O PASKUDZTWACH I PIOSENCE DLA ŻÓŁWIA

 

(W biurze wszyscy jemy dmuchany ryż i jest bardzo śmiesznie).

Na Pudlu niusik, że pani Ewa Kasprzyk już się nie będzie odmładzać przy pomocy młodych kochanków, tylko pijawek. I to jest bardzo słuszna koncepcja, ponieważ są miejsca, do których kochanek nie da rady się przyssać, a pijawka – i owszem. Nawet się ucieszyłam, bo gdybym chciała podążyć szlakiem pani Ewy (jak już go przetrze), to u nas na wsi w rowach pijawek po pachy. Co prawda, Hanka mnie studzi, że to musi być taka szlachetna pijawka z rodowodem, co potrafi kosztować nawet stówę za sztukę, a nie plebs z rowu. Co mnie do końca nie przekonuje, bo owszem – plebs z rowu trzeba najpierw wykapać i odświeżyć, ale powinny być o wiele bardziej entuzjastyczne i przy apetycie, niż takie wybredne wymoczki z hodowli. No nie wiem. Dobry pomysł, ale trzeba popracować nad detalami (jak ze wszystkim).

Zakopałam się w ósmej serii „Archiwum X”, w której co prawda nie ma Muldera – UFO trzyma go na fotelu i przypina do twarzy metalowe krokodylki w niejasnym dla mnie celu – ale jest pan zły Terminator z drugiej części „Terminatora” i też bardzo przyjemnie się go ogląda. W ramach zrekompensowania widzowi braku Muldera, sięgnięto po tak wyrafinowane tematy odcinków, że już nawet ja zaczęłam odpadać. W jeden wieczór skumulowały mi się odcinki:

– o facecie, który był nietoperzem – kanibalem i jakiegoś powodu nie lubił innego pana, więc spożywał jego bliskich i znajomych;

– o uroczej sekcie, żyjącej w odosobnieniu, która hodowała wielkiego glizdopasożyta, wpuszczała go ludziom do kręgosłupa i cieszyła się, że ten wielki wstrętny ślimol to Jezus Chrystus;

– o facecie, który ma na czole trzecie oko i zabija ludzi we śnie, siekierą;

– o malutkim Hindusiku bez nóżek, który wchodził ludziom do tyłka i tymże tyłkiem wychodził;

– o nieśmiałym humanoidzie, który zjadał chorych ludzi i wyrzygiwał zdrowych.

Oczywiście, jak to oglądam, to się śmieję na głos i wykrzykuję humorystyczne komentarze pod adresem twórców („Lej go gumą, Danka!”). Po czym przez pół nocy leżę bez ruchu, bo chce mi się siusiu, ale boję się iść do łazienki.

A dziś rano jak jechaliśmy do pracy znowu się troszkę zamyśliłam i usłyszałam, że do Trójki zadzwonił facet i powiedział, że urodził mu się ŻÓŁW i czy mógłby w związku z tym poprosić o piosenkę dla niego i jego rodziców. Nie, żebym miała cos przeciwko piosenkom dla małych żółwi i ich rodziców, ale trochę się jednak zdziwiłam, na co mój mąż powiedział, że jestem już kompletnie psychiczna i do tego głucha, bo facet zadzwonił, bo urodził mu się WNUK. Wnuk, nie żółw. Aha. (Ale dlaczego od razu psychiczna? Bo piosenka dla żółwia?).

A z butami to próbuję wyhodować sobie malutki, zdrowy rozsądek (jak kryształki w słoiku na sznurku) – np. tłumaczę sobie, że na pewno te najpiękniejsze są w cholerę niewygodne, a w ogóle to może trafią mi się jakieś super fajne w Madrycie. (A Spartoo nie znałam – Alpenlove, masz grzech).

