Na rodzinnych imieninach wczoraj bylam. Konwersacja nad stolem zastawionym pasztetami, jajami faszerowanymi, mięsami w galarecie oraz ryba po grecku:
– A CO TAM U JANKA? – zagaja ktorys wuj.
– No co u Janka. Dobrze wszystko chyba.
– Mmmmmmmmmm. – zgodny pomruk stołu.
– Tylko, że w szpitalu leżał.
– Mmmmmmm!
– No tak. Operacje miał.
– Mmmmmmm?
– NA PRZEPUKLINE.
– Mmmmmm!…
– Ty to wujek nie wiesz, ale Janek to od dziecka miał taka przepukline, jak cholera! Normalnie poszedł na operacje i rozkroili go a tam wie wujek co?
– Mmmm?…
– JELITO!
(Cisza przerywana jedynie szczękiem widelców i noży o porcelanę oraz odgłosami przezuwania pasztetu).
– A tak! Jelito MU SIĘ OWINĘŁO DOOKOŁA JĄDER…
– KOMU KAWKI, KOMU HERBATKI?… A może szarlotki?… – zlitowala się pani domu, proponując cieple napoje pod to jelito Janka.
Obejrzałam sobie drugą Bridżet Dżons i się ZAŁAMAŁAM.
Całkowicie się załamałam.
Hju się pomarszczyl, Mark Darcy – zestarzal i zżółkł, a Zellwegerowa wyglądała jak najbrzydsza z woźnych w mojej podstawówce. Na miejscu Marka uciekłabym od niej nawet z lesbijką. Zresztą, historia Rebeki jako lesbijki pozostawia wiele do życzenia i ma pewne luki, i jako widz czuję się jednak nabita w butelkę (no dobrze, lesbijka i partnerka Marka, ale CO DO CHOLERY W TAKIM RAZIE ROBI U NIEGO W DOMU w srodku dnia, kiedy Mark siedzi w pracy, a?…).
No wiec obejrzeliśmy „Osadę” i się załamałam znowu.