Kiedy pada śnieg, to z łagodnej zazwyczaj Pani Jekyll WYŁAZI POTWÓR HYDE.
(Właśnie gotuje wodę w czajniku, jak już zawrze, to otworze okno i obleje służbowego kota, który mi się tu pęta po trawniczku. Dla rozluźnienia stawów. Moich, nie jego).
Poza tym coś mnie boli, ale nie umiem tego nazwać. Boli mnie bowiem cała powierzchnia ciała. Skóra?
Hanka mówi, że nie skóra, tylko MÓJ TŁUSZCZ SFIKSOWAŁ.
Bo kupiłam sobie takie saszetki, że niby po nich cellulitis przemija z wiadrem. I piję.
No i Hanka mówi – wiesz, przez te saszetki on się czuje niepotrzebny, więc PŁACZE I ŁKA. I skrobie od środka PLOSEE PLOSEE NIE ZABIJAJ MNIE MAMO!
Ale mało że saszetki. On dostaje ode mnie SPRZECZNE SYGNAŁY!
Bo niby co sobie ma myśleć TAKI TŁUSZCZ, kiedy rano dostaje saszetką (w pysk), a wieczorem karmią go parówkami?…
On się biedak chyba od tego wszystkiego POGUBIŁ! Hanka mówi, że zafundowałam mu niezła schizę. I że mój tłuszcz teraz będzie generacja EMO.
Tu snieg, tu walnięty tłuszcz, jak ja mam być ZRELAKSOWANA i się nie denerwować.