O DOBRYCH KSIĄZKACH I DOBREJ KANAPCE

 

Ogłoszenie drobne: ZATRUDNIĘ – uderzacza w łeb. Zakres zadań i obowiązków: uderzanie w mój pusty łeb każdorazowo, jak zasygnalizuję chęć zakupu KOLEJNEJ pary butów w internecie, bo to już naprawdę zakrawa na chorobę psychiczną. Sama siebie przestaję rozumieć. Może być jednocześnie doktorantem, który sobie zbierze materiały, przebada i napisze pracę na temat ubytków, jakie sobie rekompensuję butami. (I poszła oglądać zamszowe botki).

Tymczasem – z wczoraj, za Onetem:

 „Brazylia: krowa zabiła śpiącego mężczyznę.

W południowo-wschodniej Brazylii na śpiącego mężczyznę spadła krowa. Zwierzę ważące tonę zabiło 45-latka – informuje telegraph.co.uk.

Joao Maria de Souza leżał w swoim łóżku razem z żoną, kiedy zwierzę wpadło do jego domu przez dach i go przygniotło. Krowa uciekła z pobliskiej farmy i weszła na azbestowy dach domu, który nie wytrzymał jej ciężaru i się zapadł.

Żona de Souza, która leżała obok niego w łóżku nie doznała żadnych obrażeń.

Jak donoszą lokalne media, to trzeci taki wypadek w tym regionie w ciągu trzech lat, kiedy krowa weszła na dach i runęła do domu”.

 Myślicie, że żona z krową nigdy się wcześniej nie znały?… A może były umówione, bo np. mąż, wielokrotnie upominany, NIE CHCIAŁ PRZESTAC PALIC SMIERDZĄCYCH CYGARETEK, no i się doigrał. Moim zdaniem – zbrodnia doskonała, lepsza, niż Archiwum X. Tylko trzeba się umieć dogadać z krową.

Dwie bardzo dobre książki skonsumowałam właśnie, pierwsza to „Miłość, ciekawość, prozac i wątpliwości” Lucii Extrebarria (czytałam jej „Kosmofobię”, która mnie zachwyciła). Ksiązka traktuje o trzech siostrach, które w dzieciństwie zostawił tatuś i one się teraz nie mogą pozbierać życiowo. Jedna jest barmanką, przyjaźni się z lesbijka i anorektyczką, bierze narkotyki i bzyka na potęgę z facetami. Druga ma dobrze płatna prace w korporacji, mieszka sama i łyka prozac. Trzecia ma męża, dziecko, piękne mieszkanie i łyka wszystko, co znajdzie. Każda z sióstr zazdrości pozostałym, a wszystkie obwiniają tatusia oraz pewnego kuzyna, który się przewinął przez ich życie. Książkę się dobrze czyta i nie trzeba od razu lubić bohaterek, ale przynajmniej są dobrze skonstruowane i wiarygodne. Jakoś ostatnio interesuje mnie tematyka wtrącania się ludzi w swoje życia i obwiniania o wszystko wszystkich dookoła, tylko nie siebie – to tak na marginesie. Aha, żeby nie było – ksiązka obfituje w opisy określane mianem „explicit sex”.

Powieść Magdy Szabo „Zamknięte drzwi” kupiłam z rozpaczy w księgarni po sąsiedzku (rozpacz polegała na tym, że potrzebowałam NATYCHMIASTOWEGO oddechu od SF i horrorów). No i wsiąkłam, bo książka jest literackim opisem relacji pomiędzy panią domu – pisarką, a jej gospodynią domową. Realia historyczne nie są całkowicie bez znaczenia, bo życiorys nieprawdopodobnie skomplikowanej gospodyni domowej o niesamowitym imieniu Emerenc obfituje w takie wydarzenia, jak przechowywanie uchodźców, ratowanie córeczki żydowskiego małżeństwa, walka z agitatorami – ale treścią książki jest portret dwóch kobiet, z dwóch krańcowo róznych środowisk (chociaż w sumie tak naprawdę to nie, bo pochodzą prawie z tej samej wsi) i nie wiem, która z nich jest bardziej pokręcona. Ale to jest szaleństwo z gatunku tych, które chodzi w wykrochmalonych fartuchach i wywodzi się z przyzwoitej rodziny, wiecie, co mam na myśli. Uwielbiam takie książki, jest dziś ich straszliwie mało (wszędzie tylko jakieś zwierzenia babek, co to pojechały do Włoch, zjadły pomidora i ocipiały ze szczęścia, albo OMATKO JEDYNA urodziły dzieci!). Zupełnie inna od „Abigel” tej samej autorki, trochę mi przypomina powieści Margaret Drabble… No, świetna po prostu.

