ZABAWNA DYKTERYJKA I INTERESUJĄCY FAKT

 

Wczoraj, drogi pamiętniczku, odkryłam w sobie kolejny talent, o który się nie podejrzewałam.

 

Połknęłam mianowicie kapsułkę solpadeiny na łba napierdzielanie, bo ja jestem wrażliwa na meteo, a meteo wczoraj było zaiste – kto widział, ten wie. Ona mi radosnie utknęła w przełyku, ta kapsułka. Widocznie mam wąskie gardło, w dodatku dosłownie. Po chwili żelatyna się rozpuściła, a ja wydmuchnęłam nosem cała zawartość kapsułki w zgrabny przeciwbólowy obłoczek.

 

Bardzo to było zabawne.

 

A dziś rano, prasując bluzkę, dowiedziałam się, ze plantacje chmielu są rodzaju żeńskiego! To znaczy, że chmiel ma płeć i na piwo hodowane sa wyłącznie osobniki żeńskie. Obecność osobnika męskiego w pobliżu plantacji jest – jak stwierdził pan hodowca – wysoce niepożądana.

 

Dzizas, po co ci faceci są, skoro nawet PIWO robi się z kobiet?…

 

BLANK TEMPLATE


No dobra, to już za tydzień, to co? Moge juz dostac spektakularnej histerii? Moge, moge?
Wezcie, w tym roku jest MEGA STRASZNIE, bo „WELCOME TO SAMANTA’S BOX“. Masakra po prostu. O nie. Ide zazyc valium. Gdzie moje valium! W apteczce tylko ocet jabłkowy w tabletkach. W MOIM WIEKU powinnam mieć w apteczce valium, barbiturany i prozak! A nie kurwa aspirynę i nospe.
 

A może się upić po prostu?
A może wyemigrować wewnętrznie celem zastanowić się, co jest naprawdę ważne w życiu kobiety (moim zdaniem – majtki. Majtki są mega ważne w życiu kobiety, ACZKOLWIEK komprehensywne badanie przeprowadzone na celowo dobranej próbie o liczebności 2 sztuk moich przyjaciółek wydaje się nie potwierdzać tej tezy). 

Co poza tym.
Byłam nad morzem, tym razem tak na ukos przez Polskę. W Ustce na przykład. 

W Ustce mieliśmy bardzo przyjemny hotel, gdzie tatara z łososia serwują pod postacią łabądków (serio – skrzydełka i szyjki z ciasta ptysiowego – niezłe origami). Rano mąż popruł na spotkanie, a ja zostałam z ofertą puchatego szlafroka, basenu, sauny, solarium, zabiegów kosmetycznych, masaży, alg, jontoforezy i elektrolizy, więc poszłam na plażę. 
 

Jak tylko wlazłam na plaże, wydało mi się oczywiste, że powinnam pójść przed siebie.
 Ja nie wiem, skąd mi się wzięły takie myśli, chyba przez ten jod w powietrzu, bo normalnie to bym została z tym szlafrokiem i przespała ze 4 godziny, a tu proszę. IŚC! No to poszłam. Chyba jakieś 6 kilometrów. Przez chwilę miałam stracha, czy dam radę wrócić.  

Wydawało mi się, że idę w dość dziarskim tempie. Do czasu, kiedy wyprzedziła mnie kuracjuszka w wieku ok. mojej babci, w nieskazitelnej garsonce, z torebusią i w klapeczkach na obcasie. Wyprzedziła mnie płynnie i bez wysiłku, jak Ford Mondeo ST powiedzmy wiekową nyskę.
 

Ledwo wróciłam i dowlokłam się do hotelu – powrócił mój małżonek, naładowany adrenaliną jak nowiutki akumulator i zawlókł mnie do portu. Raczej pełzłam, ale mój mąż musi do portu. On się narkotyzuje rybimi flakami. Nie promenada, z takim trudem przeze mnie odkryta, nie zachęcające kafejki – musi być port. Muszą być kutry. Muszą być śmierdzące sieci. Muszą być męskie pogawędki z rybakami, ktorzy wrócili z połowu (więc rozumiecie, ja tu powiewam białym szalem, a wokół plamy oleju i rybie zwłoki po kostki).
 

