Melania była niesamowicie dzielna.
Najgorszy był moment, kiedy gnałyśmy z nia z lecznicy, jeszcze nieprzytomną po narkozie – przelewała się nam przez ręce, wisiał jej jęzor do pasa, a my się modliłyśmy, żeby N. nie zobaczył jej w takim stanie – bo by nas pozabijał, a lecznicę spalił i zrównał z ziemią.
Na szczęscie Melania wciągnęła język i zaczęła coś kumać, zanim N. wpadł z wielkim kawałem surowej wołowiny w nagrodę za przecierpiane przez stworzenie męki.
A najlepsza w tym wszystkim była głodówka Melanii w piątek przed narkozą. Nie dostała przez cały dzień nic do jedzenia… W ZWIĄZKU Z CZYM CAŁY DOM CHODZIŁ GŁODNY. Nikt się nie ośmielił nic zjeść, skoro Mela nie dostała kolacji.
Mój ojciec dzwonił w sobotę już od wpół do siódmej rano.
– O KTÓREJ JA ZABIERACIE? – syczy mi do słuchawki. – Przyjeżdżajcie już po nią! No ile pies może nie jeść!… Musiałem się przed nią chować, żeby zjeść kawałek bułki!…
A pogoda też pod psem.
I ja się pytam… Albo nie. Już mi się nie chce pytac.
Poszłabym spać.