O RYBACH, CO NIE BRAŁY

Człowiek wyjedzie na chwilę na Mazury, wróci – a tu już jesień – grzyby, pająki i skarpety. 

Już drugi rok z rzędu nie nadmuchaliśmy pawia i ryby nie brały. Podobno dlatego, że jezioro było za płytkie oraz NIE TEN zestaw przynęt został zabrany. Jeśli o mnie chodzi, to kibicuję rybom.

Pogody wakacyjnej były ze dwa dni, a reszta dość barowa. W związku z czym chodziliśmy po barach („Złota Rybka” oraz „U Mietka”) oraz uprawialiśmy hazard – w tysiąca nie grałam (N. owszem, żyłka hazardzisty się w nim obudziła i godzinami liczył trefle), natomiast w kości – OWSZEM; zawsze lubiłam pokera. W dodatku wygrałam tyle razy, że chyba N. ma kochankę. Tylko gdzie? Detektywa muszę wynająć.

Gwiazdą wyjazdu okazała się huta szkła artystycznego w Olsztynku („Prosiłam pana, żeby nadmuchał taką bańkę, ale on mówi, że teraz robi koty”) i w ogóle cały Olsztynek. Mieli świetne lody na biobazarze – ricotta z gruszką i bursztynowy pyszne, a bardzo żałuję, że nie spróbowałam o smaku cydru. Kupiliśmy oczywiście dla każdego po artystycznym kieliszku, w których ZNAKOMICIE smakowało wino i pewnie dlatego tyle go poszło. Już dwa dni przed wyjazdem miałam gęsią skórę na widok butelki z winem, więc chyba wyjazd się BARDZO UDAŁ.

Domek, w którym mieszkaliśmy, miał TAK wypielęgnowany ogródek, że aż dech zapierało. Przeżyłam kilka godzin paniki, kiedy raz wyszłam ze Szczypawką i ona nagle robi kangurka na trawniku, a ja akurat nie miałam szufelki na produkty przemiany psiej materii. Więc pobiegłam po szufelkę, w międzyczasie ona skończyła i poszła sobie dalej, a ja ZGUBIŁAM KUPĘ. Chodziłam w tamtym miejscu z godzinę, przeczesywałam trawnik po szachownicy i nie mogłam znaleźć – rozpacz po prostu! N. wrócił z ryb, ja cała roztrzęsiona z tą łopatką, kazałam mu szukać – TEŻ NIC („Ale na pewno? Nie zdawało ci się?” – różne rzeczy mi się w życiu zdawały, ale nie psia kupa). W końcu znaleźliśmy – ale co się nadenerwowałam, to moje – właściciel zgodził się na psa WARUNKOWO. A najlepsze, że do domku naprzeciwko przyjechało DZIEWIĘĆ BULDOGÓW FRANCUSKICH – no, tam to musieli chyba cały ogródek sprzątać odkurzaczem przemysłowym ze trzy razy dziennie.

Wracamy, a tu nad prysznicem siedzi pająk. Zanim N. go poszedł złapać, to już sobie poszedł i teraz pod prysznicem dostaję nerwicy. Bo przecież on GDZIEŚ TAM SIEDZI, się nie zdematerializował.

A pan Mietek z baru „U Mietka” powiedział, że to już nie to samo, co dziesięć lat temu. Panie Mieczysławie – NIC już nie jest takie samo, jak dziesięć lat temu. 

O TYM, ŻE SMUTNO

Bardzo smutny dzień.

Przyjechali panowie i wycięli suche brzozy. Przez te kilka lat suszy poschły nam drzewa, niektóre tak stały od dwóch lat. Sąsiadka się po ostatniej burzy lekko wkurwiła, bo sucha brzoza robi się łamliwa i kawał drzewa spadło jej na podwórko. Więc już nie było wyjścia.

Ja wiem, że one były całkiem martwe, ale i tak mnie serce boli.

(A jedną wyżarły od środka szerszenie i miały tam rezydencję. Dobrze, że panowie fachowcy i wiedzieli co robić).

Więc mi smutno i oglądam (nowa szajba) japońskie i koreańskie filmiki o przygotowywaniu dużych ilości jedzenia, np. na stoiskach ulicznych – okonomiyaki albo kulki z ośmiornicą. Albo produkcję kilkuset ciast z owocami (wszystko z naturalnych składników, od podstaw). Fascynujące są, wciągają i hipnotyzują. Ale i tak mi smutno.