A póżniej obejrzeliśmy sobie Świnoujście – przepiękne miasto całkowicie owładnięte przez Dziadków – Skwarków. Wszystkie ławeczki na obu promenadach szczelnie pokryte Dziadkami – Skwarkami, co do milimetra. Wpływy Dziadków – Skwarków konczą się dopiero za muszlą koncertową, tam, gdzie są nowe apartamentowce, a w nich – kafejki z wifi, jazzem i pseudowłoską kuchnią. Dziadki – Skwarki wolą pozostać w przyjaznej części smażalniano – sanatoryjnej, tam, gdzie na deptaku wygrywają Peruwiańczycy przebrani za olbrzymie indory, a wieczorem całe towarzystwo leci oglądać kolorową fontannę (nawet lokalny żul, co zbierał na flaszkę, nie mógł się z tym pogodzić – „Ludzie! Serio?… FONTANNA?“).
 

Nocowaliśmy w domu uzdrowiskowym,  który miał dziwny pokój z oknem wychodzącym na taras. Tzn. aby wejść na taras, trzeba było wyleżć oknem. Drzwi na taras nie było. Dziwne, ale dość malownicze. Oczywiscie, ze próbowałam zwizytować ten taras, ale mój małżonek wciągał mnie za nogę do pokoju. Może dlatego, że była 23.00, lał deszcz, a ja byłam w dezabilu (nie mylić z demobilem – JESZCZE). No ale czy to są powody?… 

No i tak o. A w niemieckim Netto kupiłam hunde t-shirt dla Szczypawki. Z biedronką na plecach. 
 

Oraz informuję, że w tym sezonie na polskim wybrzeżu absolutnie nordic walking. Pojawienie się bez dwóch kijów i marsz bez atletycznego sapania mogą być uznane za niezłą fopę.
 

To idę mieć depresję.
  

PS. Aha, bo zapomniałam dodać, że byliśmy w mega fajnej knajpie, gdzie jest za dużo jedzenia, wszystko pyszne, stoi gotowe i się nakłada, samych lazanii i zapiekanek z 10 rodzajów, ale nie o tym chciałam – otóż, tam jest krokodyl. W tej knajpie. Siedzi w takim basenie z napisem „ZAKAZ RZUCANIA CZYMKOLWIEK W KROKODYLA“. Przysięgam. 
 

PSPS. Po powrocie do domu, powitało nas w progu włochate stworzonko. Gdyby miało o połowę mniej nóg i nie siedziało na ścianie, to bym się ucieszyła.
 

CZYM SIE RÓŻNI WRÓBELEK

 

Wczoraj:

– Weź jej zdejmij ten włos z dupy, ja nie mogę na to patrzeć.

– Oj uspokój się, kobieta powinna intrygować, a jakie ja mam szanse, żeby intrygować? To chociaż włos sobie na dupie powiesiłam, niech intryguje.

 

– Wiesz, ze już drugi raz nie było w Coffe Heaven mojej ulubionej sałatki?

– Tej z burakiem?

– I serem pleśniowym, no no! Ktos mi wykupuje!

– Ja jej nie lubie, ale mój mąz tak. Może on ci wykupuje? Zawsze kupuje dwie!

Chwila ciszy. Chórem:

– MA KOCHANKĘ!

 

No i tak o. Wyjeżdżam trochę, by nie zwariować z powodu, KTÓRY NIE JEST TAJEMNICĄ (to już za tydzień z ogonkiem i trochę chodzę po ścianach), ALE NIE CHCĘ NA TEN TEMAT ROZMAWIAĆ. Z NIKIM!!!!!!!!!!!!!!!!

PS. Śniła mi się dzis tarantula! Przed która spierniczałam, a ona mnie ganiała. Miała olbrzymie, błękitne oczy i długie rzęsy.

ŁUK W TRZECH ODSŁONACH

Malwy z widokiem na łuk:

Łuk z widokiem na tarczę:

W tle – zwisają z tarasu te takie dziwne akcesoria, co ja mam swoje zdanie na ich temat:

Podobno jeszcze maja być upały, ale u mnie na chacie już jesień pełna gębą – wczoraj przez salon przebiegł pająk wielkości szczenięcia Yorka i równie kudłaty. Nie dość, ze się mnie nie bał, to jeszcze przystanął przed fotelem (na którym się kuliłam jak ta z Titanica na drzwiach) z miną (przysięgam, miał minę) „A ty tu czego?…”. Wolę nie być przy tym, jak ktos kiedyś będzie rozbierał ten dom i spod podłogi wyjdą te mutanty, które tam mieszkają i chowają się wsobnie.

 

A w Manufakturze wczoraj NIC! NIC!!!!!

