaszczystej równinie i nie zalało mi parteru. Z drugiej strony – lipiec to jest miesiąc z najwyższą sumą opadów, trzeba czytać roczniki GUS-owskie (bardzo sobie cenię i polecam, chociaż ostatnio specjalizuję się w miesięcznych wskaźnikach cen produkcji budowlano – montażowej – dopóki była inflacja, to coś się działo, a teraz nuda). Przynajmniej tsunami nie mamy – JESZCZE.

A do łazienki przybył już chyba ostatni element wystroju – lampa nad lustro. To miło, bo na razie kabel sterczy, ale czy ja ją będę zapalać?… Co prawda jeden facet powiedział „Więcej światła”, ale to było na łożu śmierci. Trochę się z nim zgadzam, bo bez porządnego światła jestem KOMPLETNIE ślepa, ale akurat przed lustrem to lepiej się sprawdza przygaszone, przytłumione i rozproszone. Od PEWNEGO WIEKU mocne światło jest zalecane do wszystkiego oprócz oglądania siebie, zwłaszcza rano. 

A „The Hallmarked Man”, czyli kolejny tom Cormorana zapowiadany jest na 2 września. W oryginale. No pięknie, w pierwszych zapowiedziach pisali coś o grudniu, a człowiek siedzi jak na mrówkach. Fajnie, że będzie wcześniej. Niefajnie, że będzie już wtedy zdecydowanie po wakacjach.