KIEDY TA ZIMIA SIE SKONCZY?


N. się trochę zdziwił, kiedy po powrocie z dwudniowej delegacji zastał mnie dokładnie w tym samym miejscu i stroju, w którym mnie pożegnał czterdzieści osiem godzin wcześniej. Jemu się nie mieści w głowie, że można spędzić w piżamie na kanapie dwa dni i dwie noce, oglądając House’a. Bez przesady, w kocu trochę się ruszałam, tak? Żeby odgrzac sobie kolejna porcję skrzydełek z KFC albo iśc nakarmic ptaszki (w tym celu zakładałam rózowe emu, pod kolor piżamy w czerwono – różowa kratę, a na wierzch koc z IKEA).

(Mój tatus nie może pojąc idei butów emu. Nie mieści mu się w głowie, ze współczesne kobiety płacą pieniądze, żeby nosić buty identyczne jak onuce w czasach wielkiego głodu w carskiej Rosji).

No w każdym razie zeskrobał mnie z tej kanapy po dwóch dobach. Ciekawe, czy gdyby wyjechał na tydzień, to bym  już wrosła w mebel na stałe. 

Odkryłam słodycz, który poprawia nastrój i nie mdli: syrop klonowy. Opowiadania Connie Willis tez poprawiają nastrój, szkoda tylko, że tomik zaczyna się od „Ostatniego Winnebago”, na którym to opowiadaniu nie ma siły, żeby się nie popłakać. 

A w karmniku siedzi codziennie taki dziwny ptak, zupełnie okrągły, jak kiwi, brązowy, gardło jaśniejsze, wielkości gołębia, wąski dziób. Co to może być? Jest uprzejmy dla sikorek i bardzo dużo żre. Roboczo nazywamy go „Grubas”.

UGOTUJĘ CI OBIAD, KOCHANIE, A TY ODPOCZNIJ

 

Nie lubię gotować, ale jak słyszę „to ty sobie kochanie odpocznij, a ja zrobię obiad”, to mi się robi słabo.

 

W te sobotę ja sobie odpoczywałam, a mój N. robił dorsza po biskajsku z przepisu Karlosa Arguinano. Czyli:

– przez tydzień studiował wszystkie ksiązki kucharskie;

– wybrał przepis;

– sporządziliśmy listę zakupów;

– kupił zakupy.

 

Po czym:

– wstałam rano i bardzo drobno posiekałam kilogram czerwonej cebuli;

– wypatroszyłam i upiekłam kilogram czerwonej papryki oraz obrałam ją ze skóry;

– po tych wszystkich mało znaczących wstępnych czynnościach przygotowawczych chciałam się położyć pod kocem, tak, jak planowałam, ale zasypano mnie gradem pytań, jako to: „Myślisz, ze powinienem bardziej podgrzać tę cebulę, bo cos słabo się smaży?”; „Zobacz, wrzucać już paprykę czy jeszcze chwilę?”; „A my mamy czym zmiksować ten sos?”; „Tak? A gdzie to mamy?”; „Zobacz, to by była ta końcówka?” oraz „A mamy jakieś naczynie, w którym mógłbym przetrzeć ten sos?”.

 

Właściwie to prawie się położyłam, kiedy ustaliliśmy już, którym narzędziem, końcówką i w którym naczyniu odbędzie się miksowanie sosu. Zwizualizowałam sobie jednak, JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁ blat po tym, jak mój ukochany skądinąd małżonek dokona tej prostej kuchennej czynności, zwlokłam się z sofy i sama zmiksowałam.

 

Po czym N. w 10 minut udusił dorsza na oliwie z czosnkiem, polał sosem i oznajmił, że ugotował obiad.

 

Naprawdę bardzo smaczny, nie ma się do czego przypierdolić.

 

Następnym razem, kiedy będzie miał ochotę gotować, spróbuję jakoś tak po cichu WYJECHAĆ. Na miesiąc.

 

STRANGE DAYS, INDEED

 

Zamieniam czekoladę na pierniczki uszatki i chipsy bekonowe (seriously, folks, moja wątroba ma jakiś defekt, nie metabolizuje czekolady; każde inne tłuste świństwo – tak, a po czekoladzie o mało nie umrę).

 

Codziennie o 18.45 pytam się N. czy mogę już iśc spać, a on mi odpowiada, ze jeszcze nie. Pozwala mi dopiero jakiś kwadrans po ósmej.

 

Najgorsze, że nie płaczę. To jest, popłakałam się przy opisie trutki na szczury (środek na obniżenie krzepliwości krwi i biedny szczur ma coraz większe i rozleglejsze krwotoki wewnętrzne).

 

Leżenie z głowa pod kocem niczego nie zmieni, ale ten weekend chyba jednak prześpię.

