Nie znoszę, kiedy N. kupuje grube, kolorowe periodyki, bo przegląda je w 10 minut, a później zalegają na wszystkich możliwych powierzchniach płaskich i nie ma co z nimi zrobić (lakierowany papier się nie pali w kominku, a skupy makulatury kapitalizm zlikwidował). Więc on je przede mną chowa, jak kupi. Ostatnio nie zdążył i już nabierałam powietrza w płuca, kiedy rzekł:
– Nie krzycz! Pismo o sztuce kupiłem!
Patrzę i faktycznie.
„Sztuka wędkowania na sztuczną muchę”.
Muchy notabene pojawiły się, owocówki, wyciągnęłam już kieliszka z winem tegoroczną debiutantkę.
W ogóle nic mi się nie chce coraz bardziej oprócz pierdolnąć to wszystko i wyjechać gdzieś daleko i samej – just my rifle, my pony and me. Ale na szczęście dziewczyny przyjeżdżają na weekend. I chłopaki, ale pfffffff, kogo obchodzą chłopaki, jak są dziewczyny. Będziemy oczywiście ćwiczyć aerobik (i pokazywać sobie cycki).