Do rzeczy dobrych zaliczyłabym jeszcze śniadanie w postaci kanapki z rozdyźdanym awokado. Gdyby jeszcze z kieliszkiem wina, to byłoby całkiem, jak na Kanarach, a tak, to tylko połowicznie.

 

O TYM, ŻE WŁADZE CIECHOCINKA MUSZĄ NAM ODDAĆ SAMOLOT

 

Wyjeżdżanie z osobami, które zna się od pieluch, jest dość odprężające, ponieważ człowiek nie musi niczego udawać. No, trudno udawać przed kimś, z kim dzieliło się hańbę opadających gaci w przedszkolu. Zresztą, spróbowałabym robić z siebie nie wiadomo kogo – to by mnie po prostu opierdoliły i spokój. Robienie nie wiadomo kogo muszę zatem zachować na inną okazję.

Tradycyjnie:

– lało (dziękuję, dziękuję – naprawdę nie musicie mi gratulować – ZNOWU udało mi się ściągnąć deszcz, to doprawdy drobnostka, co to dla mnie);

– przejadłam się mięsem i od dziś jem tylko kanapki z ogórkiem (zasugerowałam, że można wziąć coś fajnego na grilla i koleżanka przyjechała z CAŁYM BAGAŻNIKIEM MIĘSA we wszystkich smakach świata);

– nie mogę patrzeć na wino i nie piję alkoholu do końca życia.

Przyjechała z nami czteroletnia dziewuszka, mały patyczak, obcięty na pazia, która przez te dwa i pół dnia NIE USIADŁA NA DUPIE nawet na dwie minuty. Dlaczego jeszcze nikt na świecie nie wynalazł elektrowni napędzanych dziećmi, to nie wiem. Jako rozlazła ameba, strasznie ludziom zazdroszczę takich pokładów energii, ale Emilki mamie zazdroszczę jakby nieco MNIEJ. Niby takie dziecko jest całkiem niezłe do utrzymywania się w dobrej kondycji, ale jednak dorosły człowiek musi od czasu do przez chwilę odsapnąć, na co nie ma szans NAJMNIEJSZYCH.

Emilka była używana do zadań specjalnych, czyli “Idź, obudź ciocię” (mnie) (wszyscy pozostali się bali, ha ha) (oczywiście, że spałam najdłużej i czekali na mnie głodni ze śniadaniem).

Wraca.

– I co, ciocia wstała?

– Nie. Ale mówiła coś o gadach.

W TYM MIEJSCU chcę raz na zawsze uciąć spekulacje, jakobym powiedziała do dziecka “Idź stąd, mały gadzie”, co utrzymuje mój kochający mąż. Powiedziałam ogólnie, w przestrzeń, że ludzie to gady, bo nie dają pospać. Poza tym, zaraz wstałam, bo jajecznica z kurkami to jednak JEST argument.

Ładny jest ten Ciechocinek i klimatyczny, nawet, jeśli się idzie na spacer w lekko siekącym deszczu (i 3/4 wycieczki jęczy, żeby nie chodzić za dużo i zaraz wracać). Ale dwóch rzeczy im nie daruję:

– że nie działały tężnie, oraz

– że po całym Ciechocinku włóczyły się młodzieżowe obozy sportowe ŻEŃSKIE. HALO? Miałyśmy zaniżać średnią wieku na deptaku! A tu dupa! A nawet – wiele dup, o wiele młodszych od nas i WYSPORTOWANYCH. Władze miasta wiszą nam odszkodowanie!

