ZMIANA DIAGNOZY

 

Ponieważ przyroda zachowuje się nielogicznie, to ja tez będę. Postanowiłam, że nie mam Aspergera, tylko schizofrenię bezobjawową. Tak będzie śmieszniej.

 

Namawiam N., żebyśmy kupili sobie Humvee na dojazdy do pracy. Koniecznie model z wieżyczką strzelniczą. On za kierownicą, a ja na wieżyczce będę wrzeszczała „Spierdalać! Spierdalać! Spierdalać!” i strzelała do tych co się pchają z pasa do skrętu. Przedstawiłam ten biznesplan N., który chwilowo nie udzielił mi jednoznacznej odpowiedzi.

 

Nowy King jest… Strasznie gruby! Chyba grubszy, niż „Bastion” (a nawet grubszy niż ja!). Początek bdb. Ale chyba nawet Hanka go nie wtryni to torebki; jest absolutnie NIEMOBILNY, nie mogę go czytać na kanapie, bo ręce mi mdleją i musiałam się przenieść do stołu.

 

Mam na dzis dośc przerażający horoskop:

 

„Unikaj dzisiaj takich nastrojów, które mogą stać się przyczyną nieporozumień. Dyskusje ze zwierzchnikami na tematy zawodowe nie wróżą nic dobrego. Nie zaniedbuj swoich obowiązków i bądź wyrozumiały dla mniej aktywnych. Zanim coś powiesz, policz do dziesięciu. Do każdej sprawy podchodź bez zbędnych emocji. Skorzystaj z dobroczynnych właściwości aromaterapii”

 

A spadajcie!

Miałam pracowac, ale skoro tak, to idę czesać sklepy obuwnicze.

 

MIŁA DOMOWA SOBOTA



Jako, że mój małżonek nareszcie skompletował kable i dokonał wczoraj CUDU podłączenia 7.1 na półpiętrze, i oglądał sobie ostatnie Bondy, to uciekłam z komputerem do biblioteki. Drzwi stłumiły co prawda większość ryków, od których bolały mnie uszy, ale i tak wszystkie ściany i podłogi, i moje flaki, nadal odbierały niskie tony. Gdybym przewidziała taki postęp techniczny, to jednak uparłabym się, żeby zbudować dom na piwnicach, przynajmniej miałabym teraz gdzie się podziać, kiedy N. dopadnie atak kinomanii.

W dodatku w tej bibliotece nadal odbierałam maile, Ewa znalazła jakiś super portal z przepisami i trzaskała co chwilę wiadomości w stylu „Basia Basia! Znalazlam ci przepis na DŻEM BEKONOWY!” albo „Pa to! LODY O SMAKU SZPROTA! I SER Z LUDZKIEGO MLEKA!”– i weź się człowieku SKUP! (Lody niekoniecznie, ale dźemu bekonowego bym spróbowała, tylko że chyba bez czekolady jednak).

Natomiast obejrzeliśmy „Hurt Locker”. Noooo. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś JAKIKOLWIEK film o wojnie zrobi na mnie wrażenie. Naprawdę, słusznie dostała te Oscary, sory Cameron, lubię cie, ale w obliczu TAKIEGO filmu twoje niebieskie ludziki z ogonami, nawet wypukle, trochę wysiadają. Zakończenie (tj. uzasadnienie, te sceny z jego prywatnego zycia) raczej takie sobie – bo błagam, który facet potrzebuje wytłumaczenia, że woli być w PIEKLE, byleby tylko nie pomagać w zakupach czy sprzątaniu. Kolejny dowód na to, że jak się baby biorą za kino, to nie ma wiadomo czego w wiadomej lokalizacji.

Śnieg pada, dobrze, że mam od Hanki tego McCarthy na pocieszenie, dała mi go ze słowami „Weź go sobie poczytaj, to jeszcze większy psychopata, niż ty, spodoba ci się”.

A ja wcale nie jestem psychopatką, tylko mam Aspergera. Jak House.

SWIETNIE WAM IDZIE BEZE MNIE


Nie wiem czy powinnam się wtrącać (polityk by powiedział – wtrancać) w tak pieknie rozwijająca się dyskusję.

Nie nie nie, a skąd, łucznicy w ogóle nie pili alkoholu, przecież to sportowcy (zawsze mówiłam, że uprawianie sportu jest bez sensu), tylko ja jak zwykle zrobiłam z siebie Widowisko („Honey… Don’t make a German spectacle of yourself”).Wieczór był bowiem piękny, choć mroźny, nad Zamościem świecił księżyc, szumiały jodły, wyły wilkołaki, że aż żal było kłaść się spać. Co zresztą było az nader widoczne następnego dnia (w moim przypadku).

