Jest absolutnie zachwycająco i większość czasu spędzam na tarasie – żyję słońcem, herbatą i fasolką szparagową (i krakersami, cholera jasna).
Szczypawka dostała matę chłodzącą i to jest przedziwny wynalazek – chodziłam po niej na bosaka i wrażenie jest, jakby się deptało po lekko mulistym brzegu jeziora, w zimnej wodzie. Chociaż mój mąż twierdzi, że ja NIE MAM POJĘCIA o wodzie w jeziorze, bo nie wchodzę – nieprawda, na sam brzeg wchodzę (co prawda tylko jak jest czysto, czyli b. rzadko).
A właśnie, jeśli chodzi o wodę. W naszej okolicy otworzyli ten potworny aquapark Suntago i ostatnio N. gadał z kolegami z Czech, że oni chcą przyjechać na parę dni i tam pomoczyć tyłki. I że trzeba rezerwować bilety i w ogóle czy jest dużo ludzi. No niestety, nie będę w stanie służyć radą, mimo że to rzut kamieniem od nas – ponieważ TAK WYOBRAŻAM SOBIE PIEKŁO. Gdyby do takich miejsc wsadzali za morderstwo – to nigdy, przenigdy nikogo bym nie zabiła (a tak to się jeszcze zastanawiam). Lepiej się czuję oglądając horrory, niż zdjęcia stamtąd (a jeszcze pewnie tam z głośników leci jakaś wesoła rozrywkowa muzyczka). No nie, po dziesięciu minutach albo bym wpadła w głęboką katatonię, albo wrzeszczała i rzucała w ludzi odchodami – zresztą nie trzeba rzucać, jestem zupełnie spokojna, że tam całkiem spora porcja sobie pływa.
Ponadto w mijającym tygodniu:
1) Wleciała nam do chałupy pleszka i złapałam ją GOŁYMI RĘCAMI (mój mąż: JAK ty to zrobiłaś? – no cóż, z wyglądu jestem taka niewinna, że małe ptaszki się mnie nie boją. Mwaaahahahaha.)
oraz
2) Rozdeptałam ślimaka i jest mi z tym bardzo źle. Koszmarnie.