POCIESZAJACE JEST TO, ZE O 17.00 JUZ WIDNO

 

Koty trochę jakby oklapły.

Czy to znaczy, że zima powraca, czy raczej, że już odbębniły co miały do odbębnienia (że tak się wyrażę) i wrzuciły na luz?… Tj. nastąpił moment jak w Dynastii, kiedy każdy bzyknął każdego i teraz scenarzyści zastanawiają się nad sprowadzeniem nieślubnej córki męża siostry albo chociaż odnalezienia zaginionej bliźniaczki, żeby można było rozpocząć kolejną rundę?…

 

N. katuje wieczorami „Odwróconych”. Uwielbiam gangsterskie seriale, nic z nich nie rozumiem. Za dużo jednakowych łysych gangsterów albo chłopców – pomocników gangsterów w bejzbolówkach. Mieszają mi się po prostu. I przesłanie do mnie nie dociera, kto kogo kropnął, z jakich pobudek, nic. Najczęściej chodzi o to, że trzeba kropnąć, bo kolę wylał i panu się spodzień ubrudził. A te zebrania SZEFÓW i te rozmowy W PRZENOŚNI?… Żeby się przelicytować KTO JEST NAJTWARDSZYM TWARDZIELEM?…

 

Cudo, po prostu.

 

Naprawdę, faceci mają pod czaszką coś dziwnego.

 

Ale serial OK., podoba mi się (żebym jeszcze rozróżniała gangi, to całkiem by było ślicznie; czy nie mogliby ich ubierać w kurteczki w różnych kolorach? Np. gang RYŚKA nosi zielone, a gang SĘPA – niebieskie).

 

Zrobiłabym coś pożytecznego ze swoi życiem, tylko co.

 

Może na razie rozwieszę pranie po prostu. To sprzed trzech dni.

 

KRWAWA MARY JEDZIE NA SZKOLENIE

 

Ojej! A jutro szkolenie zakładowe!

Stęskniłam się?… No średnio. Ale dobra. Niech będzie. Pojadę (ja i moje czarne podniebienie).

 

A mój mąż wymyslił świetny dowcip z okazji walentynek:

– Czesc stary, co robiłes w Walentynki?

– Aa, wiesz. Kolacja, wino, sex… A później wróciłem do żony.

 

Jak. Ja. Mam. Go. Nie. Kochać.

Pieszczoszka.

O ZOLWIACH, MIESIE I TROI

 

Dziś dla odmiany śniły mi się żółwie – takie pięęęęękne, wielkie żółwie, zielone, trochę omszałe, chodziły po ogrodzie, a ja je karmiłam chlebem.

 

Byłam na urodzinach u koleżanki, która jako catering na kilkanaście bab zrobiła TRZY HEKTARY KANAPECZEK wielkości znaczka pocztowego.

 

Ona zawsze miała perfekcyjna organizację, w zeszytach wszystko popodkreślane trzema kolorami i zamiłowanie do rękodzielnictwa, ale tym razem chyba trochę przesadziła. Czy nie? Czy po prostu TO JA jestem mega leniwa?…

 

Z tego wszystkiego zrobiłam wczoraj dżem z papryki, w dodatku marynowanej.

Do barana, którego piekł szwagier.

I znowu wędzą mięso z moim mężem. Wszystko śmierdzi mięsem i dymem. Już nawet nie chce mi się denerwować. Jak to któraś słusznie zauważyła- lepiej, żeby bujali mięso, niż mają chodzić na dziwki. Co z tym mięsem później zrobić – to zupełnie inna sprawa, mam np. w spiżarni taki schab, co wisi już trzeci rok. To już jest schab militarny, podejrzewam. Coś jak bojowy chleb krasnoludów.

 

Oraz mam zasadnicze pytanie, związane z historią.

