Bieżące wnioski weekendowe: mój mąż jest zywą ilustracją teorii nieoznaczoności (lub Pszczółki Mai: gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie). Wyglądam jednym oknem, drugim, trzecim, nie ma go. Drę się. Zjawia się w sekundę.
– Czego się drzesz? Przecież jestem.
Co oznacza, że w tym modelu ja pełnię role protonu. Stabilnego, przewidywalnego, ciągle w tym samym miejscu. Z masą. I coraz większą dupą.
Być może powinnam wyjrzeć czwartym oknem, ale żaluzje były zasłonięte.
– A dlacego wy macie tu zaluzje zasłonięte? – dopytywał się Franek Soskowy.
– Bo… (i weź tu kurwa wymyśl człowieku naprędce jakieś usprawiedliwienie własnego lenistwa i nie wyjdź na idiote przed czterolatkiem). Bo sąsiedzi by widzieli, co u nas się dzieje.
– No i co? – drąży czterolatek.
– No i by chcieli przyjść, jakby zobaczyli, że u nas jest tak fajnie.
– A wy nie chcecie, żeby przyszli?
– Nie.
– Dlacego?
– Bo my nienawidzimy ludzi – ratuje mnie z opresji mój mąż. Franek, o dziwo, przyjął wytłumaczenie jako zupełnie logiczne. Czyli jednak cos w tym jest, że dzieciom trzeba mówić prawdę.
(Ostatnio zwierzyłam się N. z chęci zakupu wycieraczki przed drzwi frontowe, takiej jak są z napisem WELCOME, tylko że z napisem bynajmniej SPIERDALAĆ. Śmiał się, choć to nie był do końca ŻART z mojej strony).
Chmurzy się. Powinnam uprać psa.