O OBRAŻONYM JAMNIKU I SERIALU

 

Pies roztaczał taki aromat, że zmuszona byłam ją uprać. Ja nie lubię, ona nie lubi, ale trzeba było. Najpierw miała w oczach rozpacz, a później rezygnację i pogardę. Uprałam, wytarłam ręcznikiem, otrzepała się i poszła. Za chwile N. mnie woła:

– Chodź szybko, chodź! Jej się cos stało, chyba ma wodę w uchu, bo OGŁUCHŁA!

Nie, kochanie, nie OGŁUCHŁA, tylko się OBRAZIŁA. Ma nas w dupie i NIE BĘDZIE zwracać uwagi na to, jak ją wołamy. Ja nie wiem, jakby pierwszy raz w życiu widział obrażonego jamnika. Żaden pies się tak nie obraża, jak jamnik. Chyba nawet JA się nie umiem tak obrazić, jak jamnik, chociaż jestem całkiem niezła w obrażaniu się. Do popołudnia nas ignorowała, patrzyła w dal, odwracała się dupą – no klasyczny jamniczy foch. Zapewne przejdzie jej, jak znajdzie gdzieś w ogrodzie rozkładającego się, soczystego wróbelka albo inną zgniłą swołocz, wytarza się w tym i odzyska naturalny aromat i radość życia.

Ach, te nasze bączki!…

„Orange is the New Black” cudooowny! Prawie chcę do amerykańskiego więzienia (poza wszystkim – mają naprawdę niezłe ciuchy). Dziewczyny bardzo w porządku, a kiedy usłyszałam tekst brata głównej bohaterki „Nie lubię ludzi. LUBIĘ FASOLĘ” – spadłam z krzesła ze szczęścia. To prawie tak, jak ja! Z tym, że ja nie lubię również fasoli (no chyba, że szparagową, ale nie wiem, czy to się liczy) (musze być jakimś POTWOREM, żeby jednocześnie nie lubić ludzi ORAZ strączkowych). Tyle, że znowu tylko jeden sezon, zaraz się skończy i co? Co wtedy?…

Wtedy się obrażę. Jak jamnik.

 

O LECZO I NIE TYLKO

 

No i wzięło i się wszystko pokończyło. Wszystko naraz, wszystkie moje ulubione morderce. Luter, The Killing i Hannibal. (Jeśli jednak KTOŚ liczy na to, że teraz wezmę się za pracowite i systematyczne sprzątanie domu na błysk, TO JEST W BŁĘDZIE).

W Lutherze na koniec wróciła moja ulubiona ruda z pięknym tekstem; zaproponowałam N., że będę z nim chodzić na denerwujące spotkania i mówić jego oponentom to, co ona: „Jeszcze raz zdenerwujesz mojego męża, to cię zabiję. I zjem”. Z tym, że niestety nie dałabym rady ich zjeść, bo są zwyczajnie okropni. Nawet w chilli. Może w parówkach, rozcieńczonych soją 1:1000, no ale to bym jednego jadła ze dwa lata.

Niech już pada, bo noga mnie boli, a Szczypawka wczoraj jadła trawę. A wiadomo, że jak pies je trawę, to z dużym prawdopodobieństwem będzie padać. A z jeszcze większym prawdopodobieństwem – pies będzie rzygać.

Po kondycji pomidorów wnoszę, że chyba czas na pierwsze leczo, prawda?

 

O TYM, CO KOGO DZIWI

 

Mój kochany pieseczek uwalił się wczoraj w pełnym słońcu na trawniku i tak leżał (leżała) – przyznam, że na ten widok zrobiło mi się jednak TROCHĘ słabo.

N. mi opowiedział, że jeden Hiszpan się bardzo dziwi, że u nas w Polsce trzyma się krowy na polu na sznurku. Nigdy czegoś takiego nie widział.

A ja z kolei kilka lat temu, w Hiszpanii, zobaczyłam w restauracji takie coś dziwnego: do markizy, która ocieniała restauracyjny ogródek, były przywiązane foliowe woreczki z wodą. Później w drugiej, w trzeciej. Pytam się N., po co im to? Na co on mówi, że to do odstraszania owadów.

No dobra, ale JAK niby taki woreczek odstrasza owady? Czego ta mucha się konkretnie boi?

