ŻE TAK POWIEM

 

Żeby nie było nudno, to w najgorszy możliwy weekend zimy mój mąz postanowił powiesić zasłonki w Świnoujściu. Nic to, że mamy do przejechania 600 kilometrów, a snieg non stop jak te dzwony w kosciele na Ursynowie od 6 rano, za przeproszeniem. I nic to, że ma gorączkę i katar jak smok.

No więc pojechaliśmy, albowiem nie ma na świecie siły, która pokrzyżowałaby plany mojego męza.  


W związku z czym jesteśmy nad morzem. Morza nie stwierdziłam – byliśmy tam dziś na chwilę i mam smutną wiadomośc – morza nie ma. Widziałam jamnika, który bardzo nie chciał spacerować po białym gównie, w związku z czym jechał na czterech łapach, ciągnięty na smyczy przez pańcia. Ja identycznie, z tym, że na dwóch łapach. Bardzo miło chodzi się wykopanymi w śniegu tunelami, siegającymi klatki piersiowej.

W dodatku katar N. zaczyna przełazic i na mnie. Wziąwszy pod uwagę, że bakterie, które dały radę zmóc N. musza być minimum wielkości dżdżownicy i mieć uciąg około 15 ton, nie jest to nic przyjemnego. Łupie mnie w głowie i kicham.  


Jadłam całkiem smaczne pierogi w Karczmie Polskiej, a byłoby jeszcze milej, gdyby podano mi je na talerzu bez tej wody, w której się gotowały.

 Zastanawiam się, czy damy rade stad wyjechać przed 17 kwietnia, bo właśnie wyjrzałam przez balkon i ZGADNIJCIE, CO! NIESPODZIANKA! SNIEG PADA!!!  


AAAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.

DO CATS EAT BATS?

 

Od dawna wiem, że głowę mam nie od parady, tylko od tego, żeby mnie bolała. Głowa mnie boli dość często, bo to całkiem niezła głowa, a – jak wiemy – dobra głowa dużo boli. Zimą jakby nawet częściej. Więc jadę na solpadeinie. To najlepsze lekarstwo na ból głowy stworzone przez człowieka, z jednym maleńkim zastrzeżeniem: jest ohydne. Jest TAK ohydne, tak wstrętne, że… Ze właściwie nie wiem, co. Jak mawia klasyk – „na samą myśl, że mam wypić solpadeinę, drętwieje mi cały ryj” – i to jest dość łagodnie ujęte.

 

Ale jak już się człowiek przełamie, to ho ho.

 

Trzy solpadeiny i zaczynamy Jezioro Łabędzie. Ja w roli jeziora.

 

Ostatnio nawijałam dziewczynom, że znacznie wzrosła moja ocena Wilsona po obejrzeniu materiałów dodatkowych. Ten aktor ma potencjał, a pokochałam go kiedy w wywiadzie powiedział „Wiecie… ja nie lubię pracować. Kiedy czytam skrypt i jest mało Wilsona w odcinku, to się cieszę, bo wolę spać i czytać, niż udawać kogoś innego”. Wszyscy pozostali opowiadali oczywiście, jak się zabijali o rolę i jakie to dla nich wielkie szczęście i zaszczyt. A on sobie siedział w spranym tiszercie, w okularkach, znudzony, i nabijał się z Cuddy. Miał swoje momenty, na przykład w odcinku o chłopcu z brzydką bulwą na czole, kiedy opowiadał ekipie TV o tym, ze House jest praktykującym wiccanem. Porwanie gitary było niezłe, ale generalnie Wilson to mazgaj.


Widzę, że w szóstej serii scenarzyści postanowili go docenić. Nie będę spojlowac, ale… „Gregory House. Will you marry me?”.
 


Natomiast “Paranormal Activity”?… Świetny film, naprawdę znakomity, zwłaszcza, jak się później idzie w nocy do łazienki. Powinno się tarzać w smole i pierzu tych, co to rozpowszechniają i każą ludziom oglądać. Zdecydowanie.

 

CZY TO NORA BYŁA TAK GŁEBOKA, CZY ALICJA OPADAŁA TAK POWOLI

 

Nudą mi tu zionie, za co serdecznie przepraszam. Ale co mam pisać?… że planuję ucieczke do Argentyny z młodszym o 15 lat kochankiem (barmanem, kelnerem, mechanikiem samochodowym)? Nie planuję. Może, może jakies 10 lat i kilogramów temu. Dziś jestem starą, leniwą suką, w dodatku odzywiającą się zimną wczorajszą pizzą. Nie wiem, dlaczego jedzenie wstrętnych rzeczy mi pomaga na duszę. Faktem jest, że pomaga, może dlatego, że odwraca uwagę. Coś w stylu lewatywy, odwracającej uwage od depresji. Niemniej jednak każdy jest zobowiązany mi się wtrącać w moje zatłuszczone tekturowe pudełko i oświadczać „Ty jestes NIENORMALNA!”. No i?… Przynajmniej jestem po cichu nienormalna, nie wspinam się na drzewa i nie skaczę z nich na ludzi. Może dlatego, że nie przepadam za ludźmi.

