Przedawkowałam „Przyjaciol” przez dwa ostatnie dni.
„- Kupiliśmy ci w drogerii prezent! Test ciążowy i lizaka!
– Tylko się nie pomyl, bo byś zepsuła lizaka.”
Część soboty spędziłam u rodziców, napawając się cudem, jakim jest odbiornik TV podłączony do anteny odbierającej sygnał. Myślałam, że mnie rozerwie, bo tak: na pierwszym, „Pan Wołodyjowski” – dziewczęta wystrojone w ażurowe serwety przyszywane do dekoltów i co i raz zadyma z Tatarami. Na drugim – stado dzieci Von Trappa w bawarskich kapelutkach koniecznie chce się zobaczyć z Marią, która miała dosyc jodłujących kóz i zwiała przed nimi do klasztoru. I to wszystko w cenie jednego, jedynego abonamentu!…
Nawiasem mówiąc, Sienkiewicz zachował się w stosunku do Wołodyjowskiego dość podle. Nie dość, że narzeczoną mu uśmiercił, nie dość, że obdarzył go wzrostem nikczemnym, to jeszcze na koniec go wybuchnął i nie dał zakosztować długich lat przy boku ukochanej Baśki („Baśka! Przywiodłem ci świeżych jeńców – pójdź usiekać Tatara!”). Poza tym, stare odcinki trylogii nieco mi się zlewają (co spojrzę, to Olbrychski, i muszę kogitować, czy dziś robi za nieco narwanego patriotę, czy za wytatuowanego syna Tuchaj-Beja), a na nowe nie mogę patrzec.
Poza tym, piłam herbatę Dilmah i pracowałam, jak ta idiotka. Sekundowały mi dzielnie mrówki, którym dałam talerzyk cukru i one teraz ten cukier wynoszą do siebie, po jednym kryształku. Jestem dla nich pełna najszczerszego podziwu. Ja na ich miejscu uwaliłabym się na plecach w tym cukrze i tak została.