N. twierdzi, że jemu tłumaczyli, że mucha się przegląda w woreczku z wodą, widzi siebie powiększoną i ucieka. Jak mi to powiedział, to ze śmiechu leżałam na stoliku z kwadrans, powalona wizja przeglądającej się muchy. Do dziś mnie to zresztą strasznie śmieszy (my, psychopaci, mamy dziwne poczucie humoru). Byłam pewna, że mnie wkręca, jak zwykle. Ale nie, cały czas z powagą utrzymuje, że muchy się przeglądają i boją. Jakoś nie jestem do końca przekonana, że to WŁAŚNIE TAK działa, ale chyba działa: owadów w knajpach na Kanarach nie ma.

Czyli każdy ma swoje regionalne wybryki: my – krowy na sznurkach, a oni – worki z wodą na muchy. I jest interesująco kosmopolitycznie.

Ale trochę deszczu to by mogło spaść, bo zamiast trawy mamy stepy akermańskie. I rododendron na patio w robocie nam padł.

 

O NUDNYM ŻYCIU I WIŚNIACH

 

No więc w weekend byłam nad polskim akwenem słodkowodnym; koleżanka wynajęła domek w głuszy leśnej nad jeziorem i serdecznie zapraszała. Pewnie nie sądziła, że weźmiemy to NA POWAŻNIE, ale wzięliśmy (ha, ha, ha – na drugi raz niech uważa, co mówi). N. chodził na ryby (o wpół do piątej rano!), a ja od razu zaznaczyłam swoją obecność, stawiając kawiarkę (taką, co się je stawia na gazie) na plastikowej desce do krojenia. Myślałam, że to silikonowa mata!… Kawiarkę udało się uratować, deski nie (oj już naprawdę, jakby nie można było używać deski z okrągłą dziurą).

Koleżanki córka jest baletnicą, taka prawdziwą baletnicą ze szkoły baletowej i jest niesamowita. Siedzimy, rozmawiamy, a ona sobie zakłada nogę za ucho – tak ot, od niechcenia. Poza tym stwierdziła z pogardą, że prowadzimy strasznie nudne życie – tylko byśmy siedziały i czytały ksiązki. I że jesteśmy bez sensu. Hm.

Towarzystwo poszło się wykąpać, a ja – popatrzeć. Nie wiem, dlaczego, jak człowiek mówi, że nie, dziękuję, nie wejdę do wody (od samego patrzenia miałam dreszcze), to wszyscy go łapią za kostki i ściągają z pomostu. Następnie mój mąż, cały zadowolony, opowiedział wszystkim zgromadzonym na kąpielisku, że jego żona ma wściekliznę i w związku z tym wodowstręt i gdyby weszła do wody, to by jej leciała piana z pyska.

W niedzielę rano zrobiłam naleśniki; oczywiście mam ambicję robienia jak najcieńszych, jak bibułka, wiec pilnowałam każdy, żeby nie wylać za dużo ciasta, żeby nie były tłuste, no trochę się nad nimi nagimnastykowałam. Po czym koleżanki mąż się dziwił, KTO ZROBIŁ takie idiotycznie cienkie naleśniki – teraz on musi sobie nałożyć DWA, żeby nadziać serkiem, bo jeden mu przecież pęknie. Od razu mi się przypomniała historia tej dziewczyny, co próbowała zagranicznemu narzeczonemu usmażyć naleśniki, ale kompletnie jej nie wychodziło, każdy zdzierała z patelni w postaci niedosmażonych strzępów… Więc na koniec zebrała to wszystko razem, zagniotła kulę, rozpłaszczyła, usmażyła i powiedziała narzeczonemu, że to taki polski przysmak. TAK ZROBIĘ NASTĘPNYM RAZEM, uprzedzam.

W dodatku wróciliśmy do domu i zaatakowała mnie matka Zebry. Wiśniami. Była na jakimś rodzinnym spotkaniu w wiśniowym sadzie i przywiozła pół tony wiśni, z czego dostał mi się spory koszyczek. Przyniosłam je do domu, stoczyłam wojnę nerwów (zostawić na zatracenie, a były bardzo dojrzałe, czy cos przedsięwziąć). Skończyło się na drylowaniu kosza wiśni SPINACZEM (drylownicę gdzieś czort ogonem nakrył) i jest rondel pełen wiśniowej konfitury w toku.