 
Przypomnijcie mi koniecznie, żebym napisała o wędlinach militarnych mojego męza.

NOBODY TOLD ME THERE'D BE DAYS LIKE THESE

 

Mój stan opisałabym jako zeskrobywanie się ze ścianek dużego naczynia naprawdę małą łyżeczką. Super elegancka maciupeńka łyżeczką, jaką się podaje do najmniejszej kawy świata. Ze ścianek BARDZO dużego naczynia, na przykład silosu zbożowego.

 

Najbardziej bałam się pogrzebu. Niepotrzebnie.

 

Nie było aż tak strasznie. Ani tez po pogrzebie się nie poprawiło. Nic się nie poprawiło. Jest okropnie i wiem, że musze z tym żyć. Trochę nie mam wyboru ani innego wyjścia.

 

Tzn. jest okropnie i jednocześnie przeraźliwie normalnie. Smutek dopada mnie w różnych dziwnych miejscach. Na widok swetra, na przykład. W zeszłym roku dostałam taki na Gwiazdkę od mamy, a dziś nie mam już mamy. Ale wcale nie jest tak, że leżę i płaczę; a może powinnam?…

 

Natomiast pozwalam się sobie nie zgodzić z artystką Szumowską (chciałam w sumie więcej napisać przymiotników i Hanka mówi, ze spokojnie mogę, teraz jest na mnie okres ochronny i mogę zrobić kilka naprawdę złych uczynków – bezkarnie – ale chyba nie chce mi się ich marnować na Szumowską), że wszystko to puste symbole bez znaczenia, bo i tak jest smutno i boli.

 

No ja nie wiem.

Czy to wszystko jest takie bez znaczenia. Skoro tyle osób przystanęło, żeby wyrazić współczucie. Że nie wspomnę, że rodzina przyjechała z Zakopanego, żeby być na pogrzebie. Jakoś nie wydaje mi się to puste ani bez znaczenia i wszystkim jestem bardzo, bardzo wdzięczna.

 

Najgorsze, że jem czekoladę. Kompulsywnie. Normalnie nie jem czekolady albo dość rzadko. Pierwszy raz w życiu zjadłam czekoladowego Mikołaja oraz towarzyszące mu jajko przebrane za bombkę, a nigdy nie jadłam czekoladowych ozdób (przy okazji odkryłam podstępny uniwersalizm producentów, którzy tłoczą podłużne figurki i raz owijają je w strój Mikołaja, a raz – w zająca wielkanocnego, a pisanki przebierają za bombki, no błagam – podłużne bombki?..).

 

Jest jednocześnie strasznie i normalnie.

KOCHAM CIE, MAMO, I ZAWSZE BEDE


Mediana nic nie znaczy. To jest wartość środkowa szeregu. Znając tylko medianę, nic nie wiem o opisywanym zjawisku. Musiałabym mieć średnią arytmetyczną, odchylenie standardowe, dominantę, wartość minimalna i maksymalną, przydałyby się – w zależności od tego, jaka była liczebność próby – jakieś kwartyle czy centyle. We wrześniu zeszłego roku znałam tylko medianę. Była to „mediana przeżywalności” i wynosiła 12 miesięcy. Co nie mówi o zjawisku kompletnie niczego. Poprzednia osoba mogła umrzeć po dwóch tygodniach, a następna – żyć dwadzieścia cztery lata. Tak jak mówię- sama mediana nic nie znaczy. Poza tym, chyba nikt nie wierzy w statystyki.

Na początku wydawało się, że mamy gada pod kontrolą. Wielkie mi co, wizyty co trzy tygodnie w Centrum Onkologii. Po jedenastu seriach chemia przestała działać. Ale przecież są Inne, wkłuwane, w tabletkach, zastrzyki hormonalne. Nie było jeszcze przerzutu na kości. Tego się trzymałyśmy. Wizyty w Centrum co dwa tygodnie. Co tydzień. Względnie normalne życie. Pierwsza hospitalizacja, ale zwycięska. Minęło dwanaście miesięcy. Po drugiej stronie mediany wszystko nagle zaczęło się sypać. Szpital co dwa tygodnie. Kroplówki dawały radę wypłukiwać wapń, ale przerwy były coraz krótsze. Jedyna, ostatnia chemia, która jeszcze miała szansę zadziałać. Nie zadziałała. Hiperkalcemia pojawiła się po niecałych dwóch dobach. Rozpoznawałam tę kurwę na sto kilometrów. Wiem o hiperkalcemii wszystko. Wróciła tak silna, że płukanie nie pomagało, kroplówki nie nadążały. 

Przegrałyśmy te wojnę. 

