O MOTTO ZYCIOWYM I STATYSTYCE ZYWIENIOWEJ

  

Przyznam się, że od jakiegoś czasu poszukuję życiowego motto.

Ostatnio najbardziej podobało mi się to:

    

Ale po wczorajszym komentarzu Krokodylowym biorę to (bez pytania o zgodę): „Pozbawiona ambicji, cieszę się z drobiazgów”. 


Ma ono tę wielka zaletę, że można się nim pochwalić w towarzystwie (a mrówkojadem nie za bardzo, gdy się nie ma zdjęcia, trudno to zwizualizować).

 

Choć zasadniczo, pewnie będę ich używac wymiennie. Z wiadomych powodów. Gospodarka hormonalna to jednak jest straszna kurwa.

  


PS. Dzwoni do mnie mąż i mówi: „Mam dla ciebie niusa! Właśnie powiedzieli w Trójce, ze człowiek w ciągu swego życia zjada nieświadomie dziewięć pająków! Jak myślisz, ile już masz na koncie? Bo ja chyba z pięć!” – AŁAAAA!… NIE WIEM, co straszniejsze – mieć je już zjedzone i odhaczone, czy dopiero w perspektywie?… Ohyzda!

  

PRZYGOD KILKA TLUSTEJ BABY

 

Wróciłam na trochę. Dziewczyny zostały na dłużej, pewnie na weekend znowu pojedziemy (acz nie wiem, nie wiem, wczoraj, jak tylko wyjechaliśmy, to WSIADŁY NA ROWERY, jak tylko zniknęłam za horyzontem! No to jest cos okropnego! Tylko na moment je z oka spuszczę, od razu jakieś brewerie).

 

Sylwester Lejdis udał się nadzwyczajnie.

W tle Freddy Kruger, nastolatki wrzeszczą, kochanie otwórz nam szampana, szampan huknął, piorun jebnął, zgasło światło i rozpętał się Armageddon. Cudownie, prawda? Nie ma jak burza stulecia w samotnej chatce na wzgórzu, nad jeziorkiem, otoczonej lasami pełnymi miejscowych wilkołaków. Bez prądu.

 

Spoko. Następnego dnia był nalot szerszeni. Oraz tak mnie wkurwiła szwagierka, ze pierwszy raz w życiu nie wyszły mi naleśniki. Mówię wam, nie można narzekać na brak atrakcji na tych Mazurach. A jakie żarcie!… Że wspomnę tylko łupki – chrupki i filety z okonków.

 

(ZA KAŻDYM razem, kiedy się spotykamy, jest Armageddon. Przypadek, prawda? Czterdziesty z rzędu).

 

Bogdan nie do poznania.

Gentleman, słuchajcie. Ogolony, w minimalistycznych czarnych outfitach. Co ta miłość robi z ludzi. Podobno nawet już we wsi wiedzą, bo sklepowa jest oficjalnie zazdrosna.

(„Myślicie, że jemu nie przeszkadza, ze ta miłość do Hanki nie ma żadnych perspektyw ani przyszłości, ani… hm… teraźniejszości w zasadzie tez nie ma?” – „A NIBY DLACZEGO uważasz, ze nie ma?”).

 

Oraz opracowałyśmy naukową teorię dotyczącą diet. Wynalazłyśmy dietę ŁĄCZENIA. Konkretnie – łączenia jak największej liczby diet przy jednym posiłku. Udało nam się np. połączyć dietę Atkinsa (łupki – chrupki), śródziemnomorską (sałatka grecka), kopenhaską (woda z cytryną), South Beach (sałatka z gruszką), jabłkową oczyszczającą (sok jabłkowy) oraz garściową (po ogórku do garści) – w zasadzie naprędce i bez wysiłku.

 

Żeby było jasne – od tego się nie chudnie. Ale osiąga się – co absolutnie nie jest do pogardzenia po trzydziestce – stan zadowolenia. Wyżerając sobie nawzajem z talerzy fetę utytłaną w oliwie i dywagując nad naturą pomidorów używanych w restauracjach do sałatek („Moim zdaniem, kochana, pomidor z lodówki to w zasadzie rigor mortis”).

 

Historię Sunshine’a opowie pewnie Matka Sunshine’a, kobieta mafii, a wiecie, jakie są kobiety mafii. Więc ja jej wole nie wchodzić w paragon. Dodam tylko, że karmi swoje dwuletnie dziecko surowymi cytrynami, które ten zjada w całości bez mrugnięcia powieką. Cytrynę oraz pół wiaderka kiszonych ogórków.

 

I wszystko byłoby jak zawsze, gdyby nie to, że Hanka cały czas ściska komórkę. Miało nas być tam więcej, wiecie. Na ten weekend.

 

I NADSZEDŁ DZIEŃ TRZECI

 

Przychodzi baba do lekarza. Lekarz do niej:

– Co się pani stało?

A ona:

– Panie doktorze! Merlin mi się spóźnia!…

 

Mi się własnie Merlin spóźnia i nie mam co czytać. Tj. mam taką jedną ksiązkę, myślałam, że to kryminał jest normalny, trupy, zwłoki, takie tam, ale nie! To jest O DEMONIE, który nawiedza małego chłopca!… Ałaaaaaaaa!… ZBYT STRASZNE.

 

(A spóźnia się, gdyż czekamy na kuchnię Nelly Rubinstainowej. Lubię Ćwierczakiewiczową, ale jako literaturę abstrakcyjną, z jej „nadziewać wiśnie na rożenki i piec w piecu przesypując miałkim cukrem”. A Nelly podobno robiła znakomite ciepłe zakąski dla głodujących artystów. Nie, żebym głodowała, tudzież była artystką, ale dobra zakąska nie jest zła).