Note to self: nie czytać blogów dziewczyn z Poznania, bo one uprawiają przetworzing i weking na potęgę, a później mi się udziela. I zamiast leżeć na kanapie i prowadzić NUDNE ZYCIE (wg. baletnicy), to sterczę cały wieczór obryzgana po szyję czerwona posoką. Za to jaką miałam maseczkę z kwasów owocowych na paznokcie i skórki! Ho, ho!

Ale dziś już będę leżeć. Tylko do mieszania co jakiś czas wstawać. Tak właśnie.

O TYM, ZE NIC SIĘ NIE DZIEJE I KIECCE NA WESELE

 

Jakiś taki bezruch. Nikomu żona nie obcięła penisa, nikomu krowa nie wpadła z dachu do sypialni. Nikomu pies sąsiadów nie każe zabijać i zjadać listonoszy.

Sierpień miesiącem bezczynności, pająków i pomidorów.

No – nie cały, bo pod koniec sierpnia mamy wesele i mam dylemat, czy można iść w takiej kiecce, bo nie chce mi się chodzić po sklepach i szukać. A wesele jest mojej naprawdę bardzo małej i młodej kuzyneczki, która dopiero co stała na krześle przy stole i śpiewała „Chodźmy na sanecki chłopcy i dziewecki” (bez zębów z przodu), a tu ci masz – za mąż wychodzi.

O – dzwonek do drzwi, może cos fajnego przysłali!

Eeee, faktura. Bez sensu.

No nic, trzeba się chyba wziąć za tę Lady Aubrey, w końcu nic tak człowieka nie rozrusza, jak troszkę bigamii i trucizny, nes pa?

 

O TYM, ŻE CZASEM LEPIEJ UWAŻAĆ

 

Kasują kwiatki na fejsbuku. Wiecie, że to już naprawdę, żeby takie ładne rzeczy likwidować! Nie mogliby skasować czegoś głupiego i ohydnego – np. telewizję polską?… Tylko moje ulubione kwiatki? Życie jest niesprawiedliwe, w dodatku nawet nie mogę zajeść smutku czymś tłustym i grzesznym, bo mi kura z KFC przestała smakować (kura z KFC mi przestała smakować! Idzie koniec świata).

No i mieliśmy niezły numer po powrocie, ja nie piszę o pracy, bo WIADOMO, ale trochę muszę: siedział obok nas w samolocie pan. Spokojny, zwyczajny Hiszpan, zjadł kanapkę z oscypkiem, popił piwem. Wsadził sobie do uszu słuchawki jakiegoś dziwnego urządzenia i słuchając lekko podrygiwał i nucił. Znudzony N. troszeczkę, odrobinkę zaczął dymić – “Zobacz, to jakiś psychol jest, ŚPIEWA, może mu trochę przyłożę, co?” – ale kazałam mu się uspokoić – pan bym miły, czysty, nie wylewał się z fotela i nie śmierdział czosnkową kiełbasą i wódą, jak nasz poprzedni towarzysz podróży na tej samej trasie. A w samolocie i tak jest głośno i nie słychać, jak ktoś pod nosem śpiewa. Dobra.

We wtorek N. poszedł na spotkanie do hiszpańskiej firmy, z którą współpracujemy, wraca i mówi:

– Zgadnij, kogo spotkałem. NASZEGO SĄSIADA Z SAMOLOTU! Przyleciał do roboty!

Ha! Od razu mówiłam, żeby nie bić. Pamiętajcie, chłopce i dziewczęta – niebicie sąsiadów w samolocie ma kolosalną przyszłość. Wręcz może się kiedyś okazać przydatne (np. następnego dnia).

A najnowszy odcinek “The Killing” jest taki straszny, taki okropny, że pół dnia mnie po nim wszystko bolało. Wypraszam sobie, najpierw ten nius o kwiatkach, a później taka rzeźnia. Natychmiast proszę Wszechświat o zesłanie mi czegoś pozytywnego! (Nie, nie mogą być kolejne buty).

PS. Kto mi mówił o “Najgłupszym aniele”? Bo właśnie czytam. Trochę mam deja vu, bo to taki Douglas Adams z Pratchettem wstrząśnięci, nie zmieszani – śmieszne, lekutko powierzchowne, ale niezłe. Nietoperz owocożerny w Ray Banach na razie rządzi.