O TYM, ŻE WRESZCIE KAWAŁEK WAKACJI

Dobra, byłam na wakacjach. CAŁE CZTERY DNI (z dojazdami, czyli efektywnie jakieś dwa i pół). Po pierwsze – uwielbiam Świnoujście, chociaż przesadza z wypierdalaniem apartamentowców, zwłaszcza nas samym morzem (przyjdzie ocieplenie klimatu i znikną). Natomiast po drugie – nie nadaję się do wyjazdów w tak zwanym wysokim sezonie. Chociaż i tak podobno mniej ludzi tym razem, bo były miejsca w knajpkach w porze obiadowej – ale nie na promenadzie, tam nie sprawdzaliśmy, bo za gorąco, tłok, hałas i Szczypawka by się źle czuła. Oraz po trzecie – pieczony kurczak z budki na Wojska Polskiego nadal jest najlepszy na świecie. Na gorąco i na zimno, do kanapek. 

Pojechaliśmy do Niemca po galaretkę truskawkową z truskawkowego kombinatu – powiem tak, dobrze że byliśmy w piątek przed dziesiątą rano, a i tak już tylko pojedyncze miejsca na parkingu. Złapaliśmy słoiki i w nogi, zanim nadciągnęło tsunami bąbelków żądnych przejażdżki na kolejce – gąsienicy. Chociaż może jest jeszcze nadzieja dla ludzkości, jeden chłopiec krążył po sklepie z niedużym globusem w objęciach i nie dał go sobie odebrać przed kasą. To było miłe (a ja tylko dżemy! I jak to o mnie świadczy?).

Lekko mnie ogłuszyła ilość atrakcji, jaką Niemcy mają do zaoferowania turystom – i to przecież na małym odcinku małej wyspy. O królu złoty, czego tam nie było! Przy granicy wiadomo – namiot z rzeźbami z piasku. Zaraz później jakieś muzeum robaków (tłumaczenie wolne, bo niezbyt się łapię w niuansach niemieckiego), pan w ciemnych okularach podobny do Kukiza (ALE NIE KUKIZ NA SZCZĘŚCIE) ogłaszający swój koncert, mumia Tutenchamona, chińska armia terakotowa, przelot Antonowem (89 euro), park linowy, papugarnia (papużarnia?), Guliwer, termy, cyrk, hektar nadmuchanych zjeżdżalni, sprzedaż miodu i jazz w szopie na podwórku u jednego pana. W głowie mi się zakręciło i pojechaliśmy do Kaminke, gdzie była prześliczna, malutka dzika plaża. Samo Kaminke też bardzo ładne – malutkie, kolorowe, czyste domki z ogródeczkami. 

Natomiast na tej części plaży w Świnoujściu, gdzie wolno psom – niestety, śmierdzi i plaża kwitnie na zielono. Czyli jakieś ścieki tam sobie radośnie wyciekają, wstyd. Naprawdę wstyd i hańba.

Co mnie jeszcze wkurwiało, to kampery poparkowane na miejskich parkingach, oczywiście tam gdzie za darmo. I tak, żeby z boku było miejsce na daszki i stoliczki. No nie, kurde, od tego są specjalne parkingi z przyłączami i miejsca np. w marinie. 

Może jestem JAKAŚ DZIWNA, ale bardzo mi się wrzaski mew o poranku podobały. Ja z herbatką na balkonie i mewi koncert. Jakby tak złapać jedną albo ze dwie i przywieźć do domu, to też by mi się tak fajnie darły rano? Dam im grzebać w śmieciach, ile tylko będą chciały (All Trash You Can Eat).

W dodatku wróciliśmy w sam środek upału, a nad morzem akurat zrobiło się przyjemnie chłodno i deszczowo, na pewno turyści będą zachwyceni.  Prawda? 

Przeczytałam „Dziewczynę z konbini” (a ten japoński kryminał jeszcze męczę – morderstw jak na lekarstwo, za to dużo intryg wewnętrznych w policji, większość niezrozumiała, główny bohater też się męczy. Jaka męcząca książka!).