Nadal najchętniej owinęłabym się w koc z głowa włącznie i nie ruszała, ale nie ma tak lekko. Weszliśmy w rok tygrysa, przypominam. Wszystko dookoła zmusza człowieka do działania i nie ma czasu na gnicie. Moje lenistwo musiało się trochę usunąć na bok (acz nadal ma się świetnie).

(Kocham, po prostu KOCHAM wywiady z kobietami, które na pytanie „A jakie są pani największe wady?” odpowiadają „Noooooooo więęęęęęęęęc… Moją największą wadą jest to, że jestem taką perfekcjonistką oraz pracoholiczką” – wszystkie tak odpowiadają, jak jeden mąz, zauważyliście? Szkoda, że jestem za leniwa, żeby chciało mi się je kopnąć w dupę).

Ikea łaskawie opuściła warsztat (acz nie bez przygód, od razu za bramą zapaliła zieloną diodę i trzeba było na gwałt wracać i sprawdzać, co to oznacza, bo może np. „przygotuj się na katapultowanie fotela kierowcy” albo „właśnie zgubiłam silnik, cieszysz się?”) i stoi teraz pod wiatą, cała obrażona. Oczywiście, że trzeba do niej kupić części. Podobno ostatnie dwie, jakich jeszcze nie miała wymienionych (poprzednim razem też to słyszałam, i jeszcze poprzednim, i wcześniej też). N. nadal się odgraża, że jeszcze jeden przymusowy postój i zrobi z niej światełko do nieba.

Nerka mnie szarpie; podejrzewam węgorzycę.

A wczoraj był dzień psa.

CAŁA PRAWDA O ŁUCZNICTWIE

Trochę umieram na zawodach łuczniczych w pieknym Zamościu, zwisam z plastikowego krzesełka

(dlaczego byłam PEWNA, że Zamośc jest koło Wroclawia???)

…albowiem mają tu na ryneczku taki bardzo fajny lokal, w którym podobno jest 67 gatunków wina. Wydaje mi się, że wczoraj spróbowalam co najmniej 65 z nich.

Nigdy. Never. Ever. NIE PIJCIE z łucznikami.
Ani z klasycznymi, ani z bloczkowymi.

NISKA EMISJA

Uroki mieszkania na wsi: przegląd zapachów z kominów sąsiadów. Kolejny powód, zeby kochac zimę.

– Weź głeboki wdech – mówi mi tatuś – bo sądząc z aromatu, sąsiad napalił w piecu skunksami.

Wzięłam, ale nie wystarczył. Choć moim zdaniem nie było tak źle.

Zwyczajna padła kura, która się przeleżała kilka dni.

KTO CIEKAWY, NIECH WSADZI NOS DO CAVY


Diabli nadali takie powroty, TAM już jest połowa maja, normalnie siedziałam w knajpie na placu, sącząc koka kole z lodem, niektórzy (lekko walnięta młodzieżowa druzyna rugby, to fakt) chodzili w krótkich spodenkach i klapkach. Dajcie spokój w ogóle. Nawet jak padało, to była cudowna wiosenna ciepła burza z piorunami. 

Dzięki zakichanym francuskim kontrolerom lotów samolot nam się spóźnił godzinę i wylądowaliśmy w hotelu po dwudziestej drugiej. Myslałam, ze od razu padnę spać, ale wyszliśmy jeszcze na jedno wino i co? I okazało się, ze wylądowalismy w samym środku imprezy! W knajpach nie ma gdzie szpilki wsadzić i skończyło się na włóczeniu do pierwszej rano. W domu o 21 jestem już w łózku, zaznaczam. Ale tam nawet powietrze inaczej pachnie i po prostu CHCE się żyć.

Odkryciem wyjazdu jest Mercado de San Miguel – chyba był w remoncie, bo dotychczas tam nie trafiliśmy, a to jest raj. Stoiska z najlepszymi rybami, serami, owocami i winem, pośrodku blaszane stoły, gdzie można spożyć kupione specjały i wino, albo po prostu wziąć kieliszek, spacerować i oglądać. Akurat jest sezon na ostrygi, N. połknął kilka galicyjskich, wielkich jak spora dłoń. Są i francuskie, ale w porównaniu z galicyjskimi to drobnica, i to mniej smaczna. Francuskie chodza po jedno, góra półtora euro za sztukę, i to te największe, w Paryżu te mniejsze są po sześć.