O, WRÓCIŁAM! CIESZYCIE SIĘ?

 

Dear Diary, nie wiem, czy powinnam się do tego przyznawać, bo chyba mogą mnie aresztować?… Wracałam bowiem do domu samolotem z włączonym telefonem. JA. Ja, która zawsze pilnuję, żeby wszyscy wszystko wyłączyli już w taksówce na lotnisko. Byłam ŚWIĘCIE PRZEKONANA, że wyłączyłam telefon, siedząc przed bramką, ale sytuacja była trochę skomplikowana, wręcz napięta – N. w ostatniej chwili przed wsiadaniem dokądś poszedł, ja się wściekłam, że po cygara, on twierdził, że do łazienki… No w każdym razie trochę byłam zajęta wszczynaniem awantury i tak to wyszło. Wstyd mi strasznie. Niby nic się nie stało, ale tak mi średnio z tym. Sumienie mi obgryza kostki.

Rozsmarowujący upał w Madrycie trwał dwa dni, a później się ochłodziło i było bardzo, bardzo przyjemnie. Mój mąż jak zwykle zafundował wszystkim taką ścieżkę zdrowia, że przeszliśmy więcej kilometrów i zaliczyliśmy więcej zabytków, niż japońska wycieczka. I zjedliśmy tyle krewetek i ośmiornic, co dwie japońskie wycieczki.

Pojechaliśmy do Toledo, pociągiem (tak, takim samym, jak ten, co się wykoleił trzy dni wcześniej). Bardzo przyjemnie się jedzie, nie wiadomo kiedy człowiek wysiada i od razu na stacji wszystkich chętnych zgarnia autokar, który robi objazd dookoła Toledo (bo to trzeba zobaczyć, jest niesamowicie pięknie położone nad rzeką), a później wysadza towarzystwo w centrum miasta. Zwiedziliśmy muzeum El Greco – którego uwielbiam – a reszta dnia minęła na parkowaniu przed sklepami, w których panowie oglądali NOŻE. Toledo, przypominam, słynie ze stali, i liczba sklepów z nożami przekracza granice miłosierdzia, a na pewno damskiej cierpliwości (chociaż może nie powinnam narzekać, bo kupiłam sobie śliczny pierścionek – żmiję). Kupili sobie w końcu po nożu, wielkim i ostrym jak jasna cholera. Po czym w pociągu doszliśmy do wniosku, że musimy wejść jeszcze raz na chwilkę do Prado, tylko do sklepu przy muzeum, bo jest po drodze do hotelu, a nasi znajomi nie kupili sobie przewodnika poprzedniego dnia, a bardzo by chcieli.

No powiem państwu, że nie wiem, czy kiedykolwiek próbowało wejść do Prado, zupełnie swobodnie i na luzie, dwóch panów z półmetrowymi nożami. Tam na wejściu są bramki do prześwietlania toreb i pani, siedząca przed monitorem, podskoczyła tak około pod sufit. Musiało nam dobrze z oczu patrzeć, bo nie aresztowali nas ani nie obalili na podłogę taserami, tylko pozwolili zabrać te maczety z taśmy i oddać je po dobroci do szatni. Mam nadzieję, że obrośniemy tzw. legendą miejską.

Hiszpańska gospodarka powitała nas bardzo uprzejmie drugimi przecenami w sklepach, bardzo zacnymi. Odwdzięczyłyśmy się ze znajomą uprzejmym najazdem Hunów na kiecki w Sferze (wywiesili dziesiątki rodzajów cieniutkich, bawełnianych kiecek typu kaftan) oraz buty. Kupiłam sobie też wiktoriańską powieść „Lady Audley’s Secret”, bo nie dość, że ma zachęcający tytuł, to jeszcze na tylnej okładce napisali „plot involving bigamy, arson and murder”, więc nie mogłam tego tak po prostu zostawić na stojaku. I jak tu nie kochać wiktoriańskich powieści?…

W dodatku zadebiutowałam w prozie hiszpańskiej, ponieważ napisałam pierwszy w swoim zyciu list w tym języku. Do obsługi hotelu, która bardzo uprzejmie wstawiała nam do pokoju complimentary butle z wodą, co wieczór, strasznie wielkie. Ostatniego wieczoru wróciliśmy z miasta na lekutkiej bani i na widok tych butli lekko mnie poniosło, więc z pomocą N. wysmażyłam do nich karteczkę: „Muchas gracias senores pero no bebemos tanta agua. No somos camellos”.