 

Oraz odnotowuję, że chyba zmieniła się lekko koncepcja tzw. długiego weekendu. Jakby. Nieco. Deszcze niespokojne targają mnie sad za oknem.

 

Dobrze, że kupiłam polar w Decathlonie. Ma się tego nosa.

IT MUST BE BLOOD. IT MUST BE FRESH.

 

Mam dziś mega wkurwa, chciałabym dorwać tego psikutasa, co zatarasował całe skrzyżowanie na zielonym świetle, bo MUSIAL SOBIE POROZMAWIAĆ PRZEZ KOMÓRECZKĘ, penis rybi jeden. Naprawdę, przemieszczając się warszawskimi ulicami budzi się we mnie już nawet nie Pani Hyde, tylko krzyżówka Kuby Rozpruwacza, Hannibala Lectera i Freddy’ego Krugera.

  

W ogóle – panie doktorze, wszystko mnie dziś wkurwia, Yves Rocher przysłał mi ofertę TOREBKI NA PASKU, jakby to była GILOTYNA NA PASKU, piła mechaniczna na pasku albo siekiera na pasku, to mogłabym się zastanowić. Ewentualnie.

 

Życie jest forma istnienia wyjątkowo wrednego i złośliwego białka.

 

A wszechświat – jak wiadomo powszechnie – jest rurą zagiętą.

 

CARRAMIMBLE ROBLE

 

W ten weekend zdobyłam sprawność harcerską z Zagniatania i Wyrabiania Ciasta na litewskie pierogi, a nastepnie Wałkowania go Butelką.

 

Gdyż nie miałam wałka.

 

Nie szkodzi. Bardzo dobrze wałkuje się ciasto butelką (po winie, naturalnie).

 

Oraz przeczytałam bardzo fajną ksiązkę (od Hanki) o tym, jak różni ludzie zaczynają fiksować, niezależnie od siebie, a następnie spotykaja się w motelu i próbują sobie przypomniec, co im się stało. I cała książkę się zastanawiałam, co pan autor wymysli, żeby to wytłumaczyć. I czy spenia i ucieknie w jakies mętne transcendentne zakończenie. Ale nie. Nie speniał. Poszedł po całości. Po czerwonym dywanie wprowadził do akcji UFO – bardzo dobre UFO, madre UFO i życzliwe UFO. A amerykańskie służby jak zwykle wyszły na ostatnia świnię.

 

A mój mąż z kolei strzelał z łuku i bardzo się denerwował, że na olimpiadzie przegraliśmy, i twierdzi, że wyniki miał lepsze od olimpijskich.

 

Nie powinnam była zeżreć tylu pierogów. Ze smietaną, no bo bez śmietany nie mają one racji bytu.

 

WIELKI ZDERZACZ HADRONÓW

 

Przebierając się wczoraj w domowe ineksprymable, spojrzałam w lustro (aj noł, odważna jestem) i lekko zastygłam, cos bowiem było nie tak. Ale co?

 

Chwile mi to zajęło, zanim doszłam, że oczy. Konkretnie białka. A właściwie – nie białka, ponieważ białka, jak sama nazwa wskazuje, powinny być białe. Raczej. Podczas gdy ja miałam je w żywym kolorze czerwonym.

 

Właściwie przesadzam, nie były czerwone. Kolor ten można opisać jako wnętrze świeżo usmażonej wątróbki kurzej, stopień wysmażenia średni, tj. nie leje się z niej posoka, ale wnętrze wciąż jest w zachęcającym, żywym, różowym kolorze. No to takie miałam białka.

 

Natychmiast wpadłam w panikę, że mam zapalenie spojówek. Albo i gorzej! A co, jeśli mam chlamydię w oku? Jak ten z „Dwóch dni w Paryżu”?… (Świetny film – „Miałem chlamydie w oku! Bardzo rzadki przypadek”). No ale… Chlamydia w oku?… Skąd niby się tam wzięła?… Czy ja te soczewki… NIE! STOP! NANANA NANAAAAAA NAAAAAANAAAAAAAA nawet nie zamierzam się nad tym zastanawiać. To normalne, bezpieczne, staroświeckie zapalenie spojówek, jutro mi spuchną powieki i zacznie się sączyć ropa, a następnie oślepnę (albo zwariuję). Ale najpierw wyjmę szkła.

 

No i właśnie jak wyjmowałam szkła, to tak mnie lekko trzepnęło, że kiedy ostatnio je wymieniałam? Bo mam jakby miesięczne. A noszę je chyba od co najmniej miesięcy półtora. Zarosły już pewnie glonami jak ta zatoka w Chinach. Uff. Nie mam chlamydii, tylko stare szkła.

 

Oraz.

Czy tylko ja, przeczytawszy wczoraj tytuł „Oziębły stuletni jaszczur będzie miał potomstwo” pomyślałam, że to news o Keithu Richardzie?… Tymczasem chodziło o normalnego, dość wiekowego przedstawiciela reptilia.

DYLEMATY NATURY MOTORYCZNEJ

 

Zainspirowane ogłoszeniem:

 
„Świnka ma obciete pazury i zeby w jak najleprzym porzodku. Sprzedaje jom bo mi niestety samiec zdech i świnka czuje sie samotniea nie moge tak na niom patrzeć.”

 
…prowadzimy z Haniuta od rana ozywioną dyskusję: 
CZY OBCIĘTE PAZURKI u przednich łapek swinki morskiej to manicure, czy pedicure? 

Ja uważam, że swinki sa 4na4, a Hanka mi tłumaczy, że w bajkach zawsze chodza na tylnych łapkach, a przednimi piją herbate z filiżanek.
 

Tak, chwilowo nie mamy większych problemów.
 

PS. Podejrzewam, że brakująca masa wszechświata odnalazła się w obwodzie moich bioder.