O CZAPCE I INNYCH

 

Modelka w czapce – sardynce:

Lis1

A to miejscówka z pasztecikami, a raczej torpedami z dorsza:

Lis7

Są dwa smaki – z serem i bez. Sam pasztecik wygląda tak (przepraszam, ale już go nadgryzłam, ale i tak widać jaki duży) – w tle mozaika z kostki, którą serdecznie pozdrawia moja spuchnięta noga:

Lis4

Wyszliśmy z hotelu, a tu takie coś – okazało się, że winda Swiętej Justyny. Moim zdaniem bardzo ładna:

Lis8

A ze Swiętym Antonim to jest jeszcze jakaś grubsza sprawa, o której nie wiem. Taką oto scenę znalazłam w kaplicy w Katedrze – ewidentnie przemawia do ryb i te ryby słuchają. O czym Swięty Antoni rozmawiał z rybami?

Lis2

A tu N. zamawia pastel de nata w najładniejszej cukierni przy placu:

Lis5

 

Nie, ja nie mogę oglądać zdjęć, bo od razu się robię głodna. A propos głodna – mają tam znakomity ryż duszony w pomidorowym sosie. Muszę poszukać przepisu, bo jak nie jestem za bardzo ryżowa, tak ten był pyszny.

O MIEŚCIE WYŁOŻONYM KOSTKĄ

No więc.

Cała Lizbona jest wyłożona śliczną, polerowaną kamienna kostką, biało czarną w mozaiki na główniejszych ulicach… Nierówną jak jasna cholera i w dodatku z okazji deszczu zamienia się w ślizgawkę. Nie widziałam dziewczyn na obcasie (no dobra – może ze trzy, szły jak żyrafa pozbawiona rzepek kolanowych). Całe miasto lata w trampkach lub sandałach całkiem płaskich. PŁASKICH – słowo klucz. Polazłam na spacer w sandałkach na koturnie – całkiem wygodnych – i raz mi się nóżka ześlizgnęła… Drugi raz… Za czwartym czy piątym już tak KONKRETNIE i dostałam granatowej bulwy na kostce, przesiadłam się grzecznie na trampki i resztę pobytu przekuśtykałam, jak koń Karino.

Hotel mieliśmy w samym środku najpiękniejszej dzielnicy Baixa (pokoik wielkości szafy, ale ze świeżymi bułeczkami na śniadanie) – wychodziło się na windę Świętej Justyny (jaka piękna!) i na Rua Augusta. Na dodatek przyjechaliśmy na największą lizbońska fiestę – Świętego Antoniego. Zupełnie przez przypadek, przysięgam. Święty Izydor nam nie wyszedł, za to Święty Antoni – jak najbardziej. Była całonocna impreza, parada, tysiące ludzi oraz wszyscy latali w czapkach w kształcie sardynek (of kors, musiałam taką mieć, N. mi wykukał od kelnera w jednej knajpie). To w piątek.

W sobotę zaczęło lać. Pojechaliśmy tuk-tukiem do Belem – po drodze wytrzęsło mnie, zawiało oraz jedną nogawkę dżinsów zalał deszcz. Przy ładnej pogodzie tuk-tuki na pewno są bardzo fajnym środkiem transportu, ale ja już więcej nie wsiądę. ZRAZIŁAM SIĘ. Chociaż dzięki kierowcy odkryliśmy po drodze Mercado Da Ribeira – piękne stragany i świetne miejsce na winko i przekąskę. Ale i tak byłam lekko wściekła i mokra. Pomnik Odkrywców – nie spodziewałam się, że jest taki ogromny. I ten plac z klasztorem, ogrodem, muzeum, jest gigantyczny i piękny. Praca de Comercio – tez ogromny, w ogóle tam się idzie od placu do placu, a wszystkie piękne, wyłożone kostką, z fontanną albo jakimś pomnikiem, przy ładnej pogodzie – pewnie można poszaleć. W Belem grób Vasco da Gama – skromny sarkofag, Kolumbowi w katedrze w Sewilli wyrąbali takie wielkie pomniczysko, a ten sobie leży w kątku na sarkofagu i ma takie malutkie stópki…