O SPANIU NA BOKU I KARTECZKACH

Od świętej Anki zimne wieczory i ranki – zawsze się sprawdza, niestety. Nie wiem dlaczego czuję się winna, że po moich imieninach lato się robi takie bardziej drugiej kategorii, bo nie ja sobie imię wybierałam. Natomiast komary w ogóle nie są przejęte, być może narzuciły maleńkie puchóweczki w pastelowych kolorach i nadal wieczorami napierdalają, aż miło. Kobiety w wieku rozrodczym są upierdliwe i niebezpieczne, niezależnie od gatunku.

Tymczasem przeczytałam artykuł o spaniu na lewym boku – że się powinno na lewym, bo narządy odpoczywają, a ja niestety śpię głównie na prawym. Więc nic dziwnego, że moje narządy są ciągle zmęczone (a ja wraz z nimi). Pożaliłam się N., który z kolei śpi na boku lewym – a on mi na to, że czytał artykuł dokładnie ODWROTNY. Że właśnie te lewostronne naczynia i wszystko inne powinno się odciążać i udrażniać i w tym celu spać na prawym! O królu złoty – czy te naukowce nie mogłyby być zgodne przynajmniej w JEDNEJ KWESTII? Nawet o spanie na boku muszą się pokłócić. Nic dziwnego, że ten świat wygląda tak, jak wygląda. 

Przed spaniem (na lewym boku) czytam aktualnie opasły japoński kryminał „Sześć cztery”, co mi go szwagier polecił. W takich książkach (o ile są dobrze napisane) zawsze najciekawsze jest tło kulturowe – i tutaj nie inaczej. Wspaniałe są jednozdaniowe wstawki dotyczące japońskiej kultury i obyczajów – na przykład, odsunięty od sprawy komisarz idzie porozmawiać z byłym współpracownikiem. Nigdy za sobą nie przepadali, ale on ma sprytny plan – mianowicie, jeśli przyniesie mu prezent, to tamten nie będzie mógł go wyprosić czy odprawić bez odpowiedzi, bo będzie zobowiązany upominkiem. I co niesie policjant policjantowi w prezencie? Paczkę makaronu udon. Czy to nie urocze? Lubię udon.

(A numer z prezentem to pamiętam, że koleżanka kiedyś nam obwieściła, że jeśli się kogoś nie znosi, to jest jeden sposób: trzeba mu / jej coś dać. Bo wtedy to tamta osoba ma u nas dług i my jesteśmy karmicznie wyżej. Bardzo to przewrotne.)

A wczoraj na szopingu kupiłam sobie WIELKI ZAPAS samoprzylepnych karteczek – akurat rzucili w Biedronce. To inwestycja z gatunku niezbędnych, bo z powodu sklerozy karteczki są artykułem pierwszej potrzeby i idą jak woda pod mostem na rzece Kwai. Chyba powinnam nosić je na szyi, jak bohaterka „Fortepianu”, bo czasem nie zdążę zapisać tego co powinnam zapisać, bo zapominam zanim znajdę karteczki. 

Co prawda staram się nie myślec o polityce, bo rehabilitacja po wylewach jest długa i bolesna, ale zastanawiałam się ostatnio – kim są ludzie, którzy oddają głos wyborczy na Ryszarda Czarneckiego? Ale nie jestem sobie tego w stanie wyobrazić.

O TYM, ŻE NIBY LATO, A JAKOŚ…

Taka książka jest, „Kobieta do zjedzenia” Margaret Atwood. Uwielbiam ją zresztą (a nawet je obie – i książkę, i Margaret). No więc gdybym teraz pisała książkę, to pod tytułem „KOBIETA DO NICZEGO”. Z tego prostego powodu, że się ostatnio do niczego nie nadaję. A w tle same jakieś gówniane afery się przewijają, no po prostu – chyba muszę się udać do jakiegoś fachowca, zdjąć klątwę. Albo przelać jajko. Albo już nie wiem co. (Jedyna dobra wiadomość – nie chce mi się jeść, co nie oznacza bynajmniej że chudnę, niestety, ale przynajmniej NIE TYJĘ jeszcze bardziej).

Na razie oglądam zaległe sezony „Veep”, szósty i siódmy (nie sądziłam, że Selina może być jeszcze gorsza – ahoj! Jest JESZCZE GORSZA, z odcinka na odcinek. A pomyśleć, że na tle prawdziwych polityków i tak jest kochaną puchatą maskotką). 