Wieczorami prowadziliśmy dyskusję o literaturze, no bo przecież nie o tych koleżankach ze szkoły, którym się w dupach poprzewracało i nie mówią ludziom “cześć”. Oraz o teściowych.

Mogło być fajniej, gdyby np. nie padało albo gdybyśmy znaleźli np. krzaczek marihuany i zrobili sałatkę z pomidorów i marihuany, albo bukiet z liści marihuany. No ale padało i nie było marihuany, więc nie ma sobie czym głowy zawracać.

A w piątek jak wyjeżdzaliśmy, to zadzwonił do mnie kurier i mówi “No wie pani, ktoś do mnie zadzwonił z bazy i mówi, że jest pomyłka w adresie! I że mam oddać paczkę pod inny numer! A przecież to pani paczka z butami, prawda? No! To ja panią znam, pani ciągle buty kupuje. A oni mi mówią, że pod inny numer! No chyba ktoś chciał pani na złość zrobić!”. No widzieli państwo, jakiego mam lojalnego kuriera? I tylko czemu mąż powiedział “Ja cię chyba, kochanie, kiedyś w końcu uduszę”.

O ZWIĄZKACH SITKA Z KSIĘGOWOŚCIĄ

 

– … i on mówi, że zawsze wiedział, że będzie księgowym, bo był od małego bardzo zorganizowany. Na przykład, kiedy chodził do szkoły, to nosił w tornistrze sitko, bo w szkole im dawali mleko. Ale w mleku były kożuchy i jak się napił takiego mleka z kożuchem, to miał cały dzień zepsuty, więc nosił w tornistrze sitko i przecedzał to mleko.

Zawsze bardzo dobrze się czułam wśród Hiszpanów i coraz lepiej rozumiem, dlaczego.

O KROJENIU JAJEK I SZARPANIU ZA NOGĘ

 

Z nowości małżeńskich, to kupiliśmy przyrząd do krojenia jajek na twardo w plasterki. N. zachwycony.

– Powiedz mi – mówi do mnie – powiedz mi, dlaczego TYLE LAT czekaliśmy, żeby to kupić?…

Jak słowo daję, nie wiem. To znaczy, częściowo wiem – mam opór przed kupowaniem czegokolwiek do kuchni, bo zawsze jest ryzyko, że będzie stało i się kurzyło. Albo zalegało w szafce i zabierało miejsce, tudzież spadało mi z hukiem na rękę, jak szukam octu balsamicznego. Przykłady: wyciskarka do cytrusów, maszynka do gofrów, raclette, naczynie do fondue, półmisek z podgrzewaczem, blender… (długo tak jeszcze mam wymieniać?).

Ale jajka mamy teraz pokrojone zawodowo (że nie wspomnę o jakiejś pierwotnej satysfakcji, jaką mi daje opuszczanie tej wielostrunowej gilotyny i przyglądanie się, jak TNIE NA PLASTRY – mrrrrrr!…).

“Joyland” Kinga bardzo dobrze się zapowiada, świetnie się rozkręca, żeby na koniec lekko klapnąć. Nie chcę zdradzać akcji, ale spodziewałam się większej i jakiejś bardziej spektakularnej afery. A tutaj jest bardzo piękny wstęp, wielu dobrze opisanych bohaterów pierwszo – i drugoplanowych, zrobione miejsce pod niezłą awanturę, mnóstwo szczegółów, które w efekcie do niczego się nie przydają i niczemu nie służą – trochę, jakby ta książka zrobiła na koniec takie “PrrrrT”, jak sflaczała opona albo poduszka do pierdzenia. Aż trochę żal, bo pachniało starym, dobrym Kingiem i nocami nieprzespanymi w wakacje w liceum nad “Miasteczkiem Salem” czy “Lśnieniem”.