Siedem lat po pierwszej walce z rakiem piersi. Kilka miesięcy po tym, jak moja mama usłyszała „Gratulacje, może się pani uważać za wyleczoną, po tym czasie już praktycznie nie ma wznowień”.

ZAMIAST ŻYCZEŃ PODEPRĘ SIE WIESZCZEM


W życiu bywają powikłania,
W państwowym i w prywatnym,
Lecz w gruncie rzeczy, proszę pana,
Ten świat jest taki ładny!

Piękny jest świat,
Gdy brata kocha brat,
Siostrzeniec ciotkę, ciotka wujka
Wtedy nie grozi żadna bójka,
Dzieci tatusia, tatuś dzieci
Wtedy nad domem gwiazda świeci!

Kuzyn kuzyna i kuzynkę,
Tatuś pannę Ernestynkę,
Lecz i mamusię, owszem, także
I bardzo miły jest przy szwagrze;
Przystojny chłopiec swą panienkę,
Stryjek stryjenkę i wujenkę –
I wszystko to się składa w całość,
W jakąś harmonię, w doskonałość,
Bo przecież grunt, gdy komin dymi,
I kiedy chleb jest, i optymizm

I każdy wie,
że

Wszystko się ułoży
Jak w pudełeczku,
Ze zgody tylko korzyść,
Mój gołąbeczku,
Nastanie pokój Boży,
We wsi, w miasteczku,
Hej, wszystko się ułoży
Na sto dwa.

Czego sobie i wszystkim zyczę ja.

I TAK OTO

 

Zebra mi przywiozła tusz do rzęs. Bardzo wyrafinowany i w ogóle sam szyk i glam. Dziś w trakcie premierowego tuszowania rzęsy na prawej powiece wykonały Wulkański gest „Live long and prosperous!”, to jest – rozstąpiły się w połowie. Część na prawo, część na lewo, jak Morze Czerwone i można przejść suchą stopą. Umycie rzęs i wytuszowanie ich od nowa dało identyczny efekt.

 

No i tak się kończy mój glam.

 

Na dodatek mój mąż używa od kilku dni DAMSKICH PERFUM. Niby opakowanie opiewa na męskie, ale cos mi one ciągną damszczyzną.

 

(Czy ja nie mam większych problemów? Mam. MAM JAK KURWAMAĆ. Mam masakrycznie większe problemy o których staram się nie myśleć. Żeby nie oszaleć i nie zamieszkać w kanale ciepłowniczym – a mam kilka kontaktów i niezłych adresów, jakby co).

 

BO JAK JEST ZIMA, TO…

 

Zanotować: jeśli jest minus jedenaście Celsjusza, a my jesteśmy ubrani „do samochodu”, to pięć minut oczekiwania na taksówkę będzie wiecznością. I zmarzną nam paluszki. Bim bom.

 

Taksówkarz natomiast stwierdził „Ale pani jest śmieszna!” – no ja nie wiem. Wydawało mi się, że ostatnio raczej dość ponura i upiorna. Chyba, że jestem śmieszna mniej więcej jak Marty Feldman w roli Igora w „Młodym Frankenstainie”.

 

Wtedy tak.

 

O PEGGY BROWN

 

Obijam się o rzeczywistość, nie dociera do mnie. Więc może znowu o filmach, co?

 

Transformersy dwójka – nuuuuudaaaaa. Nnuuuuuudaaaa!… Ile można oglądać wybuchy. Za mało autobotów i lekko rozebranych żołnierzy z jednostki specjalnej. Za dużo wybuchów i tej idiotki Megan (tej to się dopiero usta nie domykają!… Nie tyle ma trzeci migdał, co sporą kolonię polipów).

 

Za dużo akcji i wybuchów jest bardzo, bardzo nudne. Przekonałam się o tym na pewnym Sylwestrze w Bieszczadach, kiedy to nasi wspaniali mężowie o północy poszli odpalać fajerwerki. Ponieważ każdy z nich przywiózł naprawdę spory zapas, to rąbali z nich jakieś 40 minut. Zaczęliśmy ziewać ok. 24.15, najwytrwalsi widzowie zostali do 24.20, po czym wszyscy wrócili do stołu, do kominka, a w ekstremalnych przypadkach – do łóżek. A oni tam ganiali z tymi fajerwerkami i bardzo byli później zdziwieni, że ochrzciliśmy ich per „Nuda Boys”.

 

Natomiast „Bękarty Wojny”.

   

       

To tyle bym miała do powiedzenia.