Huragan w Tokio to jedno; okazało się natomiast, że Japończycy nieco zbyt optymistycznie przedstawili warunki pogodowe w Tokio w lipcu, żeby ich wybrali. A w lipcu są u nich upały prawie jak w Madrycie plus ogromna wilgotność – na dodatek kochany komitet olimpijski oczywiście nie chce przenosić zawodów na jakieś ZNOŚNE godziny, no bo transmisje i kasa. Kto jest za tym, żeby utopić w końcu tych dziadów z NKOL-u w radioaktywnej wodzie z Fukushimy? Razem z dziadami z UEFA przy okazji. I większością krajowych działaczy sportowych. Naprawdę WSZYSTKO mi opadło, jak przeczytałam o karze dla dziewczyn z Norwegii za to, że nie chciały grać w piłkę we wrzynających się w pośladki gaciach. Czy naprawdę obecne czasy musi cechować najwyższy w historii wskaźnik ogólnoświatowego spierdolenia WSZYSTKIEGO co tylko możliwe? 

No. Więc taki mam nastrój ostatnio. Mało przysiadalny, chociaż niby lato. 

O RODZINIE, ĆMACH I AKRYLU

Dużo się działo w ciągu ostatnich dni w polityce domowej, której staram się nie śledzić, bo mózg mi od tego ropieje i lęgną się w nim glizdy. Ale niestety czasem się nie da – i tak oto dowiedziałam się, kto w rozumieniu przenajświętszego PIS jest rodziną, a kto nie jest. W sumie MAŁO KTO jest, okazało się (w kontekście zatrudniania w spółkach skarbu państwa, naturalnie). Na pewno nikt ze strony żony ani męża, w zasadzie tak na dobrą sprawę żona to też nie rodzina, bo przecież z rodziną się NIE ŚPI. Bo to przestępstwo. Dobrze wiedzieć, tak na przyszłość. 

Poza tym jestem bardzo dumna, bo zaczął mi świrować dźwięk w laptopie – przez jakąś minutę odtwarzania dźwięk był normalny, a później zaczynał brzmieć jak przez to urządzenie do zniekształcania, którego używają wszyscy mordercy seryjni. Słabo mi się robiło na myśl, że mój laptop miałby trafić w szorstkie ręce serwisanta (chociaż w sumie nie mam na dysku żadnych świństw ani kompromitującej historii w wyszukiwarce… no dobra, nie wiem dlaczego ostatnio wyświetlają mi się ZŁOTE SEDESY na Aliexpress, ale to tyle ekstrawagancji). Tak się zdenerwowałam, że wzięłam i go SAMA naprawiłam. (Tak naprawdę wystarczyło wyłączyć redukcję szumów tła i zresetować, ale halo, naprawiłam). 

Jest sam środek lata, winogrona już duże, upały sobie na chwilę poszły – i dobrze, zielenina ma chwilę oddechu. Za to mamy w ogródku (no i wieczorami w sypialni, bo przecież otwarte okna) straszne zatrzęsienie CIEM. Niektóre są wielkie jak pół dłoni – wiem, bo osobiście je łapałam do słoika. Plagi komarów to były zawsze, ale CIEM? Czy to ma związek ze zmianami klimatu? 

Ponieważ lekko znudziły mi się serwetki, to kupiłam kolorowy akryl i dłubię kocyk (wzór granny stripes – polecam, w ogóle nie trzeba patrzeć jak się robi). I mam dwa spostrzeżenia: włóczka akryl jest mięciutka i puszysta, a wychodzi z niej TWARDA DESKA. Fachowczynie od włóczek twierdzą, że akryl już taki jest – koleżanka jest zdania, że może z grubszym szydełkiem wyszłoby trochę bardziej miękko, ale już wiem, że akryl i szydełko niespecjalnie się lubią (na drutach trochę lepiej). Po drugie – mam osiem kolorów i każdego mi inaczej ubywa – ta sama włóczka, ta sama grubość, długość, waga kłębka. I nawet pod palcami czuć, że każdy kolor jest trochę inny w dotyku. Przypomniała mi się „Dama z jednorożcem” Tracy Chevalier, gdzie niewidoma Alienor sortowała wełnę według kolorów. Ale mimo wszystko – bardzo fajnie to wygląda. 