Małe, śliczne, kolorowe ptaszki odkryły świńską nogę. Lekko wczoraj zdrętwiałam, jak zobaczyłam, z jakim wdziękiem i entuzjazmem się do niej dorwały i ROZSZARPUJĄ SKÓRĘ dziobkami. Nie, żebym od razu sobie wizualizowała Hitchcockowskie sceny… Chociaż tak naprawdę to trochę sobie wizualizuję.

O TYM, CO ROBIĆ, JAK NIE IDZIE

 

Najpierw się okazało, że śliczny pierścionek z mnóstwem brylantów (prosto z huty szkła) mnie uczulił i dostałam na wewnętrznej stronie dłoni malowniczej wysypki z pęcherzykami. Oooo, FUJ!… Tak to się nie będziemy bawić. Zielony pasek na palcu jeszcze zniosę, ale jakieś wysypki?… Mowy nie ma. Pierścionek dostał kopa na samo dno szuflady (a taki był ładny! Jak ten amerykański kot Kargula! ) (czy koń Pawlaka?…).

A później siedziałam cały poranek przy biurku w mokrym tiszercie, wcale nie dlatego, żeby było śmieszniej albo bardziej rozpustnie, tylko na pasie w samochodzie się wzięły skądś kawałki czekolady z loda Magnum i zlądowały od rana jak raz na moim gorsie.

Jak nie idzie, to nie idzie. Może wejdę do szafy i przeczekam resztę dnia, żeby losu nie kusić.

 

O SOBOCIE Z DESEREM

 

Jaki ten świat będzie, kiedy te dzieci dorosną, to ja nie wiem i nie wiem, czy CHCĘ wiedzieć. Wczoraj wpadła Zebra z potomstwem i zanim w ogóle ktokolwiek się zorientował, to już miałam: a) urwane pół motyla solarnego, b) urwany dzwonek karpacki, c) zjedzonego dorsza. Drugie pół motyla nadal lata w kółko i wygląda to STRASZNIE. Jak w jakimś horrorze: “A na trawniku krążyło złowieszczo PÓŁ MOTYLA… Już wtedy sąsiedzi powinni zorientować się, gdzie znikają ich koty i ilu taksówkarzy jest zamurowanych we wnękach przy łazience”.

W dodatku Fuga zdenerwowała Szczypawkę, bo Szczypawka dostała od nas świńską nogę z resztkami hiszpańskiej szynki*, bardzo zgrabną, z raciczką i w ogóle, nie mieliśmy już na nią pomysłu, to daliśmy pieskowi, niech też ma coś z życia. Piesek obojętnie gnata z grzeczności obwąchał (gnat większy od niej) i niespecjalnie się nim interesował, DOPÓKI nie przyjechała Fuga. Wtedy okazało się oczywiście, że gnat jest obiektem najwyższego pożądania i wywiązała się polemika. Ponieważ chcieliśmy w spokoju spożyć Eton mess, a nie rozdzielać walczące suki i wieźć okrwawione strzępy do weterynarza, to Zebra wpadła na pomysł, żeby ustawić gnat w rogu tarasu: Szczypawka ma wtedy do pilnowania tylko jedną flankę i jest mniej nerwowa. W ten sposób powstał “świński kącik”, a śmietana 36 jest za tłusta do deserów, teraz już to wiem.

Oraz kolega Hiszpan powiedział, żeby ściągnąć na ajfona aplikację antykomarową. Zebra ściągnęła (ona wszystko ściąga**) i obie się skrzywiłyśmy, bo ta aplikacja okropnie hałasuje. A najlepsze było, że nikt poza nami dwiema tych dźwięków nie słyszał. Dziwne, bo nie były specjalnie wysokie.

* Identyczną jak ta, którą Carmen Maura zabiła męża u Almodovara.