Człowiek zacznie dzien kieliszkiem albo dwoma cavy, kanapeczkami z puree z dorsza i anszują, i od razu świat jakis taki powiedziałabym bardziej przystępny.

Za któryms razem do naszego stolika przyłaczyła się grupa tak na oko 60-paro latków, Hiszpanów miejscowych, przyszli na aperitif. Przywódca grupy pyta:

– Co pijecie? Pedalski wermut czy zamówić wam czerwone wino?

Zafascynował mnie temat migracji kieliszków. Widuje się mianowicie ludzi, którzy biora w knajpie kieliszek z winem i idą z nim w obchód. Oczywiście, ze nie zrobią z kieliszkiem nie wiadomo ile kilometrów i to szkło krąży pomiędzy knajpami będącymi w pobliżu, ale i tak ciekawa jestem, jak oni się później rozliczają z tych kieliszków (N. twierdzi, ze jestem nienormalna, że w ogole się zastanawiam nad takimi głupotami). U nas by po pierwsze aresztowali za spozycie na ulicy, a po drugie – za kradzież naczynia z knajpy. A tam chodzą i jakoś świat się nie skończył.

No ale już jestem w kraju i wszystko wraca do równowagi, dziś o mało wiatr mi łba nie urwał, a spac pójde chyba o 19.30, tak jest obrzydliwie.

Koniec balu, panno Lalu (jak mawiał mój dziadek).

Na przywitanie w kraju ojczystym dostałam od Hanki taki oto wic o świniach:

Stoją dwie świnie w kolejce do rzeźni i jedna mówi do drugiej:
– Uspokoisz się? Przestań, ty wszędzie węszysz jakis podstęp!


 

NAGŁY I NIESPODZIEWANY ZRYW TEMPERATURY

Oczywiscie, jak już mam ten weekend w Madrycie, to u nas UPAŁ.
A tam podobno dla odmiany leje.

Prosze mi w tej chwili obiecać, że:
– Cuddy zerwie z Lucasem
– wróci Cameron
…bo się rozpłacze albo wstrzymam oddech.

(Zauważyłam, że scenarzyści House’a nie przepadają za małymi chłopcami. Jeśli w charakterze pacjenta pojawia się mały chłopiec, z duzym prawdopodobieństwem będzie za chwilę krwawil z odbytu).

Bardzo mnie dziś rozbawiła rozmowa z Ewką, ktora po iluś tam miesiącach ( latach?) napiła się zwykłej kawy z kofeina i bardzo to dzis przeżywała. Ja w ogóle nie piję kawy, więc nie rozumiem, o co ten hałas.
– Jak to, nie pijesz kawy? To co ty robisz, jak ci się chce spać?
– Śpię – odpowiedziałam.

A to nie jest oczywiste?…

To lecę.

KULTURA W CZASACH ZARAZY

 

Zaczynam trzeszczeć. Hanka mówi, że to rośnie mi chitynowy pancerzyk od tych wszystkich gripexów sripexów. Niewykluczone, a nawet dośc prawdopodobne (na tera flu jakis geniusz marketingu napisał, że po rozpuszczeniu w gorącej wodzie otrzymamy AROMATYCZNY napój; niektórzy mają bardzo dziwne pojęcie o aromatach, zaprawdę).

 

Książka Mary Roach „Duch” – przednia. Najbardziej rozczulił mnie rozdział o emitowaniu ektoplazmy. Wiele zostało wyjaśnione, na przykład, dlaczego medium bywały zwykle kobiety i skąd wydobywały ektoplazmę (w postaci wielkich płacht materiału lub owczej przepony). Bardzo spodobał mi się też „Elektrograf niechęci między dwiema parówkami” oraz ciekawość krów. Podobno jeśli się podejdzie do krowiego stada, krzyknie i położy na ziemi, to wszystkie krowy przybiegną nas obejrzeć. Wypróbuje to, tylko niech się nieco ociepli.

 

„Studio 60” świetne (za napisy do polskiej wersji dystrybutor powinien mieć zrobiony elektrograf niechęci pomiędzy własnymi cojones). Szkoda, że tylko jeden sezon. Dziewczyna – delfin rządzi.

 

„United States of Tara” – wow. Cukiereczek potrafi, trzeba przyznać. Tylko czy Chris o poranku mógłby choc raz w zyciu zagrać kogoś innego, a nie znowu bardzo dobrego, kochanego, ciapowatego faceta, dręczonego przez psychopatkę? I nie, pół-Indianin na Alasce się nie liczy.