A i jeszcze jedno – NARESZCIE mam potwierdzenie od zawodowca: otóż pan Robert Makłowicz powiedział w jednym odcinku swojego programu, że szampan w kieliszkach typu flet traci walory smakowe. Noooo, od wielu lat to twierdzę! W ogóle nie przepadam za winem z bąbelkami, ale jeśli już – to absolutnie nie w wąskim kieliszku, bo wtedy dostaje się w nos kwaśnym CO2 i niewiele ponadto. Dobrze, że wracają szerokie kieliszki jak za czasów Gatsby’ego (no i nie znosiłam zmywać tych wąskich).

Zjadłabym smażone kalmary. I langustynki na patyku u Abuelo. Westch.

O PORANNYCH SPACERACH Z PIESKIEM

Kiedy pada, N. wyprowadza Szczypawkę z PARASOLEM, który nad nią trzyma – jak kamerdyner z obrazów Vettriano. Natomiast jeśli o mnie chodzi, to zauważyłam, że im bardziej kusą i wydekoltowaną mam piżamę, tym Szczypawka robi sobie dłuższy obchód ogródka podczas pierwszej toalety. Wszyscy sąsiedzi mogą sobie mnie sobie dokładnie pooglądać pod kątem mankamentów figury, a niestety też wstają wcześnie. Na dodatek jestem bez szkieł i chodzę zgięta w pół, żeby nie podeptać ślimaków. Nie mam im za złe, sama bym była pierwsza do oglądania takiego widowiska od rana na poprawę humoru.

Natomiast kupiłam za niewygórowaną cenę (to ważne, bo szaleje inflacja) „Lato nagich dziewcząt” Fleszarowej – Muskat – nie czytałam tego wcześniej, a to taka świetna książka na upały. Fleszarowa trochę taka polska Jackie Collins, a lata sześćdziesiąte były dość wyzwolone obyczajowo. No w każdym razie – dwa wieczory niezłej rozrywki. Ale! W całej książce na męskie kąpielówki mówi się per „pływki”. PŁYWKI? Nigdy w życiu nie słyszałam, albo to jakieś lokalne określenie, albo straszny anachronizm. Pływki. Hm.

No a w Świnoujściu (do którego i tak nie możemy pojechać, nigdzie kurde nie możemy pojechać chwilowo) podobno plaga komarów. Wiadomo, po deszczach – ale już czytałam, że lęgną się PO NIEMIECKIEJ STRONIE, natomiast przylatują gryźć do nas. Komentarze od tekstem też znakomite – jedynym logicznym wytłumaczeniem jest spisek Tuska z Merkel w tej sprawie. Merkelowa na pewno osobiście sprawdza komarom trąbki, czy na pewno ostre, żeby piły odpowiednio dużo słowiańskiej krwi – jestem o tym przekonana.

Z ciekawszych informacji to jeszcze taka, że zrobiono wieloletnie badania, z których wynika, że biustonosze wcale nie wpływają pozytywnie na jędrność biustu. Wprost przeciwnie, zwłaszcza w młodym wieku korzystniej jest chodzić bez stanika, bo wtedy się wytwarza więcej kolagenu. No i Gillian Anderson wrzuciła wpis o tym, że nienawidzi staników, zamierza chodzić bez i ma w dupie, co i gdzie jej zwisa. Bardzo mi się ten trend podoba, zwłaszcza w te upały, kiedy każdy dodatkowy gram tkaniny człowieka wkurwia, a co dopiero takiej obciskającej. UWOLNIĆ CYCKI!

I z tym optymistycznym akcentem idę płacić faktury za energię elektryczną, żeby ich szlag trafił (zwłaszcza, że dwa dni u nas nie było jednej fazy i kuchenka mi nie działała).

O ZAPACHU I NOMENKLATURZE

Lipa kwitnie i pachnie tak, że można się przewrócić. A jeszcze na dodatek pomiędzy kwiatkami zasuwa cała spółdzielnia pszczelarska i całe drzewo brzęczy – więc mam spektakl z gatunku światło i dźwięk plus wrażenia zapachowe. Rano otwieram okno, puszczam „I ciebie też” (jaki świetny kawałek!), słucham, wącham i przez trzy minuty jestem w raju.

A później piosenka się kończy, a ja sobie przypominam na jakim świecie żyjemy, kto nami rządzi i że trzeba posprzątać potop pod ekspresem do kawy. A nawet nie piję kawy!