 

Byliście kiedyś na naprawdę szybkim rollercoasterze? Takim, gdzie nawet się nie krzyczy, bo powietrze wpychane jest z powrotem do płuc i po zejściu człowiekowi trzęsą się kolana i jeszcze przez dziesięć minut nie może normalnie oddychać?… A jak już MOŻE oddychać, to natychmiast leci do kasy i kupuje bilet na następny kurs?…

 

Wśród krytyków filmowych, czyli ludzi, którzy żyją z rozbierania kina na czynniki pierwsze i tłumaczą gawiedzi, co poeta miał na myśli, występuje opinia, że Brad Pitt to alter ego Quentina. Między innymi dlatego, że na końcu mówi „Wydaje mi się, że stworzyłem arcydzieło”.

 

A mi się wydaje, że do Quentina pasuje bardziej inna wypowiedź Brada – „Nie robimy w biznesie jeńcobiorczym”. A jego alter ego to Żyd Niedźwiedź z kijem baseballowym.

 

Obcięłam włosy.

 

Czuwaj.

 

TA CHOLERNA ZIMA

 

Jestem starym, zmęczonym koniem.

 

Dziwny weekend, w który mieszały się zdarzenia koszmarne i bardzo miłe. Na przykład, zamówiłam przepiekne zasłony w naszym absolutnie czaderskim sklepie z lnem. (Przy czym, dwa razy zostałam upomniana przez sprzedawczynię „To sa hortensje, proszę pani” – kiedy powiedziałam, ze chce te kiście bzu, oraz „Ale wie pani, że tak się nie szyje zasłon?…” – kiedy chciałam zamówić z szerokości; no ale nic to).

 

Następnie obejrzałyśmy u Hanki ¾ filmu „Miłośc Larsa” – świetny film, choć cały czas mam nadzieję, że w zakończeniu wystąpi jednak siekiera, bo jakiś taki ZBYT ŁAGODNY, i generalnie cały jest o tym, JAK ODWALA LUDZIOM, którzy przez cały rok musza chodzić w kurtkach i czapkach. Bo mieszkają na zimnej północy. Ale scena reanimacji misia – przepiękna.

 

Później piłam tyle samo wina, co Hanka, co się nazywało, że ja nie piję, no nie wiem, jak to interpretować. W kieliszkach miałyśmy sea people, a na schodach za plecami siedział dobrze wychowany poltergeist i grał na cymbałkach.

 

Nasz ukochany Olaf Skurvensson wyczuł moment, kiedy odstawiliśmy służbowy samochód do warsztatu, i zamienił się w urządzenie napędzane przez demona Maxwella. Przez całą drogę ze szpitala grzał mu się silnik tak, że nie mogliśmy przekroczyć 20 km na godzinę, ale za to nie działało ogrzewanie i w środku było minus dwieście. Czy on nie jest wspaniały? Zmarzłam tak, że nie chciały mnie ogrzać trzy koce, dwa kubki herbaty i jeden aspiryny. Dopiero Grzesiek House mnie delikatnie reanimował (przespał się z dziewczyna Jasona Bourne’a, drań!).

 

Mam natomiast problem z Diablo Cody. Jest naprawdę świetna. Inteligentna, charyzmatyczna, bystrzacha, świetna obserwatorka, dlatego trudno mi uwierzyć, że takiej kobiecie sprawiało przyjemność rozbieranie się w zimnych i, umówmy się, dość obleśnych klubach. Albo tańczenie w kabinie peep show dla ponurych zboczeńców. Chociaż z drugiej strony, pracowała w agencji reklamowej. Może wszystko na świecie jest lepsze, niż reklamowanie środków na przeczyszczenie i to nie striptizerki powinny być na marginesie społeczeństwa, tylko ci dziwni ludzie, którzy uważają, że pokazanie margaryny w zbliżeniu jest w stanie zgwałcić naszą podświadomość.

 

Tak czy inaczej – Diablo rządzi. Kocha się ją nawet, kiedy pisze, że śmierdzą jej stopy. Natomiast film „Julie & Julia” to dla odmiany poooorażka.

 

Przypominam – najpierw przeczytałam książkę i miałam już jakieś wyobrażenie o Julii Powell. Tymczasem z niewiadomych przyczyn do tej roli wybrano odstręczająca, nadętą panienkę o łasicowatej twarzy, z miną kujonki, która nie jest ciepłą gawędziarką, jak w książce, tylko wkurzającą suką. Jej historia nie ma rąk i nóg. Pokazana jest w kuchni może ze trzy razy, podczas gdy to właśnie zmagania w kuchni są osią jej opowieści. Jasną strona filmu jest Julia Child w wykonaniu Meryl Strzep. No, ale Meryl potrafi zagrać wszystko. Podejrzewam, że gdyby zagrała stół z sześcioma krzesłami w komplecie, dostałaby za to Oscara.

 

Wiecie, JEDNAK miałam nadzieję, cichutką, skromną i pod stołem, że to cholerne gówno w tym roku już nie spadnie.

 

Ale spadło.