** Dlaczego ja nie ściągam: ponieważ nigdy nie pamiętam mojego hasła do Apple i za każdym razem muszę sobie je zmieniać. W dodatku każą mi tam wybierać security questions i pamiętać answers. Te pytania są tak idiotyczne, a ja udzielam na nie tak idiotycznych odpowiedzi, że również nigdy ich nie pamiętam i tylko patrzeć, jak mnie wywalą z Apple. A najlepsze jest to, że nigdy nie zapomniałam żadnego hasła, tylko tego jednego nie jestem w stanie zapamiętać. FROJDOWSKIE TO.

O PSIE SYMFONICZNYM I KOLORZE CZŁOWIEKA

 

Sąsiad któryś okoliczny zaposiada psinę.

Ja tam nikomu przez płot nie zaglądam, niech sobie każdy ma co chce. Psy, koty, pieczarki, nietoperze, jeden ma lamy i osły – niech ma na zdrowie. Jeden indyki – jak się pokłócą, to na całą wieś słychać. No a ten sąsiad niedaleko mnie – psinę.

I pod wieczór, jak wraca z roboty, to ta psina go wita.

Każdy pies inaczej szczeka – wiadomo. Grubiej, cieniej, bardziej upierdliwie lub mniej. Ale psina tego sąsiada to jest po prostu mistrzostwo w swojej klasie. To nie jest szczekanie. To jest wrzask połączony z wyciem, połączony z ludzkim szlochem, przeplatany skomleniem i na to nałożone poddźwięki… Nie, tego się nie da opisać, i co wieczór taki koncert chcąc nie chcąc muszę odsłuchać. Może to nie psina jest, tylko jakiś zwyrodniały wilkołak, co się urodził z ogonem, trzymają go pod podłogą i wypuszczają pod wieczór, i on tak wtedy daje czadu. Albo nie wiem, może i PIES, ale ten pan się z nim dziwnie WITA jak wróci z tej roboty. Na przykład, trzy razy po nim przejeżdża samochodem. Albo zdziera z pleców kilka pasków skóry. Albo bierze za tylne nogi i rzuca na dach i czeka, aż spadnie. Albo i co gorszego mu robi, co to panience (nawet mężatej) nie przystoi się nawet domyślać. Taki to jest albowiem wrzask.

Wczoraj sobie siedziałam na tarasie i spokojnie wchłaniałam samoopalacz w oparach lekkiego smrodu, kiedy psina wystartowała. Zamyśliłam się akurat nieco i nie byłam przygotowana i tak mnie psi koncert zaskoczył, że przydzwoniłam kolanem w róg stołu, zobaczyłam gwiazdy, Pas Oriona, Galaktykę Andromedy i Syriusza z bliska. Żebym nie była taka leniwa i aspołeczna, to powinnam się wybrać z dyktafonem kiedyś i to nagrać. Sprzedałabym za gruby szmal jako gotową ścieżkę dźwiękową do thrillerow.

A zacieki na kostkach oczywiście, że mam. Ale przynajmniej na pierwszy rzut oka nie jestem taka trupiosina. To jest takie niesprawiedliwe z tym kolorem człowieka, N. na przykład ma bardzo przyjemny kolor i błyskawicznie się opala. A ja mam paletę barw pleśni z piwnicy. Ech.

 

O TYM, ŻE ODRADZAM KUNIE POWRÓT, CHOĆ NIBY SĄ W MODZIE

 

Kuna była w nocy. Wyraźnie słyszałam ŁUP! – o dach i szuranie dachówkami. Dalej chyba nie wlazła, bo nie ma jak, po wzmocnieniu linii obronnej Maginota, ale już się czai, już krąży. Ja lojalnie uprzedzam, że DRUGI RAZ takiego poniżenia NIE ZNIESĘ. Nie dość, że robotnicy z rusztowania mi mówili DZIEN DOBRY! – od 6 rano, kiedy to niezbyt kompletnie ubrana szłam myć zęby (i po kilku dniach miałam nerwicę, polegającą na poruszaniu się po domu pod namiotem z koca), to jeszcze pieniędzy poszło tyle, że mi słabo, jak przeliczam na buty. Albo kiecki. Albo pierścionki z brylantem (tych szczególnie mi wychodzi masakryczna liczba, bo kocham się w wyszukanej biżuterii do 35 zł sztuka).