Przeczytałam świetna książkę „Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków”. Dawno tak nie wsiąkłam w literaturę popularnonaukową. Autorka ma świetny styl, mnóstwo humoru i autoironii (no ja wiem jak to brzmi, humoru w książce o zwłokach, ahahah, ale naprawdę w DOBRYM stylu, choć TRUDNO to przyjąć na wiarę). Wymiękłam dwa razy: przy obrażeniach ciał ofiar wypadków samolotowych (okej, zrzucajcie sobie zwłoki na szybę samochodowa z szóstego pietra, ale ci ludzie ZYLI, kiedy ich samolot wpadał do oceanu, więc to NIE JEST to samo, jego mać!) oraz przy operacjach przeszczepiania drugiej głowy psom (ludzie to masakryczne mendy, wykręcające się koniecznością postępu naukowego). A poza tym nic mnie nie ruszyło, nawet biznesmeni przyjeżdżający do Chin z termosem na ludzkie embriony, ponieważ zalecono im taką własnie obfita w embriony dietę na chore kolano.

Gdy piszę te słowa, za oknem łagodnie prószy śnieg. A ja łagodnie się zastanawiam, czy jeśli zaraz, teraz, o siódmej rano, wypije butelkę wódki, CAŁĄ, to przestanie mnie to WKURWIAĆ.

 

TEZ WYMYSLILI – MIRIAM

 

Wczoraj świstak Phil przepowiedział, że zima potrwa jeszcze co najmniej sześc tygodni.

 

Żałuję, że mnie tam nie było, jak świstak Phil wysuwał pyszczek ze swojej norki. Naprawdę żałuję, bo wzięłabym ze sobą Szczypawkę. Która by się zajęła świstakiem Philem na tyle skutecznie, że nie miałby szans powrotu do norki, ani po to, żeby przedłużać zimę, ani w ogóle po nic innego. Już nigdy.

 

Śnieg prószy! Bo dawno nie prószył, nie?

 

Na ten widok SAMA mi się otwiera strona z nagłówkiem „Połączenia z Madrytem”. Niestety brakuje opcji „NATYCHMIASTOWE połączenia z Madrytem – przenieś mnie, Scotty”.

 

Podawanie obwodu tyłka w calach jest dość stresujące, ale nie aż tak, jak w centymetrach. W centymetrach mi nie przejdzie przez gardło (ani przez palce). Niemniej jednak, mam ochotę iśc do jakiegoś urzędu, pierdolnąć stosem papierów o ladę i zrobić awanturę, że co to w ogóle do cholery jest? Że ja sobie NIE ZYCZĘ, wcale nie mam TYLU lat, TYLU centymetrów w biodrach i TYLE nie ważę, to WY moi państwo macie jakiś koszmarny burdel w systemie, budowanym za moje podatki i natychmiast ma to zostać naprawione, bo jak nie, to poproszę z kierowniczką.

 

Mierzenie obwodu było zresztą bardzo zabawne. Zebra mi kazała. Żebra to mały kategoryczny uberfurerek, jak cos każe, to nie ma że boli. „Jak mam ci zamówić sukienkę, to zmierz sobie dupę i mi przyślij, ile wyszło”. Więc ja w lament. Ona niewzruszona – albo rozmiar, albo nici z tekstyliów. Dobra. Proszę w domu „Daj mi jakąś miarkę, musze się zmierzyć w biodrach”. Dostaję dwie – jedną drewnianą, składaną, a drugą z metalowej taśmy. Już raz prawie sobie obcięłam palec taka metalowa taśmą, więc robię drakę – znajduje się parciana taśma z kołkiem do wbijania w ziemię, ale dobre i to. Kilka dni później opowiadam to ojcu, jako taki nasz mały małżeński żarcik („Uwielbiam te małżeńskie parten gardy!”), z podtekstem „mój mąz zachowuje się czasem jak bezmózgi krocionóg”, po czym mój ojciec robi minę, wyciąga z kieszeni sznurowadło, mierzy się nim w pasie i przykłada do sztywnej, drewnianej miarki. W sensie, że kto tu jest bardziej bezmózgim krocionogiem. Nieee, z nimi człowiek nie wygra. Nie ma sensu nawet próbować. To jest obca rasa. Niby udomowiona umożliwia życie w symbiozie, ale pod ściśle kontrolowanymi warunkami. Zycie z mężczyzną można porównać do pilnowania stale kipiącego garnka z makaronem, do którego ktoś wrzucił stanowczo za dużo makaronu.