Ani się człowiek obejrzał, a już był ostatni dzień i poszło się do Cervantesa, wytarmosić osiołka Sancho Pansy za ogon na pożegnanie i trzeba było wracać. Ech.

W domu, oczywiście, NATURALNIE, jak zwykle, wypłynęła mi na przywitanie fasolka szparagowa. Kiedy ja się nauczę, żeby NIE ZOS TA WIAĆ surowych warzyw w dwuznacznej sytuacji, wyjeżdżając, bo to się zawsze tak samo kończy?… Chyba, że to taki rys charakteru: Kobieta, Której Wypływają Warzywa Na Powitanie i nic się na to nie poradzi.

Ciepło, co?

 

O ZBOCZONYM GOŁĘBIU I UPALE

 

„Dlaczego ja nie noszę tych białych spodni?” – zadałam dziś sobie rano pytanie, wyciągając z szafy zapomniane białe spodnie. Za pół godziny miałam na prawym kolanie awokado z kanapki mojego małżonka i przypomniało mi się, DLACZEGO niezbyt często noszę białe spodnie. Nie wiem, ile wynosi średnia, ale u mnie plama na białych spodniach pojawia się tak do godziny od ich włożenia. (No ale on przecież nie może, NIE MOŻE poczekać dziesięciu minut i zjeść w biurze nad talerzykiem, nie. Zamówi w Subwayu NAJWIĘKSZĄ kurwę z gitarą i koniecznie musi ją jeść za kierownicą na rondzie De Gaulle’a).

Przytłukłam sobie palec szufladą, a wielki, wyuzdany gołąb złamał gałąź brzozy. To jest taki ogromny, szaroniebieski gołąb, jak spora kura, w dodatku ekshibicjonista, bo sprowadza sobie kochanki (równie spore), sadza na gałęzi FRONTALNIE przed naszymi oknami i bzyka. No to wczoraj tak dokazywali, że spora gałąź się złamała i rymsnęła na taras. Wrzasku i zamieszania było, jak przy obławie nielegalnego kasyna w burdelu.

A jutro jedziemy do Madrytu, z czego bardzo się cieszę, naprawdę bardzo, tylko że tam jest teraz czterdzieści stopni. CZTER DZIEŚ CI. Przecież ja zdechnę! Co innego miły upałek smagany bryzą znad oceanu, z gołymi nogami w plażowej tunice, a co innego czterdzieści stopni w centrum MIASTA. Dają tam do drinków sporo lodu, to może będę sobie wrzucać kostki za dekolt. I do majtek. Idę szukać w googlu „co na upał” (alkohol, to wiem, ale OPRÓCZ alkoholu coś jeszcze działa?…).

 

O OGÓRKACH I DRONIE

 

Weekend cudny, wypełniony tym, co lubię najbardziej: robieniem NIC. Tzn. ja, bo mój mąż jest jak popcorn w tej maszynie – cały czas podskakuje i coś robi. Zepsułam mu kosiarkę SIŁĄ UMYSŁU, ale naprawił i ogolił trawnik razem z moimi stokrotkami. Ech.

Dostałam od sąsiada niesamowite ogórki, wiadomo, że takie prosto z krzaka są twarde, soczyste i pyszne, ale te na dodatek były jeszcze bardzo, bardzo ZIELONE, aż odblaskowe. W życiu nie widziałam, żeby ogórek w środku miał taki kolor.

Wieczorem na tarasie wylądował ogromny, chrzęszczący mega potwór – ŻUK pięć razy większy od słynnego deląża garbaża. Wylądował na plecach i nie mógł się odwrócić i i tak sobie jeździł w kółko i hałasował jak spory hydrofor. Jak go zobaczyłam, to miałam kilka pomysłów, jako to: a) zwymiotować, b) zemdleć, c) wyjechać… i pewnie któryś bym zrealizowała, gdyby N. się nie zajął sprawą – wzruszył ramionami, wyszedł na taras, pogadał z chrzęszczącą ohydą i ohyda odleciała. BRRR.