 

Głębszych refleksji nie będzie, bo mi w zatokach chlupocze.

 

NA KAŻDEGO PRZYJDZIE JEGO ZARAZ


Dopadły mnie.

Tera flu na zmiane z herbata z miodem i śpie (bo ja musze zawsze wyspać chorobę).

Nie daje rady czytac nawet nowego Dana Browna. Doszłam do momentu, kiedy okazalo się, że sprawy bezpieczeństwa narodowego Junajted Stejts of Amerika spoczywają w rekach kruchej i prawie łysej Japonki z poderżniętym gardłem i odpadłam. Masoni masonami, ale poziom leonowiśniewszczyzny mnie lekko przybił (do wrót stodoły).

Co jakis czas budzi mnie potworny rumor – to śnieg zjeżdza z dachu. Za pierwszym razem o mało nie nacisnęłam panic button, zanim do mnie dotarło, że włamywacze raczej pracują po cichu, a nie udają lawinę, żeby odwrócić uwagę od przykrego faktu bycia rabowanym.

Oddalam się kontynuowac eksperyment optymalnego stężenia tera flów w organizmie ludzkim, otłuszczonym.

O TYM, JAK CALE ZYCIE JESTEM NIEDOCENIANA (PRZEZ SIKORKI)

 

Nie ma to jak przejechać 600 km po czarnej drodze, po czym zakopać się przed własną osobistą bramą, nes pa?

 

Przydałby się na taka pogodę jakiś duży samochód z napędem na cztery koła.

Ależ chwileczkę. Chyba nawet mamy taki samochód, tylko że… W warsztacie! Hej! Od dwóch tygodni!

(Już naprawdę nie wiem, jak z nią rozmawiać. Napluć do baku czy kupić nowe… NOWE CO? BO JUŻ WSZYSTKO MA NOWE!!!!…)

 

Widzieliśmy po drodze tyle saren, ale to TYLE saren, które biedne, głodne, wyszły na pola szukac jedzenia, że to az nieprawdopodobne. Nie widziałam dotychczas STADA saren. Dwie, trzy, cztery to już był ewenement. A tu – STADA, całe stada na polach, biedactwa. Natomiast jakos nie widziałam zadnego ekologa, który by je przyjechał nakarmić. W sumie sarny zazwyczaj nie biegają z portfelami, więc co to za interes. Lepiej się przykuć w obronie ślimaka białouchego w bogatej gminie, albo stanąc w kolejce po szmal z emisji CO2.

 

W Świnoujściu tradycyjnie pojechaliśmy na zakupy do Niemca. To jest strasznie fajne, że my jeździmy do nich na zakupy, a oni do nas, i obie strony uważają, że zrobiły świetny interes. Aż trudno sobie wyobrazić, że kiedys tak NIE BYŁO. I żeby kupić sobie mrożone precle, jogurt rabarbarowy, sałatkę kartoflaną albo te fajne kwaśne napoje Linee, musiałabym stac w kolejce na granicy czy przechodzić rewizje osobistą. No i mieć paszport (Chryste Panie, musze złożyć wniosek paszportowy).

 

No i u Niemca mieli coś bardzo fajnego: wydrążonego kokonuta, ściętego z trzech stron, tak, że ma trzy okrągłe okienka, wypełnionego tłuszczem zmieszanym z ziarnkami. Kupiłam naszym sikorkom takiego, niech się wypowiedzą, czy podoba im się taka forma konsumpcji. Jak zjedzą, to można tam napchać nowa porcję, natomiast w zyciu by mi się nie chciało piłować kokonuta.

 

Na razie (informacja z wczoraj) nie chcą tego jeść. To ja im wprowadzam powiew egzotyki w ich monotonne życie, a one co? Tylko słonecznik i słonecznik! Zadnej wdzięczności, naprawdę. Już ja was przegłodzę, wy małe pierzaste dranie.

 

N. dzis rano wpadł w nastrój filozoficzny i wspominał pewne PRL-owskie zjawisko, mianowicie kartkę „Przyjęcie towaru”. Bardzo to było osobliwe, bo kartka wisiała na drzwiach sklepu czasem i cały dzień, a towaru jakoś przez to nie przybywało. Następnie wraz z transformacją systemową, kartka zniknęła.

 

Za oknem facet odśnieża dach kościoła.

Proszę mi nie pisac w komentarzach, jak ktos lubi zimę. Lubcie sobie, ale nie piszcie tego na głos, bo naprawdę jeszcze ze dwa – trzy dni i wybuchnę. Na tyle oceniam mój zawór bezpieczeństwa.