W prezencie urodzinowym byłam w Bilbao, w związku z czym cała misterna zasada Hara Hachi Bu niestety odeszła w zapomnienie, bo być w Bilbao i w ogóle w kraju Basków i nie obżerać się to jest nieporozumienie. Ale za to dużo chodziliśmy, chociaż nie wiem, czy WYSTARCZAJĄCO dużo, w porównaniu z tym co zjadłam. Sama kanapeczka z kaczą wątróbką i kandyzowanymi jabłkami to jakieś milion kalorii, a przecież nie była jedyna.
I jednak w pewnym wieku przeświadczenie, że jeszcze jedna malutka kanapeczka przecież nie zaszkodzi, a do niej kieliszek wina, bo przecież tak wypada, a później jeszcze jedna w kolejnym barze i w następnym – no więc to jest myślenie BŁĘDNE. Koszmary senne i kac następnego dnia są naprawdę dotkliwe (zwłaszcza, jak kochający mąż zapoda od rana dziesięciokilometrowy spacer po Gran Via). Kiedyś człowiek się otrząsnął pod prysznicem, wypił cocacolę i jazda, a teraz się wlokłam tą Grań Via z łbem jak wiadro i obrzydzeniem do samej siebie. Czy powstrzymało mnie to przed spożywaniem kolejnych kanapeczek wieczorem? Ha.
A w ogóle w jedną stronę z lotniska wiózł nas Fernando Alonso – tak zapierdzielał po tych krętych drogach, że siedzieliśmy z wybałuszonymi oczami i trzymaliśmy się wszystkimi kończynami, czego tylko się dało. Na lotnisko jedzie się normalnie jakieś 12 – 15 minut, a on nas dowiózł w SZEŚĆ. Oj było zabawnie, tylko strasznie mu w taksówce śmierdziało kocimi sikami (chociaż może to wcale nie był kot, tylko jakiś poprzedni pasażer nie wytrzymał tempa). W drugą stronę jechaliśmy na lotnisko Teslą (szybko, ale w granicach prawa), a pan był uroczym gadułą i rozmawialiśmy, jak ludzie się wyprowadzają do Castro Urdiales, bo tam są tańsze domy a jest tak pięknie nad samym oceanem, i dojeżdżają do roboty. I niby to już jest Cantabria, ale pfff – wielka mi Cantabria, skoro tam sami Baskowie mieszkają.
Oraz był jeden sklep na Starym Mieście, czyli Siedmiu Ulicach, w którym był wyłącznie baskijski sernik. Można było kupić cały, połówki i ćwiartki. I nic więcej nie mieli w sprzedaży, tylko ten przypalony od góry sernik.
Natomiast nie widziałam przez cały pobyt ANI JEDNEGO LABUBU. Ani na człowieku, ani na wystawie żadnego sklepu.
I ponieważ mieliśmy hotel nad samą rzeką Nervion i otwierałam drzwi balkonowe na noc, bo klimatyzacja mnie wkurwia, to pogryzły nas komary. N. więcej sztuk, mnie zaledwie kilka sztuk, za to jeden w powiekę. Fantastycznie. Jak to teraz posmarować i nie oślepnąć?…
I lało tylko jednego dnia wieczorem, co jak na Bilbao jest wynikiem bardzo niezłym.
Chwilowo nie piję do końca życia (co było do przewidzenia). Mangusta lekko obrażona, chociaż uwielbia swoje kuzynki u Zebry i podobno darła się najgłośniej w całej okolicy.Tylko jak mam teraz czytać Cormorana jednym okiem, hę?
Sernik baskijski? Tylko w Donostii;-)
Dzięki za zwrócenie uwagi, że Kulawe konie są na podstawie książek – już przeczytałam te pięć przetłumaczonych na polski i zaraz biorę sie za następne 🙂
Cormoran jest do niczego, daję znać w ramach pociechy.
ten nowy? nie wierzę.
Nooo…