Wlasnie siągnęłam ten stan, ze zamiast się wkurwiac, to się smieje.
Mysle, ze punktem zwrotnym była wczorajsza bagietka.
Siedziałam sobie popijając nestea i czekałam, az kuchenka wypika moment podgrzania bagietki na kolacje. Bylam tak głodna, ale to TAK GŁODNA, ze jeszcze chwila a moje soki żołądkowe wypaliłyby dziure w tapicerce fotela.
Kuchenka zaczela pikac, wiec rzucialm się po zarcie, po drodze z salonu do kuchni przypominając sobie jednakowoż, ze owszem, ustawilam zegarek na kuchence, ale czy włączyłam piekarnik?… Czy włączyłam piekarnik?… CZY WLACZYLAM PIEKARNIK?…
Och, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa…
NIE WLACZYLAM.
Czekałam kolejne 20 minut i zezarlam w tym czasie pol sloika pesto. Palcem. I chyba od tego pesto doznalam jakiejs iluminacji.
Wstaje rano, prasuje sobie bluzkę, odpadl mi guzik. O szóstej rano.
Luz. Przyszyłam.
Jutro mam wystapienie na konferencji dla 120 osób.
Luz. Konferencja?… Odpoczne sobie. Ziew.
Musze przyjść w sobote do pracy.
Luz. Przyjdę.
I tylko sekretarka strasznie się zdziwila, kiedy wyjęłam z koperty zaproszenie „Ambasador X. ma zaszczyt zaprosic Pania… NA PRZYJĘCIE” i zaczelam się strasznie, strasznie ale to STRASZNIE SMIAC. Az mi łzy poleciały.
Wolałabym taki papier od mojego szefa „Prezes X ma zaszczyt zagwarantowac Pani… ze pomiedzy komisja przetargowa, przygotowaniem materiału, jednym, drugim i trzecim spotkaniem będzie ona miala czas przysługujący jej na skorzystanie z toalety”. I nie musi być na takim pieknym papierze, serio.