Oglądaliśmy wczoraj taki film, w którym Brad Pitt biega w niebieskiej sukience (pod kolor oczu) – tak, „Troja”. I ja ich kurteczka nie rozumiem. Tych w Troi. Po kolejnej bitwie płona stosy z ciałami bohaterów, kobiety lamentują, a ta blond bździągwa, przez którą cały ten raban, siedzi jak ta mimoza i rżnie wielce nieszczęsliwą.

 

No jak słowo daję, nie można jej było od razu na samym początku za kudły i przez płot? Poszła won, cudzołożnico jedna! Nieletnich ci się zachciało! Pakuj tornister i spadaj z powrotem do męża i to raz-dwa, zanim chłopaki zdążą miecze rozpakować.

 

Jak na męznego wojownika, trochę ten Priam jednak słabo kombinował. W ogóle miał coś z głową, co udowodnił, wciągając do Troi konia.

  

PS. Oraz dołączam do Haniuty, do Klubu Nienawidzących Lutego (KNL).

  

O PIĘKNYM SNIE I WCZORAJSZYCH MĘCZARNIACH

 

Aleee miałam pięęęęękny sen!…

Śniło mi się, że dżinsy na mnie wisiały.

 

Ach.

 

A wczoraj miałam STRASZNY dzień. STRASZNY. Wystraszyłam się, że zgubiłam mojego zaręczynowego suszonego Murzynka.

 

Murzynka dał mi mój mąz, kiedy jeszcze nie był moim mężem, ja miałam innego faceta, a on zaledwie zaczął się zarysowywać na horyzoncie (i miał wtedy równolegle trzy inne baby). Nie wiem dlaczego, ale po otrzymaniu Murzynka zrobiło się jakieś takie logiczne, ze będziemy ze sobą do końca życia po prostu. A w dodatku te Murzynki na Dominikanie noszą faceci w celu wydłużenia i nadania mocy ich penisowi – tak mi powiedziała Edyta Olszówka (pff! Czy ja nie jestem zmanierowana? EDYTA OLSZÓWKA MI POWIEDZIAŁA). I jak to usłyszał NIE POWIEM KTO, to koniecznie chciał ode mnie tego Murzynka pożyczyć. Ale nie zgodziłam się i sama chodziłam tego wieczoru z Murzynkiem i przysięgam, miałam naprawdę wielkiego penisa. Aż do czwartej rano, kiedy to mój mąż wywlókł mnie z imprezy za szelki i wpakował do łóżka.

 

No i wczoraj w okolicach pierwszej PM łapie się za szyję, A MURZYNKA NIE MA!

Matko Boska.

Obeszłam na czworaka całe biuro. Nie ma. Dostałam zawału. Chciałam się rozpłakać, ale nie mogłam, bo serce mnie kłuło. W dodatku kilka dni temu N. zgubił swojego Murzynka (bo mamy każde po jednym) i ja mu straszliwie ciosałam kołki na głowie, więc mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Poza wszystkim, ten Murzynek naprawdę przynosi mi szczęście, widocznie on nie tylko na penisy działa. Co przeżyłam to moje.

 

Okazało się, że zostawiłam Murzynka na komodzie w sypialni.

 

Dobrze, że w jasnych włosach mniej widać siwe.

PS. Walentynki, oczywiscie, olewamy?…

W DRUGIM AKCIE ŚPIEWAK ŚPIEWAŁ ZNACZNIE JUŻ ROZWAŻNIEJ

 

Droga redakcjo, koty mi się grzmocą na dachu. Co robić?

 

To było ujęcie problemu w tzw. streszczeniu menedżerskim. Teraz nastąpi opis według klasycznej struktury, zawierający wstęp, rozwinięcie i zakończenie (acz zakończenie przyjmie formę otwartą).

 

Mój stary modrzewiowy dom (za którym tęskni Lilly) posiada wiatrołap z blaszanym dachem. W wiatrołapie stoi nasz ulubieniec, schizofreniczny piec, a przed wiatrołapem rośnie magnolia.

