O TITANICU, TYŁKU NICHOLSONA I PSACH

Z katastrofy TITANICA uratował się 17-letni chłopak, pomocnik kelnera. Dwadzieścia lat później umarl na syfilis.

Wiec ja tak sobie mysle, ze może nie ma co przekombinowywać w zyciu za bardzo. Bo i tak człowiek wyzej zadka nie podskoczy, a wyroki boskie są niezbadane. Znaczy, nie, że od razu zamierzam zakupic spory zapas denaturatu, przestać się kąpać i płacić rachunki i popaść w abnegację. Nie. Ale i w drugą strone – tez nie.

Drogie panie, wczoraj oglądałam „Lepiej późno, niż później”. Ja bym, kurna, na Dajany miejscu jednak się skusila na Kijanke Reevesa. Ajmsory.

PS. Ciekawe, kto zagrał Tyłek Jacka Nicholsona w scenie w szpitalu. Jakiś Joey pewnie, bo to nie Nicholsona tyłek jest. Ewidentnie.

PSPS. Psy górą!

CO SIE DZIS RANO ZDARZYLO BABY JANE?

Wali śnieg, pu-u-szysty, biały mięęęęęęęęękki!…

I niech go jasna cholera oraz szlag trafi raz na zawsze.

(N. mi nalicza ostatnio kary umowne za przeklinanie, w wysokości 100 PLN / 1 kurwa w dni świąteczne, 50 w dni powszednie).

Dziś rano…
Nie, nie mogę tego napisać, bo mi łeb upiłuje…

Albo dobra.
Dziś rano N. wykonał następujący numer: ZATRZASNĄŁ w środku w samochodzie kluczyki, z tym, że samochód był na chodzie. Kluczyki w stacyjce, silnik pracuje, samochód zamknięty na amen. Wobec czego, idzie się po zapasowe kluczyki, jak porządny obywatel. Jasne, tylko że mamy rozwalone zamki mechaniczne, bo nam się kurwisyny złodzieje chcieli włamać do samochodu jakis czas temu (długi), natomiast pikawka nie działa, bo silnik chodzi.

Sytuacji nie poprawił zanadto mój ojciec Leon, który pojawił się z naręczem praktycznych pomysłów w stylu „Rozwierć mu zamek wiertarką” tudzież „Włóz mu kartofel do rury wydechowej, MOŻE ZGAŚNIE”.

Jakimś cudem i za sprawą interwencji boskiej z Niebiesiech obyło się bez wiertarki i bez kartofla, ale naprawdę… Nie, nie będę prawić kazań, bo ciagle mi jeszcze słabo.

Druga część „Jak ugryźć 10 milionów” – kicha straszna. STRASZNA.

Straszna ta zima. Śnieg wali, Darek po ryju zebrał (niby przeprosił, ale mi tam z przeprosin!) – dobrze, że ksiązke zdążył przedtem napisać… znaczy, podyktować… bo teraz to już by mu mogło tak ładnie nie wyjść. Ładnie, chronologicznie i życiowo.

Jakoś tak nie ten.

PONIEDZIALEK – ROMANA, LUDOMIRA, LECHA

– Kupilem ci PREZENT – obwieszcza mi N. w piątek, wrociwszy z wojaży.

(Ha!)

– Ksiazke!

(HA!)

– O MUMIACH!!!

No i jak ja mam go nie kochac.
Faktycznie, ksiazka jest O MUMIACH. Z czego się robi mumie, do czego sluza mumie oraz opisy kilkudziesięciu co słynniejszych mumii. Tych starych i tych nieco nowszych. Troche malo zdjęć, liczyłam na wiecej.

Ja nie mogę funkcjonowac w takie dni jak dzis.
Minus dwanascie stopni mrozu i PONIEDZIAŁEK.
Chce do domu, przed kominek, do moich mumii!…

PS. W weekend udalo mi się przerobic nieco literatury łatwej i przyjemnej, na przykład tego nowego Kellermana o seryjnym mordercy. Rozczuliłam się do lez scena, w której psychopata siedzi pod drzewem obok wypatroszonej pielęgniarki, a jej wnętrznościami, jeszcze cieplymi, owinął sobie szyję. Doprawdy. Teraz czytam książkę, która zaczela się od znalezienia przez psa ludzkiej, dziecięcej kosci. W tym tygodniu już NAPRAWDE wezme wolny piątek – tyle siezutkich horrorow do poczytania, a ja w robocie, jak ta gupia.

