N. się trochę zdziwił, kiedy po powrocie z dwudniowej delegacji zastał mnie dokładnie w tym samym miejscu i stroju, w którym mnie pożegnał czterdzieści osiem godzin wcześniej. Jemu się nie mieści w głowie, że można spędzić w piżamie na kanapie dwa dni i dwie noce, oglądając House’a. Bez przesady, w kocu trochę się ruszałam, tak? Żeby odgrzac sobie kolejna porcję skrzydełek z KFC albo iśc nakarmic ptaszki (w tym celu zakładałam rózowe emu, pod kolor piżamy w czerwono – różowa kratę, a na wierzch koc z IKEA).
(Mój tatus nie może pojąc idei butów emu. Nie mieści mu się w głowie, ze współczesne kobiety płacą pieniądze, żeby nosić buty identyczne jak onuce w czasach wielkiego głodu w carskiej Rosji).
No w każdym razie zeskrobał mnie z tej kanapy po dwóch dobach. Ciekawe, czy gdyby wyjechał na tydzień, to bym już wrosła w mebel na stałe.
Odkryłam słodycz, który poprawia nastrój i nie mdli: syrop klonowy. Opowiadania Connie Willis tez poprawiają nastrój, szkoda tylko, że tomik zaczyna się od „Ostatniego Winnebago”, na którym to opowiadaniu nie ma siły, żeby się nie popłakać.
A w karmniku siedzi codziennie taki dziwny ptak, zupełnie okrągły, jak kiwi, brązowy, gardło jaśniejsze, wielkości gołębia, wąski dziób. Co to może być? Jest uprzejmy dla sikorek i bardzo dużo żre. Roboczo nazywamy go „Grubas”.