NAWET SZALICZKA!

No – trzy książki, ale to na Piotrkowskiej, to się nie liczy. Nowy Gibson wyszedł, się okazało, i się czyta.

PODANIE O DOSPRZĘTOWIENIE

 

Poszukuję zestawu do wina, który by miał przyrząd do wyciągania i osuszania muszek owocówek. Robię to przy pomocy łyżeczki i serwetki i jest to niesłychanie pracochłonne. Z otwartymi ramionami powitam jakieś udogodnienie. Skąd się tyle tych mend bierze – to osobna kwestia.

 

Mielismy w weekend niewielkie lądowanie UFO, ale chyba już OK.

 

Mój mąż trochę miał fazę „A teraz naucz ajfona gotować i – że się tak wyrażę – nie jesteś nam już więcej potrzebna”, ale zrobiłam mu TAKI schab z jabłkami, że mu przeszło. Mam nadzieję.

 

A wasza kiełbasa? Czy już przegoniła ich kiełbasę?…

"MIĘDZY SŁOWAMI" PO RAZ… KTOS LICZY?

 

Wczoraj znowu oglądałam „Między słowami” (N. nie było w domu – jedyna okazja, bo on już tego nie chce oglądać. Nie wiem, dlaczego. Bourna i Bruce Willisa może, a „Między słowami” – nie! Zastanawiające).

 

I się wzruszałam i tak dalej – myslicie, ze jakie zyczenie Charlotte zawiązała na drzewku w tej świątyni?… Co tam napisała?…

 

Ale.

Co do mnie dotarło.

 

Ze O MATKO.

Ja jestem tą ŻONĄ!

 

Tą, co bez przerwy dzwoni i wysyła faksy, i zawraca dupę „Kochanie, dywan w kolorze burgunda” – podczas gdy kochanie siedzi przy barze i dwudziestoletnia blondynka wnosi własnie w jego szarą egzystencje ożywczy powiew, chodzi do japońskich klubów i odkrywa świetna japońska muzykę, i musi zaopiekować się blondynką, kiedy ta ma stłuczony paluszek. DZIZAS.

 

I jakos tak troche inaczej na to wszystko spojrzałam. Od nowa jakby.

 

I lekko jestem tym ogłuszona.

 

POWIADAM PANSTWU – SWIATA KONIEC!


Lluvia?Of kors, że lluvia!

Co ma nie lluviać, skoro mój małżonek zaplanował sobie (a raczej mu wypadły) delegacje trzy dni pod rząd! A jak on wyjeżdża, to ZAWSZE pada, tak? (Chociaż, zielone słupy mówią, że dopiero jutro od 20.00 będzie padać, a zielone słupy się nie mylą, ani o minutę).

 

Koniec świata coraz bliższy. Coraz. Wisła wygrała z Barcą. Jeden do zera, no ale. Fakt pozostaje faktem. Zaczynam się bać i wypatrywać asteroidów, drapieżnych ślimaków, krwiożerczych pomidorów albo mgły.

 

A Pudzian kupił sobie Lamborghini Murcielago. I brawo, zapracował sobie ciężko, tylko ja mam takie pytanie – KTO i JAK go do tego samochodu upycha? I jak z niego wyciąga? Ja widziałam Pana Mariusza na żywo raz, w dodatku w KFC. Stał przede mną w kolejce. Chciałam poinformować, ze zasłaniał TRZY KASY. Naraz. I nie ma takiej siły, żeby on się zmieścił samodzielnie. Musi się poskładać jak człowiek – guma albo jakoś inaczej zzipować.

 

Własnie uświadomiłam sobie, jak dawno nie byłam w KFC i nawet mnie nie ciągnie. Hm. To w sumie smutne – gdyby się okazało, że nie miłośc po grób, a przelotna fascynacja.

 

Horoskop na dzis mam jakiś taki beznadziejny, że chyba nie pozostało mi nic, tylko pooglądać wyprzedaże bikini.

 

"MY, NASZE PSY I SAMOCHODY"

 

Obudziłam się ledwo żywa.

Najpierw śniło mi się, że moja matka była alienem i musiałam przed nią uciekać. A następnie, że Zebra miała szczura, takiego dużego, puchatego szczura, który sobie biegał po pokoju (a ja musiałam pilnować Szczypawki, żeby mu nic nie zrobiła), i okazało się, że ten szczur ma tylko jedno oko.