PARAM PAM, PAM

Pokoj kontemplacyjny wielkości serwetki zaczyna mi się podobac.
Doszlam do wniosku, ze popracuje intelektualnie i wydrukowałam sobie wszystkie zalegle raporty do przeanalizowania.
Jeszcze nie zdążyłam ich zdjąć z drukarki, jak dostalam polecenie przygotowania referatu dla szefa o ekonomii instytucjonalnej. Ha!
W związku z czym, ugrzęzłam w Internecie, ściągnęłam trzystustronicowy zbior felietonow Kołodki z „Prawa i Gospodarki” i czytam (czyta się jak niezly kryminał, polecam).
No i dobrze, bo już mi ostatnio synapsy pozasychały i pozamienialy w zamowienia na spinacze biurowe.

Wczoraj znowu natknęłam się na tak zwaną, modną obecnie, nową jakość. Mianowicie, przy ulicy Żurawiej ulotki dziwek i burdeli, wkładane za wycieraczki parkujących samochodów, umieszczane są obecnie w FOLIOWYCH TOREBKACH z ziplockiem. Żeby panie dziwki nie zamokły z uwagi na aurę. Ciekawe, o ile burdelom rosną nakłady na reklamę w sezonie zimowym.

Wiem, ze jestem NUDNA, ale czy mogłoby się zrobic ODROBINKE cieplej, żebym nie musiała popierdzielac do roboty w sześciowarstwowej narciarskiej kurtce?… Zauważyłam, ze identyczną ma kierowca prezesa (tylko wieksza, oczywiście – JAKIES SZESC RAZY wieksza). Bardzo budujące.

Aha, i zlego slowa nie dam powiedziec na Merlin (znaczy, oprocz stwierdzenia ze DOSC DŁUGO PAKUJĄ, ale to nic zlego tylko stwierdzenie faktu, tak?). Z głupoty wlasnej złożyłam dwa razy takie samo zamowienie, zamiast powiększyć poprzednie o jedna książkę (oj tam! No klikło mi się troche OBOK!). Poprawili mi to w ciagu pol dnia, po jednym mailu. No.

DZIEJA SIE DZIWNE RZECZY

Pakujcie walizki – koniec swiata bliski!
ZNALAZŁAM TEGO PITA.
A to się jeszcze nigdy nie zdarzylo, żebym go znalazla na czas.

Boję się trochę.

Śnieg się topi i psie kupy wychodzą na wierzch, jak kazda prawda, której nie da się ukrywac zbyt długo (za wyjątkiem zabójstwa Kennedy’ego, naturalnie) (oraz porwań i wymuszeń seksualnych, spowodowanych przez UFO).

Ptaszki nasze ogródkowe dalej żrą jak kombajny. N. znosi całe torby rozmaitego ziarna z naszego rynku produktów lokalnych i eksperymentuje na nich, a ptaszki chętnie zżerają te eksperymenty i odwdzięczają się, jak potrafią i czym maja – czyli dekorują nam samochod wlasnym, osobistym guano.

To kiedy wiosna?…

O LOSIE, LOSIE (I NIE – NIE CHODZI O ŁOSIA)

Któregoś dnia otworzyłam pusty dokument, zaczelam pisac notke na bloga od „Kochany Pamiętniku, nic się nie dzieje. Nuda” – i Sila Wyzsza mnie pokarała.

Wiec jest tak:
– przeprowadziłam się znowu nazad w to samo miejsce, z którego się odprowadziłam do supermegamyslacego budynku o inteligencji radzieckiego szachisty. Dlaczegóż nas tak los rzuca? Czy nie można było tego przewidzieć te pare miesięcy wczesniej i się nie wygłupiać z przeprowadzkami? – zada pewnie pytanie niejeden specjalista od zarządzania. Mam dla niego zestaw odpowiedzi: „BO TAK” oraz „PACZ PAN JAKI CIEKAWY!”. Po przeprowadzce mam kontemplacyjny pokoj wielkości serwetki oraz drukarka mi zdziczała i odmówiła współpracy. Siedze od rana i na zmiane jem cukierki z wódką i mantruję „OMMMMMMM… kurwa mać”;

– zgubiłam PIT. Psoko. Co roku gubie jeden PIT. W tym roku to w ogole luz i bez nerwow, bo zgubiłam taki, ze normalnie ide tam i na gebe wydaja mi kopie. Ale ciekawi mnie to jako zjawisko, bo zawsze jak dostaje PIT-y, to powtarzam sobie „Żeby tylko nie zgubic PIT-a, w tym roku JUŻ NA PEWNO NIE ZGUBIE PIT-a”, po czym biore swojego PIT-a we wlasne rece i klade go w takim miejscu, ŻEBY NA PEWNO PAMIĘTAĆ, ze go tam POŁOŻYŁAM. W tym momencie ja i PIT widzimy się na tym łez padole po raz ostatni, i nigdy nie udaje nam się wznowic transmisji. NIGDY;