 

Pierwszy był bodajże Fryderyk – pokój jego pozszywanej z kawałków futra duszy, albowiem Fryderyk się przeniósł (do swojego pana Belzebuba). Ale jak to osobowość alfa – poprowadził za sobą inne koty. Taki Cze Gewara z niego był. Koty nauczyły się włazić po magnolii i zeskakiwać na blaszany daszek. Z głośnym JEBUT! naturalnie. Bardzo im się ten dach podoba, przytulają się tam do komina.

 

Oraz od kilku dni współżyją płciowo. W dodatku zbiorowo.

 

Już samo skakanie kota na dach było dość upierdliwe. Dla porównania – proszę sobie rzucić spora torbę podróżną na kawał blachy. No to tak to brzmi. Wszystko fajnie, jak w domu jest N. (i może po prostu złapać siekierę i iść się rozprawić z włamywaczem, psychopatą czy innym akwizytorem mocnych wrażeń). Ale jak go nie ma?… Ooo. Spędzam czarowne noce, leżąc na wznak pod kołdrą, strzygąc uchem i podskakując na metr w górę przy każdym kocim JEBUT o dach.

 

Mało im było skakania, teraz burdel sobie założyły. Najpierw jest gra wstępna w postaci walk bratobójczych. Kilka dni temu, jak się zaczęły tłuc po raz pierwszy, to myślałam, że idzie burza z piorunami, a N. na wszelki wypadek wyleciał przed dom ze strzelbą (żeby zastrzelić piorun?… no nie wiem, mężczyźni maja inne instynkty, no ale w końcu to oni przed wiekami wlekli duże nieżywe stworzenia do jaskiń, w których czekałyśmy na nich my – z kawą, książeczką i w szlafroczku). Jak się już pobiły i ustaliły między sobą prawa do własności, to zaczęły się gwałcić. Też dość akustycznie. Dlaczego koty z całej dzielnicy uznały, że najlepiej im będzie prokreować na moim dachu – tego nie wiem. Być może faktycznie wysyłamy im sprzeczne sygnały, bo N. raz chce do nich strzelać, a raz wynosi im puszkę po sardynkach do wylizania.

 

No i teraz ja widzę następujące wyjścia z sytuacji:

a)      ściąć magnolię – czego wolałabym uniknąć, bo ona pięknie kwitnie, a posadziła ją moja babcia.

b)      wypuścić N. i zdać się na jego instynkt. Śrutu mu nie dam, ale jakby tak solą w zadek?…

c)      wypuścić N. z łukiem – zakupił bowiem komplet strzał i rozgląda się za obiektami ćwiczebnymi. Bocian przyleciał do nas z Afryki ze strzała w tyłku, to kot też przeżyje, acz będzie miał nauczkę.

d)      przeprowadzić się w końcu do nowego domu.

 

Nie wiem. Dziwne stworzenia. Mało romantyczne, że tak powiem. Z włoskim modelem kopulacji – gdzie cała kamienica musi wiedzieć, że don stanął na wysokości zadania.

 

Dlaczego czasami człowiek musi być świadkiem wydarzeń, w które naprawdę nie ma ochoty się angażować – np. posiedzenie Sejmu, przesłuchanie b. ministra Ziobry albo kopulacja kotów?… GDZIE SĄ MOJE PRAWA JEDNOSTKI?… Czy ja się włóczę prokreować po cudzych dachach?…

  

PS. Prezes mnie zabije, bo podobno to jego kwiatek. Ten, który trochę ukiliłam. Podlałam go, ale nie bardzo rokuje. Kwiatki potrafią być czasem tak samo wkurwiające, jak koty. Choć nieco ciszej.

 

NO WROCILAM I GOTOWA JESTEM OPROMIENIAC

   

(NAPRAWDĘ ktoś uwierzył, że na tym zdjęciu TO JESTEM JA?… No weźcie. GDZIE MI DO TAKIEJ FIGURY. Już nie wspomnę o tym, że gdybym założyła te buty, to by się skończyło obustronnym złamaniem otwartym kostki. Ale dziękuje Wam, kochani, za nieustająca wiarę we mnie).

