PO PROSTU JUŻ…

Wlasnie siągnęłam ten stan, ze zamiast się wkurwiac, to się smieje.

Mysle, ze punktem zwrotnym była wczorajsza bagietka.
Siedziałam sobie popijając nestea i czekałam, az kuchenka wypika moment podgrzania bagietki na kolacje. Bylam tak głodna, ale to TAK GŁODNA, ze jeszcze chwila a moje soki żołądkowe wypaliłyby dziure w tapicerce fotela.
Kuchenka zaczela pikac, wiec rzucialm się po zarcie, po drodze z salonu do kuchni przypominając sobie jednakowoż, ze owszem, ustawilam zegarek na kuchence, ale czy włączyłam piekarnik?… Czy włączyłam piekarnik?… CZY WLACZYLAM PIEKARNIK?…

Och, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa…
NIE WLACZYLAM.

Czekałam kolejne 20 minut i zezarlam w tym czasie pol sloika pesto. Palcem. I chyba od tego pesto doznalam jakiejs iluminacji.

Wstaje rano, prasuje sobie bluzkę, odpadl mi guzik. O szóstej rano.
Luz. Przyszyłam.

Jutro mam wystapienie na konferencji dla 120 osób.
Luz. Konferencja?… Odpoczne sobie. Ziew.

Musze przyjść w sobote do pracy.
Luz. Przyjdę.

I tylko sekretarka strasznie się zdziwila, kiedy wyjęłam z koperty zaproszenie „Ambasador X. ma zaszczyt zaprosic Pania… NA PRZYJĘCIE” i zaczelam się strasznie, strasznie ale to STRASZNIE SMIAC. Az mi łzy poleciały.

Wolałabym taki papier od mojego szefa „Prezes X ma zaszczyt zagwarantowac Pani… ze pomiedzy komisja przetargowa, przygotowaniem materiału, jednym, drugim i trzecim spotkaniem będzie ona miala czas przysługujący jej na skorzystanie z toalety”. I nie musi być na takim pieknym papierze, serio.

„BORUC: SPIEPRZYLISMY TEN MUNDIAL!”

„Ciało Rasiaka leżało na ziemi, a nad nim w złowieszczym kluczu krążyły dzięcioły…”

(to z BASZA oczywiście).

(Ja to chyba jestem nienormalna, tak podejrzewam. W ogole nie smieszy mnie Marcin Daniec albo Tadeusz Drozda, albo Jerzy Kryszak – wprost przeciwnie – odczuwam na ich widok lekkie zażenowanie i musze wyjść z pomieszczenia; ja w ogole mam ten syndrom, ze jak oglądam TV to się wstydze za tych ludzi – podobno jest cos takiego. Smieszą mnie natomiast dziwne rzeczy, na przykład South Park – ciekawe, kiedy będą wsadzac do więzienia za oglądanie SP – albo jak Zebra mi opowiada kawałki z róznych reality show, na przykład „Czy przyjmiesz ode mnię te rożę?” – „Bardzo!!!”).

A w ogole chciałam ogłosić, ze zakładam Stowarzyszenie Kobiet, które Przegrały z Rybą.

Legitymacje nr. 1 i 2 są już zajęte, ale można się ubiegać.

Gdyby ktos miał propozycje, co powinnyśmy wpisac w status, to welcome.

NO I CO TAM? HIPOPOTAM?

Widziałam Franciska.
Ewa wyglada jak Ewa, w ogole nie jak MATKA.
Franciszek ma Ewy uszy i nos. Reszte po tatusiu.

Poza tym co jeszcze.
Rozwinęłam się kulinarnie – zrobiłam curry z kurzych cyckuff oraz jajka po wiedeńsku, żeby nie było.

Melania nareszcie znalazla sobie odpowiednie towarzystwo do zabawy – mianowicie, żabę.

N. zostawil mnie w domu z zapasem mrozonych bagietek, „stad możesz brac wino, kochanie”, i tylem go widziała.

Jakas taka dzisiaj jestem.