 

No przynajmniej to jedno oko jest zrozumiałe. Po czterech odcinkach „Pushing Daisies”.

 

I chyba zacznę odcinać centymetr do wyjazdu na wakacje. Trochę nie mogliśmy się zdecydować, która wyspa w tym roku – ale jednak Fuerte. Niebiańskie plaże, spokój, wiatr i kozy. Tego nam trzeba (ciekawe, czy żółty jeep będzie na nas czekał).

 

Zamówiłam sobie tedy kurs hiszpańskiego audio, no bo trochę jestem jak pies – sporo rozumiem, ale odezwać się nie potrafię. No chyba że w restauracji (calamares a la plancha, boquerones, gambas al ajillo y copa de vino tinto, por favor, muchos gracias). Ale miło byłoby umieć zagaić rozmowę klasycznie, np. „Papuga siostrzenicy twojej sąsiadki zrobiłaby wczoraj zakupy, gdyby nie zgubiła parasola”, prawda?

 

(W opisie wyspy pominęłam niemieckich nudystów grubo po 60-tce).

 

A rano jedna soczewka zwinęła mi się w rulon. Akrobatka.

 

SMUTNA PRAWDA WYCHODZI NA JAW

 

Weźcie tego kolesia z tym testem IQ!

Gdzie nie wejdę, tam w komentarzach test IQ.

 

NIE CHCĘ wiedziec:

– jakie mam IQ,

– ile mam w biodrach,

– i ile ważę.

 

Nie chce i już. FENKJU, GUD NAJT.

 

Mówiłam już, że ostatnio moim ukochanym sudoku jest zmywarka?

 

Uwielbiam upychać brudne gary w zmywarce. U Ewy na Mazurach od razu po przebudzeniu z wrzaskiem „ręce precz od zmywarki!” i jeszcze w barchanach (czyt. flanelowa piżamka) leciałam załadować zmywarkę. Była moim Mount Everestem – tak, żeby na jedno zmywanie wlazły wszystkie talerze z kolacji, ze śniadania, całe szkło, kubki, brudne gary, naczynia żaroodporne i słoiki. Zwykle nie dość, że mi się udawało, to jeszcze zostawało miejsce na 2 – 3 filiżanki. Rozładowywać zmywarkę tez bardzo lubię. A pralki – nienawidzę. No i gdzie tu sens?…

 

I tak to wygląda. W sumie dość smutno – zawsze chciałam być wysoką, apodyktyczną, ciemnowłosa femme fatale z długimi paznokciami, palącą papierosy. A jestem niską blondynką, niepalącą, gapowatą, z krótkimi paznokciami, w dodatku uwielbiającą zmywarki.

 

Cos tu poszło nie w tę stronę.

Ps. Dlaczego NIKT mi nie powiedział, że "Pushing Daisies" jest takie… takie… TAKIE? Wsiąkłam wczoraj nieodwołalnie.

 

O PODLOSCI LUDZKIEJ – ZASADNICZO

 

Gadamy od rana z Rogiem, który młody jeszcze jest (za młody na Heroda) i nie wierzy mi, że ludzie potrafią być takimi świniami, ze wódkę weselna fałszują. A tak! Nie ma już dziś żadnej świętości! Przyklejają historyczkę do krzesła, fałszują wódkę weselną, a nawet donoszą na księży!

 

Taki mam przypadek w okolicy, gdzie księdza zapuszkowali, bo pieniędzmi z tacy spłacał kredyt w banku. Kredyt zaciągnięty na budowę domu. Dla kochanki. O WIELKIE MI CO. Tej samej od wielu lat (i co Święto Zmarłych to w nowym futrze). I co to komu przeszkadzało?… Podłość ludzka nie zna granic.

 

Zjadłam sałatke z McDonaldsa. Oficjalny dowód na to, że swiat się ma ku końcowi.

 

Wczoraj mój osobisty tatuś oddał mi „Odd Thomasa” Koontza, ręce mu się trzęsły – „Jaka straszna ksiązka! Jak on to opisał! Straszne to! Normalnie cos potwornego!… MASZ COS JESZCZE TEGO AUTORA?…”

 

Ha.

 

W horoskopie na dziś mam sobie zostawić margines swobody i nie tracić kontroli nad rozwojem sytuacji.

 

A śniło mi się, że byłam z Zebrą na plaży, i najpierw się zapadłam w mokry piasek, a później porwała mnie fala. Znaczy – oszałamiająca kariera, tak?…