 

W dzisiejszym odcinku naszej powieści – rzeki autorka zajmie się tematem, czy jest sprawiedliwość na tym świecie.

 

Otóż, chciałam poinformować, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

 

W zasadzie na tym mogłabym zakończyć, ale pozwolę sobie nieco rozwinąć temat. Bo wróciłam z tej Galicii naładowana energią i humorem i czerwonym winem i chorizo gotowanym w cidrze… A u nas chodzę jak ta za przeproszeniem sałata bez dressingu.

 

W Santiago było 25 stopni.

W LUTYM. TAK?

 

W czwartek odwiedziliśmy Świętego Jakuba i usiedliśmy na chwile w kawiarni na schodach, obok katedry.

Słońce grzało jak obłąkane. Całe schody obsiedli studenci ze szkicownikami albo młodzieńcy z psami. Na placu, naprzeciwko katedry, rozsiadła się trudna młodzież paląca marihuanę oraz artyści. Jeden chłopak wyciągnął gitarę i zaczął śpiewać flamenco. Przesiedzieliśmy tam dwie godziny, robiąc nic. Patrząc na plac przy katedrze, taki sam, jak sto lat temu, dwieście i pięćset. Jedno z tych dobrych, starych miejsc, gdzie czuje się potęgę czegoś… absolutnego.

 

Jadłam takie rzeczy, że i tak mi nikt nie uwierzy – np. łososia campano, najsłynniejszego łososia w całej Hiszpanii. To jest pierwszy łosoś w sezonie – kto go złapie, dostaje trofeum, bija dzwony w kościele z tej okazji (stąd campano), a restauracje się o tego łososia zabijają i płaca ciężkie tysiące euro za kilogram.

 

Traf chciał, że zeszłorocznego campano złapała Marise – NASZA Marise, do której jeździmy, pobiła na głowę wszystkich wędkarzy. Dodać należy, że Marise jest najpiękniejszą kobieta w całej Galicji, a gotuje tak, że Nigella może jej czyścic obuwie miękka flanelką. Nic, tylko się zabić.

 

No i Marise nie sprzedała tego łososia do restauracji, tylko czekał na nas.

 

Albo wieczór w Lugo, kiedy siedzieliśmy w pięknej restauracji, mój mąż podrywał szefowa kuchni, ja kiwałam się na wysokim stołku, zanim się zorientowałam, już stały obok mnie trzy kieliszki z winem (bo trzeba było porównać szczepy), a z drugiej flanki atakowały anchovies z oliwą i sery, w ogóle co chwile ktoś do mnie podbiegał i pakował mi cos do dzioba (ledwo zdążyłam wypluwać wykałaczki), a z kolei jedna pani przy stoliku ewidentnie podrywała kelnerkę i ja nie pochwalałam tego związku, bo pani wyglądała na apodyktyczną i jak nic zatruje kelnerce życie i będzie ja wpędzała w kompleksy, i zrobiła się nagle trzecia w nocy i trzeba było wychodzić…

 

I siedzę dziś taka ogłuszona i staram się wymyślić powód, dla którego tam nie zostaliśmy. Pod ta katedrą w Santiago.

 

Chyba pranie musiałam zrobić.

 

WŁAM!!!

– wyszła? Poszła już?
<mrug_mrug>
tak…. NIE MA JEJ. Więc korzystająć z okazji….

DRODZY MOI
TO JEST KLASYCZNY WŁAM
POD NIEOBECNOŚĆ
KTORY TYM RAZEM MA NA CELU
POKAZANIE JAKA TO Z BAŚKI JEST PRZYJACIÓŁKA

no nie?