 

Nadal porastam galaretą, ale skoro nic nie mogę na to poradzić, to postanowiłam, że będę z tego dumna.

 

NADAL NIEZBYT

 

Jest dupnie i nie będę udawać, że nie jest.

 

Mam taką refleksję, że zjedzenie kurczaka red curry sprzed dwóch dni nie przyczynia się bezpośrednio do wzrostu ogólnego dobrobytu jednostki, a nawet przeciwnie.

 

Dlaczego nikt mi nie powiedział, że Brad się rozstał z Angeliną?

 

Porastam galaretą, drogi pamiętniczku. Co robić?…

 

NIE CHCE MI SIE WYMYSLAĆ

 

W normalnych okolicznościach zima mnie dołuje, a co dopiero.

 

Leżę w piżamie i polewam się syropem klonowym; od czasu do czasu mam ochotę złapac wielką łopatę do odśnieżania, metalową, stanąć na najbardziej zatłoczonym skrzyżowaniu i tłuc wszystkich po głowach.

 

Na szczęscie dotychczas zwycięża piżama. Nie mam sily się złościć. Nie w taki mróz (na cmentarzu musiałam na chwile zdjąc rekawiczkę – nooo!… Doświadczenie z gatunku GRANICZNYCH).

 

Dostałam pierwszą walentynkę.

 

A generalnie to chwilowo kiszka z wodą.

 

(Oczywiście, że psy się kocha z wzajemnością; a nawet ta wzajemność wyprzedza nas o setki kilometrów. Mokre nosy i szczęśliwe ogony to jest to).

NASI MILUSIŃSCY

 

Snia mi się straszne rzeczy, chodze później taka niepozbierana (wiem, wiem, jakbym miała szóstke dzieci, męża pijaka i robote na szóstą rano to bym nie miała głowy do takich FANABERII, wiem).

 

W zyciu z czasem dochodzimy do różnych wniosków, my ostatnio odkryliśmy, ze nasz ukochany Olaf Skurvensson jest kobietą (o imieniu IKEA). Bo jest piękna, wiele się jej wybacza, wydaje na nia mnóstwo szmalu, a ona i tak zachowuje się irracjonalnie.

 

Oczywiście, że znowu się popsuła. Ale jak!

 

Jeździła, jeździła, wszystko w porządalu, została wstawiona pod wiatę, postała grzecznie dwa dni i przeszła jakieś załamanie nerwowe z powodu odrzucenia, bo przy próbie wyjazdu okazało się, ze NIE MA TYLNEGO BIEGU.

 

Tak po prostu. Było, nie ma, jak w tzw. przysłowiowym ruskim cyrku.

 

Faceci się tak nie zachowują – takie akcje BEZ OSTRZEŻENIA.

 

Ponieważ jakby z wiaty nie ma możliwości manewru DO PRZODU i jedyna droga wyjazdu wiedzie DO TYŁU, to N. się okropnie wściekł. Strasznie. Pierwszy raz takie rzeczy mówił na nią. Ze przegięla, że to już koniec. Że podpali, podłoży bombe, rozjebie na kawałki i wywiezie na złom. Takie rzeczy mówił normalnie. Az mnie dreszcze przeszły, bo tak źle między nimi jeszcze nie było.

 

Z drugiej strony – wywlec takie bydlę bez wstecznego, w dodatku oczywiście w śniegu po pas, to jest lekki zonk.

 

W aferę wkroczył mój tatus pacyfista, przeciwny przemocy i gwałtownym emocjom, wsiadł do Ikei i powolutku, po centymetrze, po dwa, sukę cofnął. Okazało się, ze ma wsteczny, ale bardzo słaby. A N. jest trochę za nerwowy na takie akcje.

 

Poza tym mój tatus się przyznał, że cały czas do niej łagodnie przemawiał, żeby się opamiętała, bo za chwilę wyląduje na kupie złomu i już nic dla niej nie będzie mógł zrobić, mimo najszczerszych chęci. I posłuchała go i cofnęła!!!!

 

Jak słowo daję, rozumiem, dlaczego te samochody stoją w muzeum jako dzieło sztuki. BO TO WIELKA SZTUKA JEST nimi jeździć i nie oszaleć.

Stoi u mechanika od wtorku. Właśnie N. mi oznajmił „Lecę do warsztatu, bo z Ikei cos się wylało”.

 

Zdecydowanie, terenówki Rovera to piękne i kosztowne hobby, ale nie SAMOCHÓD. Do zwykłego, przyziemnego jeżdzenia  należy wybrac japończyka. A landrovery można kochac. Bez gwarancji na wzajemnośc, niestety.