PRZYGODY Z LAKA POLSKA

(wszyscy o meczu, to ja o łace, bo mecz przegramy pięć do jaja, nie ma się co łudzic)

Jest tak, ze mamy łake polską.
Miedzy ścieżkami przed domem został nam taki trójkątny kawałek gleby i był dylemat, co tam zrobic.
Klomby i rabaty z kwieciem? Po moim trupie.
Trawnik? Będzie monotonnie.
Krzewy? Niee, rozrosną się i będzie kijowo.

No to N. wymyślił ŁAKE POLSKĄ. Sprowadził nasiona z instrukcja obsługi, posiał i czekamy.

Początki były trudne. Każdy, kto do nas przychodził, stwierdzał „O, ale ten trawnik to macie STRASZNIE ZACHWASZCZONY” i leciał wyrywać. Pewna ciocia to już nawet rozpoczęła pielenie z jednego rogu, dobrze, ze mój ojciec przytomnie ja odciągnął, bo byłby kęsim jak nic.

W etapie drugim łaka polska sięgała do pół łydki i składała się z zamotanych zielonych krzaczorów. Patrzyliśmy na to bezradnie i porównywaliśmy z łakami w stanie dzikim, które jakby wydawały się nam bardziej… PŁASKIE. A to u nas wyszło takie bujne, nastroszone, wąsate, czepliwe i agresywne. Ponadto, wysiało się jakoś łaciato i np. tam i sam mamy kępkę ŻYTA. Normalne ludzkie zyto. Już się nawet wykłosiło. I tak na zmiane – tu chaszcze, a tu jakies patyki.

Az tu pewnego dnia…
Otucha wlała się do mojego serca, ponieważ pojawiły się chabry, maki i rumianki.
Tak po prostu, z dnia na dzien. Nieśmiało zakwitły, po kilka sztuk – ale widać, ze będzie tego wiecej, zwłaszcza maków. Owszem, nadal dużo jest tego zielonego z wąsami, ale tez jakos złagodniało i obsypało się fioletowymi kwiatuszkami. Chyba zaczynam WIERZYC W ŁĄKĘ i nawet tak sobie mysle, ze dosiałabym trochę łubinu. Co? Łubin jest fajny. I koniczyny, tej dużej. Tak ze dwie kępki.

A pięc do jaja dostaniemy dzisiaj jak nic.

WESTCH

Mój dystans do otaczającej rzeczywistości chwilowo uległ gwałtownemu zmniejszeniu.

Szczerze powiedziawszy – hamowanie z piskiem opon i nie wiem, czy nie zaryje nosem w kufer.

Bardzo, bardzo, BARDZO potrzebuje skondensowanej dawki South Park DOŻYLNIE.

O TYM CO MAM W PRACY

„Spotkania, na których Jezus leczy z nałogów i depresji” mamy u nas w stolicy tego lata. Wpadnie ktoś?

Jak już napisała tow. ob. Hanna – z uwagi na South Park znacznie, ZNACZNIE poszerzyły się granice mojej percepcji i naprawde, nawet spotkania z Jezusem leczącym nałogi nie robia na mnie takiego wrażenia, jak zrobiłyby kiedyś. Kiedys byłam młoda i naiwna, teraz mam prawie 33 lata, obwisły mi cycki i wiem, że granice ludzkiej głupoty i idiotyzmu sa znacznie, znacznie szersze, niż to by się wydawało możliwe.

W robocie mam pożar w burdelu.
Wieczorem jestem tak zmęczona, ze nawet ufoki z INVASION mnie nie cieszą.

O NAUCZYCIELACH

No dobra, miało nic nie być, ale mnie Kbb natchnął.
Z tym, ze to nie będzie przepiękna notka narzekająca na system edukacji, ponieważ – w odróżnieniu od matek, przepuszczających produkty swoich lędźwi przez kagańce oświaty – mam tylko wspomnienia własne.

Z podstawówki to pamiętam tylko nauczycielke matematyki, która mnie matematyki nauczyła. Po prostu. I jak tak patrzę to do matematyki miałam szczęscie przez całe życie. Do innych przedmiotów troche mniej.