NO WIĘC CO WIEMY?
ŻE POJECHAŁA DO HISZPANI, TAK?
JEŚĆ NIBY TE KIEŁBASĘ I PIĆ WINO
TAK?
TUCZYĆ SIĘ ZIEMNIAKAMI Z OŚMIORNICĄ
TAK?

No i świetnie. Wierzycie jej? Bo my przyjaciółki, współscenarzystki, tak.
A tym czasem, prasa zachodnia udawadnia, iż….

ba

ktoś nas wyrolował z niełzłej imprezki!!
i red carpeta!
i czemu? czemu?
TYLKO DLATEGO ŻE MAMY NADCIŚNIENIE??

Szejm on ju baśka!!!

baska2

… żebyśmy sie musiały dowiadywac z hollywoodtuna.com… pomyslałby kto…..
po tylu latach….

O LOSIE, LOSIE

 

Noszę soczewki kontaktowe już od tylu lat, że myślałam, że nic mnie nie jest w stanie zaskoczyć.

 

O jakże się myliłam. Z soczewkami widać jak z ludźmi. Nigdy nie mów nigdy (czy tam hop, czy jak to było).

 

Nie raz założyłam soczewkę do góry nogami (czy raczej na lewa stronę). Potrafię je zakładać i zdejmować po ciemku i bez lusterka. Kilka razy w życiu (po nadużyciu) obudził mnie potworny ból oczu – znak widomy, że nie zdjęłam przed snem soczewek (i zaczynają mi gnić oczy z niedotlenienia). Wyjmowałam już rzęsę spod soczewki i soczewkę spod powieki. Trafiały mi się soczewki fabrycznie zapakowane – z dziurą. Raz trafiła mi się soczewka sklejona na pół (oczywiście – na wyjeździe służbowym, kiedy to już nie miałam więcej soczewek w zapasie i siedziałam jak cyklop przez cała konferencję). Sama niejednokrotnie zrobiłam w soczewce dziurę, podarłam przy płukaniu albo przecięłam na pól zakrętka od pudełeczka na soczewki. Suszyłam soczewki i moczyłam je z powrotem, żeby się przekonać, czy po tym zabiegu jeszcze się do czegoś nadają (nie nadają się) (a wysuszona soczewka jest bardzo twarda).

 

Wczoraj wyjęłam z oka soczewkę w dwóch kawałkach i zgłupiałam.

NIEMOZLIWE, żeby ona mi tam PĘKŁA na oku i tak tkwiła, bo bym przecież poczuła. Uszkodzona soczewka uwiera jak diabli.

Z drugiej strony – podarłam ja na pół przy wyjmowaniu?… Tak równiutko?…

 

No cholery można z nimi dostać.

Rozrywkowe bestie te soczewki.


 

TRADYCYJNIE O NICZYM, CHOC NA SASKIEJ PRAWIE WIOSNA

 

Dobra.

Liczyłam na Michała Wiśniewskiego, właściwie to trzymałam kciuki za jego kondycje psychofizyczną, i nie przeliczyłam się.

Powitajmy na świecie Vivienne Vienna.

 

Pfff!

Po Xavierze, Fabienne i Etienette to PRAWIE konserwatywnie.

 

Drugi z moich ulubionych Wisniewskich – nasz Leonek od przejeżdżania głuchoniemych koparkami – ksiązke napisał. Znaczy, wydał. Znaczy, po raz kolejny wysłał kilka maili do jakiejs dziennikarki, wydrukował, zszył, oprawił, nalepił metke i kroi naród. Kto to jeszcze czyta, na miły Bóg? Przypominam niewierzącym, że opis podwójnej helisy NAPRAWDĘ znajduje się w podręcznikach do biologii i nie jest to wiedza ezoteryczna, posiadana wyłącznie przez Janusza Leona. Choc on sam pewnie nad tym boleje.

 

A poza tym to nuda, nie? 😉

 

Jadę jutro do Hiszpanii.

Słyszałam, że Ribeira Sacra całkiem obrodziła tego roku. Zamierzam to sprawdzic na własnym organizmie.