 

NA LUDOWO

 

Zbieram się do tych wędlin militarnych, ale to musze mieć filing. Bez filingu mi nie wyjdzie tak jak powinno. To na razie ludowy obiad będzie.

 

Po drodze ze stolicy na nasze skromne włości zbudowali karczmę. Przepiekną. Całe lato układali strzechę, malowali okna, mury się pięły, a robotnicy prężyli na kalenicy (ups!). Ślina nam ciekła, kiedyż otworzą to cudo.

 

Otworzyli.

 

Więc zajeżdżamy.

 

Wita nas ludowy wystrój. Spódnice ludowe przypięte do ściany jak trzeba, żelazka z dusza i bez, hacele figlarnie powbijane w belki (w celu dla mnie niejasnym, no ale). Ludowe ławy twarde jak jasny skurczysyn, no ale w takim ąturazu to chyba tak trzeba. Kelnerki na ludowo, menu a jakże w oprawie z desek. Z kominka się dymi jak jasna cholera.

 

Podbiegła kelnerka. Ważyła niedużo, a jednak cała podłoga dudniła i podskakiwała. Hałasu narobiła jak spory słoń. Trąc oczy bo dym szczypie zamówiliśmy barwnie, ludowo i do śmiechu opisane potrawy.

 

Kelnerka odbiegła z radosnym dudnieniem, powiewając ludową spódnicą.

 

(Deski na piachu, myslę sobie? Bez legarów? Może tak jest bardziej ludowo).

 

I tak sobie posiedzieliśmy z pół godziny, coraz bardziej trąc oczy, pokasłując i nasłuchując, czy aby nie dudni podłoga, co by oznaczało, ze może kelnerka ma dla nas choćby tę zamówioną wode, ale nie, twarda była. Te dziewczyny z ludu tak mają. Twarde serca i skóre na podeszwach. Woda i wino się odstały na barze, zanim nam je przyniosła, a co.

 

Po kolejnej półgodzinie wniesiono dania.

Nie, żeby niesmaczne. Ale np. dośc chłodne. Co zważywszy na czas oczekiwania było niejaką zagadką. Może tez musiały swoje odstać na ladzie, jak ta woda. Bardzo ładnie i elegancko podano mi placki ziemniaczane, usmażone na biodieslu, w dodatku chyba zimnym, bo dość były nasiąknięte tłuszczem.

 

W dodatku – jak się później okazało – oba dania były z jakąś ludową wkładką, która wdała się w ostry konflikt z naszą flora bakteryjną i dośc rączo opuściły nasz organizm.

 

Tak to jest z tymi przydrożnymi karczmami. Bardzo ładnie wyglądają i… bardzo ładnie wyglądają. Można się w nich fotografować (o ile zasłona dymna nie będzie zbyt gęsta), a jeść kanapki albo w przydrożnych barach bez pretensji do ludowości.

 

A szkoda, bo kto by nie wolał kaszy z maślanką zamiast hamburgera?… Okazuje się, że nie jest to jednak takie proste. Ech.

 

DZIWNY BRĄZOWY STWÓR

 

Hanka mówi, ze to NA PEWNO chomik w przebraniu, ale chyba to ta samica kosa jednak. No wiecie co, zawsze mi się wydawało, ze kosy sa PODŁUŻNE, a nie okrągłe. Zgrabniejsze trochę, a nie taka baryła. Z drugiej strony, ja tez kiedyś byłam zgrabniejsza i bardziej podłużna. Może to jest po prostu samica kosa sporo po trzydziestce. I przepraszam uprzejmie, a gdzie jej mąż? Pewnie w delegacji.

 

W zeszłym roku mieliśmy spory ruch w karmniku:

     

Z tego wszystkiego oglądam House’a od początku i wiecie co. Pilot jest zupełnie cudaczny – Cuddy zrobiła House’owi awanturę, że chce podać steroidy, nie mając gotowej diagnozy. Steroidy! Błagam. W trzecim sezonie House mógłby podać steroidy wszystkim świeżo narodzonym niemowlaczkom, bo akurat miałby taką fantazję, a Cuddy by nawet nie pisnęła. Nawet przy robieniu dziur w głowach pacjentów oponuje dośc niemrawo. Poza tym, nie wpadł od razu na to, że pacjentka ma węgorzycę; węgorzyca jest zwykle typowana w pierwszym rozpoznaniu zaraz obok lupusa. Śmieszne to jest, jak Cuddy na niego wrzeszczy i uważa, że ma przewagę. W dodatku jest słabo zrobiona, od drugiego sezonu wygląda o wiele korzystniej.

 

Złota myśl na dziś:

Jak się zje na kolację mega duża torbę chrupków duchów, to przez cała noc boli człowieka brzuch.

 

Zaczęłam nowa serwetkę.