Ponieważ nie możemy chwilowo nigdzie wyjechać z powodów różnych (N. taki zaganiany, że ostatnio pękło mu oko – dosłownie), to nadganiam lektury z kupki książek i nie tylko – i tak, najnowszy Żulczyk – świetne tempo, wciągający temat, ale na koniec się umęczyłam. Za to w końcu przeczytałam „Wierzyliśmy jak nikt” o AIDS w Chicago w latach 80-tych, do której się zabierałam jak pies do jeża, a czytała się znakomicie. A teraz sobie odświeżam Strugackich i czekam na kolejne odcinki „Sprawy idealniej” – żeby w dzisiejszych czasach wrzucać serial po odcinku na tydzień, to jest skandal. SKANDAL!

Z radosnych informacji z internetu: wiedziałam, że jest taki pająk, który się nazywa „zyzuś tłuścioch” – przeuroczo, prawda? No więc w tym tygodniu dowiedziałam się, że jeden grzyb (czy tam porost) ma na imię, uwaga, wrażliwi niech nie czytają – „maworek zwisający” (a jego kuzyn „pomarszczony”). Od razu przypomniał mi się pan nudysta na Fuerteventurze, opalony na kolor suszonej przekąski wołowej, który spacerował brzegiem morza w pełnym słońcu i faktycznie… MIAŁ. 

Dla ratowania gospodarki kupiłam japoński zszywacz bez zszywek. Wspaniały wynalazek, bo zawsze mi się zszywki zacinają, gubią albo są nie tego rozmiaru. A tu ciach – i już. No i apetyt mi krąży dookoła jednej takiej kiecki w Zarze, ale materiał dziwny – wiskoza z lnem. No to nie wiem jak ona się będzie zachowywać. Na razie poczekam.

O TYM, ŻE TRZECI KWARTAŁ!

Przepraszam uprzejmie, gdzieś mi zginęło pół roku. Wyskoczyło mi przypomnienie żeby zapłacić za śmieci za TRZECI KWARTAŁ i włosy mi dęba stanęły – jak to TRZECI KWARTAŁ? Nie, ja nie nadążam za tym wszystkim (światem, życiem i tym podobne). W dodatku N. się mnie pyta, kto to jest Sylwia Bomba. Smutne to bardzo, kiedyś wchodziłam na Pudelka i wiedziałam, who is who, a teraz – nic, pustka, echo w studni (ale że trzeci kwartał? Ratunku!…).

Drugi odcinek „Good Fight” – równie dziwny, jak pierwszy. Jednak wolałabym mniej filozoficznych rozkmin na temat otaczającej rzeczywistości (i bez odnośników do Harry Pottera), a więcej Diane i jej przygód ze składem sędziowskim. No chyba, że twórcy uważają, że nic już nigdy nie wróci do normalności – też mnie to podgryza i trochę się martwię. 

Przynajmniej popołudniami siedzę i celebruję lato – czyli tłukę komary i wyciągam insekty ze szklanki z wodą (lub winem, spójrzmy prawdzie w oczy). Ja nie wiem – w poprzednich latach mówiło się, że jest tyle robali, bo zimy lekkie i nie wymarzły. A w tym roku zima była porządna, z niezłym mrozem, a robali wcale nie ubyło! Chwilami wydaje mi się, że jest ich trzy razy tyle co zwykle – zwłaszcza mszyc (zeżarły większość tej róży, co się ucieszyłam, że odbija) i takich maleńkich muszek, mniejszych od owocówek, które człowieka GRYZĄ. Żeby się tego wszystkiego pozbyć, to musiałabym zamówić ze trzy cysterny pestycydów na nasz nie za duży w sumie ogródek. Więc jak to jest z tymi robalami? – zapytała, wynosząc w słoiku lśniącego czarnego żuka z przedpokoju (i ćmę z sypialni, i wielkiego komara, co wiedziałam jak się nazywa, ale zapomniałam, bo mam mgłę covidową).

No i namówiłyście mnie na to ratowanie gospodarki i kupiłam białe tenisówki. Moje poprzednie białe tenisówki przestały być białe, kiedy pojechały ze mną na jakiś wyjazd, gdzie głównie lało i chodziłam po kostki w wodzie i zostały szlachetnie spatynowane błotem. I już PRAWIE zamówiłam kolejną kieckę – na szczęście była z poliestru i uratowałam kawałek planety (ale ukatrupiłam kawałek gospodarki – jakie to wszystko jest trudne i skomplikowane).