Takie na przykład WF i plastyka.
W podstawówce WF-u uczyła nas wysportowana, zylasta suka, której nienawidze do dziś. Kazała nam biegac na stopień i rzucac piłką lekarska na stopień i zwisać głową w dół z drabinek na stopień i robic przewrót w tył na stopień. I grac w siatkówkę. Z powodu WF-u miałam nerwicę i nie policze nieprzespanych nocy – nienawidziłam WF-u, kiedy musiałam grac w siatke strasznie twarda piłka z dziewuchami dwa razy ode mnie większymi.
Na całe szczęscie złamałam nogę i na tej nodze pojechałam ze zwolnieniami od ortopedy (które wycyganiał odeń rokrocznie mój i Zebry dziadek) już do końca liceum, a na studia poszłam takie, żeby WF był nieobowiązkowy! SPRAWDZAŁAM TO jako pierwsze kryterium w informatorach.

Plastyka zaś…
Ooooo! Tez czasem miałam ochote popelnic samobójstwo, ponieważ ja nie umiem narysowac KOMPLETNIE NIC. Nawet kreski prostej. NIC. Tymczasem zwykle kazali nam rysować tematy „POSTAC LUDZKA W RUCHU”, ewentualnie „EMOCJE NA LUDZKIEJ TWARZY” lub „Grupa postaci ludzkich wyraźnie czymś rozemocjonowana”.
W liceum miałam nauczycielke od plastyki, która miała… CHYBA TRZYSTA LAT. W każdym razie, uczyła chyba jeszcze moja babcię, bo moich rodziców to na pewno, i JUŻ WTEDY była bardzo stara.
Co zupełnie nie przeszkadzało jej utleniac włosów na biało-blond, nosic obcisłych ciuchów w kolorze złotym lub we wzór w panterkę, malować ust na amarantowo, mieć 19-letniego kochanka i malowac jego genitalia na ścianach mieszkania. Oraz na co drugiej lekcji plastyki wchodzic na stół i spiewać piosenki własnego autorstwa. Oraz dawac recital na każdej studniowce.
Nieno. Plastyke miałam z ARTYSTKĄ.

Polski w liceum miałam z żona dyrektora, która głownie nie miała czasu stawic się na lekcji i przychodziła np. 10 minut przed dzwonkiem.

Fizykę z samym dyrektorem, kóry na każdej lekcji stawiał delikwenta przy tablicy i kazał mu rysowac sznurek przełożony przez bloczki, na jednym końcu sznurka wisiał odważnik, na drugim – małpka, i trzeba było rysowac siły działające na małpke i odważnik. Nim się doszło do równania, to zawsze był dzwonek.

A angielski z kolesiem, który na wstępie lekcji rozkładał gazetę, oświadczał nam „Moi drodzy. Są jaja, a będą jaja jeszcze wieksze. A ty (nazwisko), idz zrób mi herbate i przynieś”. Do herbaty pluło się rzadko, bo jednak nie był taki zły (oprocz tego, ze nic nas nie uczył), ale palec wkładało nader często – ot tak, dla krotochwili.

A biologię miałam z niezliczoną ilościa bab, które zmieniały się jak w kalejdoskopie, bo zachodziły w ciążę jedna po drugiej. Co przyszła jakas uczyc biologii, to za trzy miesiące leciała z brzuchem na zwolnienie.

Rosyjski z Saszą to była jedna wielka czteroletnia przygoda. Facet nie miał autorytetu ZA GROSZ i znęcaliśmy się nad nim potwornie. Na przykład, z jednej lekcji uciekli wszyscy chłopcy pograc w piłkę na boisku, doskonale widocznym przez okno z klasy, gdzie mieliśmy ruska. Sasza się wkurzył i wysłał przewodnicząca klasy, żeby przyprowadziła chłopców na lekcję. Kolezanka wyszla, wróciła po 40 minutach i oświadczyła, ze chłopców nie znalazła. Granie w piłe lub opalanie się przed szkołą na rusku to był właściwie standard.

Kurna… JAKIM CUDEM ja zdałam na te studia, to nie wiem.

Generalnie, z moich przemyśleń wynika, ze DA RADĘ zdobyc wykształcenie POMIMO nauczycieli. Trzeba po prostu przejść przez nauczycieli szczebla podstawowego i średniego jak przez ospę czy odrę – znaczy, żeby nie przeziębic krost i nie rozdrapać strupków, bo zostana ślady.

A w ogóle to potwornie boli mnie głowa i boje się ze zaraz wybuchnie.