Po czym doszliśmy do wniosku, że to nie był żaden żuk, tylko DRON. Bo nie ma w Polsce żuków, które sięgają człowiekowi do łokcia! Na pewno dron, amerykański (dlatego taki pierdołowaty), albo – co rzucił odważnie N. – izraelski. Przyleciał, bo słyszał, jak N. się wypowiadał na temat izraelskiego wina. Serio, ostatnio w knajpach atakuje go izraelskie wino. We wszystkich lokalach typu “business lunch” jest w karcie i kelnerzy dość kategorycznie proponują je do posiłku. N. cierpi, bo zwykle jest cienkie, kwaśne, o niezbyt ładnym kolorze, za to drogie. Potwierdzam to, bo piłam jedno we Wrocławiu. I on od jakiegoś czasu wraca z delegacji i pomstuje, dlaczego musi pić wino niedobre i drogie, zamiast dobrego, w o wiele niższej cenie.

To przysłali nam drona, żeby zebrał wywiad.

I tak to u nas na wsi życie sobie płynie. Wydawało mi się, że komarów jakoś mniej się zrobiło, ale okazało się, że po prostu MNIE nie gryzą. Już nawet komary mnie nie chcą!…

O MARCHEWCE I SUPERANCKIM BLOGU

 

Odpoczywa ciasto na niedzielne naleśniki (kupiliśmy w Kauflandzie dżem agrestowy i rabarbarowy!), to sobie coś skrobnę.

Miły koniec tygodnia przyniósł mi w prezencie super fajnego bloga oraz udało mi się przemycić psu marchewkę. Bo ona marchewkę i ryż wypluwa, tak potrafi przecedzić ząbkami, jak rasowy Kopciuszek (tj. Kopciuszek nie ząbkami, ale też coś przebierała, zanim awansowała społecznie, z tego, co pamiętam). No to utarłam marchewkę na najmniejszych oczkach na MIAZGĘ i już nie miała jak wypluć. Ha!

A bloga pisze dziewczyna (tj. nie wiem, ile ma lat, ale pisze dziewczyńsko, nie pańciowato), która mieszka i pracuje w Japonii. I ma japońskiego męża (i japońską teściową, ha). I pisze o tym swoim życiu w Japonii. Nie za bardzo lubię książki podróżnicze, bo najczęściej pisane są nadętym językiem, z leciutką, ale wyczuwalną pogardą dla czytelnika. No niestety, tak je odbieram. W dodatku nie zawsze opisują rzeczy, które mnie interesują. A tutaj to jest relacja z Japonii na co dzień, w całej fantastycznej krasie, z jednej strony podkreślająca niesamowitość tego kraju, a z drugiej – obalająca mity, tworzone przez tych, co byli w Japonii przez weekend i WIEDZĄ WSZYSTKO.

O, jakie tam są piękne rzeczy. O budowaniu domów na rolkach, o festiwalach. O tym, że walnięte mamuśki są wszędzie na świecie jednakowe (autorka pracuje w szkole). O tym, że w japońskich szkołach nie ma sprzątaczek – o czystość dbają uczniowie i nauczyciele (czy to nie genialne w swej prostocie?). O tym, jak podwoził ją do domu szef mafii i jak kazała japońskim nastolatkom pielić chwasty na podjeździe. I jest dużo, dużo przefajnych zdjęć i opisów jedzenia, z uwzględnieniem bento oraz niesamowitych japońskich słodyczy i napojów. I nie ukrywam, że tę część lubię najbardziej. (Czekolada o smaku pomidorów! Dwadzieścia kilka rodzajów KitKata! Pepsi o smaku solonego arbuza! I wiele, wiele innych). Of kors, jak się tego bloga czyta, to człowiek zaraz jest głodny (o matko, ale bym zjadła te pierogi gyoza).

A, i na dodatek wydała u nas książkę, którą natentychmiast lecę kupić.

Tu blog: Na wsi w Japonii

A WIEDZIELIŚCIE, że w Japonii się zamawia na Wigilię kubełek KFC?… HA! Piękny kraj.

To idę produkować te naleśniki, żeby były gotowe, jak wpadnie głodny łucznik.