Zadania na najbliższy tydzień: a) przetrwać, b) nie oszaleć, c) zjeść fasolkę szparagową.

O LAJF KOŁCZU I NIEŚMIAŁEJ NADZIEI

Siedzę sobie któregoś popołudnia, nie wadząc nikomu, czekając na burzę czytam na Reddicie o niewyjaśnionych zniknięciach i nierozwiązanych zbrodniach, aż tu nagle KTOŚ ZAPUKAŁ DO OKNA za moimi plecami. Matko jedyna, jak wrzasnęłam! Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam o milimetry, MILIMETRY od zawału.

I zupełnie niczego nie zmienia fakt, że był to N., który akurat sprzątał taras. I TAK PRAWIE MIAŁAM ZAWAŁ. 

A w ogóle to miałam napisać o tym, jak Zebra znalazła lajf kołcza, ale oczywiście zapomniałam, bo mam ostatnio dziury we łbie większe niż ementaler. Nie wiem, czy to skleroza osobnicza, czy postcovidowe, czy po szczepionce (oprogramowanie mi się nie apgrejdowało, chyba w mojej dawce nie było tego obiecanego chipa! A już miałam nadzieję, że będę się łączyć z GPS-em i zacznę mieć orientację w terenie, a tu dupa!). No ale dobra, póki pamiętam, bo znowu zaraz się zgubię we wstępie i nie dobrnę do meritum.

No więc Zebra ma sąsiada takiego jednego, sól tej ziemi powiedziałabym z opisu, któremu życie upływa na wycieczkach do sklepu cztery razy dziennie, za każdym razem po piwo. Kilka piw, bo nie przesadzajmy, żeby taki kawał iść po jedną butelkę (czy tam puszkę). W zasadzie to on wrósł w krajobraz jak taki lokalny zegar słoneczny, typu „O,  idzie trzeci raz, znaczy muszę psom sypnąć i wodę na makaron wstawić”. Takie klimaty.

No i któregoś dnia Zebra wyjeżdża w okolicach siódmej rano do roboty, wysiada zamknąć bramę i akurat idzie sąsiad z pierwszą tego dnia dostawą. I mówi dzień dobry, no to Zebra odpowiada tym samym.

– Co, do roboty?

– Ano do roboty.

Na co sąsiad pobrzękując reklamówką:

– A TO NIE LEPIEJ ODPOCZĄĆ?…

Jak mi o tym opowiadała, to mówi – i tu aż się zamyśliłam. Bo jadę kilkaset kilometrów w jedną stronę, parę godzin spotkania, wracam, będę w nocy. I tak prawie codziennie. A tu proszę, jaka piękna recepta na bezproblemowe życie – nie lepiej odpocząć? PEWNIE, ŻE LEPIEJ – leżeć od rana na tarasie, żłopać piwo i bekać. Dlaczego człowiek taki głupi jest i SAM na to nie wpadnie? – więc trzasnęła bramą i wróciła do domu, położyła się na tarasie z piwem i bekała cały dzień.

To znaczy nie, oczywiście że nie. Wsiadła samochodu i zrobiła te kilkaset kilometrów. Ale stwierdziła, że chyba sąsiada mianuje swoim lajf kołczem, bo niezwykle jej swoją filozofią życiową zaimponował. 

No i przyszły burze i trochę się ochłodziło, u nas na szczęście bez zniszczeń, ale nie wszędzie było tak różowo, z tego co widziałam. Ech.

Jest pierwszy odcinek nowego sezonu „Good Fight” – DZIWNY. No ale powiedzmy sobie szczerze – czasy też były dziwne i trudno byłoby niektóre tematy tak po prostu zignorować albo przemilczeć. No nie wiem. Czy to znaczy, że nie będzie Marissy? Nie zgadzam się, żeby nie było Marissy. I za mało Diane (Diane czekająca na wyniki wyborów mnie znokautowała).

W Hiszpanii znieśli maseczki na zewnątrz. Zakiełkowała mi nadzieja na, odpukać, wizytę w tapas barze. Stęskniłam się, że o matko.