A więc – ochrona gatunku czy nie – następnej kunie wyrwę nogi z dupy i zaczekam na obrońców przyrody, którzy przybiegną jej na odsiecz. Następnie powyrywam nogi z dupy obrońcom przyrody i każę załatać dach ponownie.

Jeśli komuś się wydawało, że nie może być już większych korków w Warszawie, ponieważ zamknięto już wszystko, co było możliwe do zamknięcia, to się mylił. Z okazji początku wakacji zamknięto kolejne drogi dojazdowe i to, co się dzieje w stolicy, to już nawet nie jest korek, tylko jeden wielki postój. Zarządowi Dróg Miejskich tez bym chętnie zaoferowała usługę w postaci wyrywania nóg z dupy, z tym, że to niemożliwe, ponieważ od kilku lat pracownicy tej instytucji udowadniają swoimi działaniami, że intelektualnie znajdują się na poziomie świeżo podzielonej ameby. A ameby przecież nie mają nóg do wyrywania, chyba, że niby. Nibynóżki i nibygłówki.

W Madrycie 38 stopni do końca tygodnia. I mogą sobie pójść na zimną cidrę. Ale im dooobrzeee!…

 

O PODPROWADZONYM DŁUGOPISIE

 

Humoru za dobrego po weekendzie nie mam, albowiem szwagier podprowadził mi długopis.

Nie jestem jakaś przesadnie skąpa, wieloma rzeczami mogę się podzielić. ALE JEŚLI CHODZI O ARTYKUŁY PIŚMIENNICZE, to jestem STRASZLIWIE terytorialna i nawet z własnym, rodzonym mężem potrafię się pokłócić o to, kto jest właścicielem i prawnym opiekunem długopisu. O notesy się nawet nie kłócę, tylko wszystkie zgarniam bez pytania. A szwagier mi beztrosko podprowadził długopis i uważa, że tak po prostu mu daruję, zapomnę, przeminie z wiatrem i w ogóle O CO CHODZI, przecież to tylko reklamówka z hotelu!… On jeszcze nie wie, co go czeka. Jak mi nie odda tego długopisu po dobroci, to nie ręczę za siebie, może być dość krwawo. Zrobię mu taką mechaniczną pomarańczę, że będzie miał mdłości na widok długopisów oraz zacznie pisać kredką świecową.

A drugi tom “Hyperiona” skończył się w dobrym momencie, jeszcze z pięćdziesiąt stron i nie dałabym rady, w dodatku i tak już miałam sen, w którym goniła mnie wielka, mechaniczna kombajno – żniwiarka, najeżona żelastwem, i płakała, że gdzieś jej zginęła maleńka córeczka. Dobry jest, naprawdę dobry, ale nie w ilości większej niż dwa tomy na raz. W dodatku autor należy do tych, którzy się znęcają nad bohaterami – chwilami aż za bardzo.

Następne tomy sobie poczekają, a teraz czytam “Śnieżka musi umrzeć”. Bardzo niezły niemiecki kryminał. Z niemieckimi kryminałami mam jeden problem – nie rozróżniam nazwisk bohaterów. Każde niemieckie nazwisko jest jak zamazana, szara plama w tekście i chwilami się gubię, muszę ich sobie jakoś kodować, ale poza tym – dobrze się czyta i nawet jeszcze nie jestem na sto procent pewna, kto zabił (str. 311 z 516).

Poza tym, nic mi się nie chce, ale to raczej standard, a nie jakieś novum.

 

PS. Ta “Rzeka” wygląda obiecująco, ale trochę się jej boję.