– w czwartek byłam na Zelaznej w szpitalu (jako obserwator), o parujących noworodkach z wściekłymi mordkami napisala już Zebra, wiec nie będę się powtarzac; szpital czyściutki, zadbany, ale przez caly czas miałam ochote na jedno: kopnac w zad opieke medyczna tak zwana. Ludzie! Baby w białych kitlach maszerują po korytarzach. W te i wefte. W te i wefte. Wychodza z jednego pokoju i chowaja się w drugim. Non stop MASZERUJĄ. Ludzie leza, stoja, siedza, generalnie – czekaja na lekarza. A lekarze nic, tylko maszerują. Może rekord Korzeniowskiego biły te małpy, czy jak? Nie, żeby z jakims papierem, zastrzykiem, nie. I na nic nie maja czasu. No pewnie, jak ja bym miala do przejscia dziennie 50 kilometrow, w dodatku jak Dulski dookoła stołu, to tez bym na nic nie miala czasu;

– Merlin NADAL NIE PRZYSLAL MI PACZKI Z ALLO ALLO. To jakby przestaje być zabawne i krotochwilne;

– w piątek pokłóciłam się z N. (nie będę tu wywlekac szczegółów, ale BYŁO GRUBO), po czym w sobote się POGODZIŁAM, a w niedziele to już nawet smażył mi befsztyk wołowy;

– cala sobote i niedziele przespalam;

– nic mi się nie chce;

– to ten… do jutra, tak?

DIETA NA ZIMOWE WIECZORY

Tak sobie jadlam wczoraj wieczorem chleb ze smalcem, posypany papryką, i pomyślałam, ze zawsze jak jem chleb ze smalcem, to mysle o Lejdis. Tak jakos mam (ostatnio dyskutowałam nawet z Ewą, jak wspaniale zbilansowanym posiłkiem jest taki chleb ze smalcem, i jak magicznie poprzez połączenie węglowodanów z tłuszczem oba minusy się nawzajem znoszą i dają plus, w postaci ujemnych kalorii).

I proszę bardzo – TADAM! W polowie drugiej kanapki zadzwonila Hanka.

Stosownie do okazji, oglądałam „Żony ze Stepford”. Kidmanowa mnie rozwala, jak ją widzę, mam ochotę paść na kolana i bić jej pokłony. Na razie doszliśmy do momentu, gdzie przerobili już tego fajnego kolorowego pedała na nudnego pedała w garniturze i bałaganiarę Bette Midler w porządnicką blondynę. Kidmanowa jest przerażona, a jej mąż knuje z tymi ćwokami z męskiego klubu.

Wbrew pozorom, to nie jest żadna komedia, a bardzo, BARDZO gleboki i życiowy film. Pokazujący w realistyczny, może nieco brutalny, ale prawdziwy sposób, CZEGO TAK NAPRAWDE MĘŻCZYŹNI CHCA OD KOBIET (żeby były skretyniałymi, odpicowanymi blondziami) (mężczyźni ze Stepford, oczywiście – upasione ćwoki z karkiem, rozwalone na skórzanych fotelach w prywatnym klubie).

Dzis końcówka (bo wczoraj niestety padłam już na ryj i nie dalam rady dalej). STAY TUNED.

NIEWYMAWIALNE

W poprzednim zyciu musiałam umrzec z zimna. To jedyny racjonalny argument za tym, ze TAK BARDZO NIENAWIDZE ZIMY, a na widok ŚNIEGU dzis rano o mało się nie rozpłakałam. Może bylam np. żołnierzem kampanii napoleońskiej, co uświerkł pod Moskwą. NIE NA WI DZĘ.

W robocie mam dom wariatów i prawdopodobnie PRZEPROWADZKĘ (ile to już?… PIEC MIESIĘCY na nowym miejscu?… Doprawdy, jesteśmy ROZPIESZCZANI).

Wczoraj się popłakałam rzewnymi łzami na ostatnim, and I mean OSTATNIM odcinku „Przyjaciol” – łzy mi pociekły, jak pokazywali puściutkie mieszkanie Moniki. Nie mogę się pozbierać i czuję się żałośnie i wzruszliwie. To nie fair.

Zima, cholera jasna psia krew.

WALĘTYKĄ GROMKIE NIE!

Oglądam 10 serie „Przyjaciol” – im bardziej zbliżam się do konca, tym bardziej się zgadzam z Zibrą, która mi powiedziala, ze po obejrzeniu calej 10 serii jest STRASZNIE, bo człowieka ogarnia PUSTKA – NIE MA WIECEJ „PRZYJACIOL” na swiecie i nie bardzo wiadomo, co dalej!…

(Tszecia twierdzi, ze wtedy trzeba się przerzucic na Startreki).

Uwazam, ze LUTY to nie jest dobry termin na święto zakochanych. W lutym człowiek się nie zakochuje, tylko ZAKOPUJE pod koldrą, tak, żeby wystawał TYLKO czubeczek nosa i stara się przespac ten syf, przynajmniej do kwietnia. 14 luty jest dobry dla fok.

Lubię foki, ale nie czuję się jedną z nich.