W Baixa – restauracja na restauracji, ale trudno znaleźć bar, taki na wino i tapas. To znaczy owszem, podadzą wino, ale trzeba usiąść przy stoliku, porozmawiać z kelnerem, który jak się dowie, że jesteśmy z Polski, to opowie jak był w Gdańsku i zna Dorotę, a wino na kieliszki może się okazać niezachwycające. Ale jak się dobrze pokrąży, to można odkryć wine bary albo champanerie. Za to jest dużo spelun z ginjinha – taką berbeluchą na wiśniach, strasznie słodką. Stoi przed nimi zwykle malownicza mieszana grupa turystów, emerytów, krawaciarzy i hipisów i pociągają z kieliszeczków. Można poprosić o nalanie z wisienką lub bez. Dla mnie za słodkie. Jezu, ile oni jedzą słodyczy, co druga knajpa to cukiernia. Nie powiem, żarłam i ja te ich pastel de nata, nastrój mi się udzielił, no i faktycznie są smaczne. Ale paszteciki z dorsza lepsze. Przy Rua Augusta jest miejsce, gdzie sprzedają tylko te paszteciki z dorsza – paszteciki!… Paszteciory wielkości torpedy – bardzo pyszne.

Oczywiście, jechaliśmy tramwajem 28 (padało), bardzo klimatyczna podróż, najciekawsze momenty to te na zakrętach, kiedy wszyscy pasażerowie wyglądali, czy tramwaj przejedzie obok zaparkowanego samochodu, czy wyryje na nim znak Zorro (parkują na bibułę i miejscami jest naprawdę śmiesznie). W połowie wycieczki kierowca wypędza pasażerów przed wielkim cmentarzem, nie wiem czemu, bo wszyscy i tak idą na przystanek trzy metry dalej, a pan kierowca po wypaleniu ćmika podjeżdża i zabiera ten sam skład w podróż powrotną. A jeden pan co wsiadł z nami do tramwaju z ogromnym aparatem fotograficznym to najpierw podłubał w nosie ze trzy przystanki, a resztę podróży przespał.

Co mnie zafascynowało, to jest dużo sklepów – mydlarni, sprzedających jednocześnie brzytwy i pędzle do golenia, z naturalnego włosia. Te pędzle w takiej cenie, że chyba włosie do każdego z nich było ręcznie depilowane pęsetką z tyłka borsuka po jednym kłaczku naraz. Do tego porcelanowe miseczki albo wręcz kryształowe, jak kałamarz.

Aha, no i jadłam sardynkę. Podczas fiesty Świętego Antoniego wszędzie je grillowali oraz każda restauracja zaprasza na sardynki. Duże, tłuste, wielkości makrelek. No to zamówiłam. Jest to, oświadczam, danie dla zegarmistrza. Narobi się człowiek, zanim powyciąga chociaż te większe ości, nie wiem jak oni je jedzą na tych fiestach. Z gnatami?… I nie udławią się?… Mięsko mają smaczne, ale na przyszłość zostawiam je specjalistom od sardynek – nie na moje nerwy.

Lizbona piękna. Taka majestatyczna z tymi ogromnymi placami i bez pośpiechu. Nastrój w stylu – już kiedyś podbiliśmy świat, nie ma się co szarpać. Się odpoczywa.

A później się wraca do domu szarpać dalej. W dodatku ktoś nakichał w samolocie do wentylacji i teraz boli mnie gardło. Co za ludzie.

O TYM, ŻE TERAZ PRANIE

No dobra, to wróciliśmy (korki w Warszawie – constans; to już tak na zawsze?) oraz odebraliśmy psa z przedszkola tymczasowego u mojego tatusia. Który, sądząc po zapachu, trzymał ją w beczce po smarze. Było chłodno, ale pysznie i w ogóle, chociaż zwichnęłam nogę. To teraz napiję się herbaty (też nie mają) oraz upiorę odzież. I może psa (chociaż wtedy to już się na mnie obrazi na śmierć).

Strasznie mi chlupie wino w całym organizmie.

PS. A w ogóle to odnotowuję sukces, że nie powitała mnie sałata jak kiedyś kiedy wróciłam z wakacji i sałata w stanie płynnym zrobiła falę powitalną na moją cześć. Przy samych drzwiach już była. W samolocie powrotnym mi się przypomniało “O Jezu, sałata!…”, a tu proszę, sałata zachowała się bardzo przyzwoicie – zwiędła, ale poza tym spoko. Za to rzodkiewki dały czadu, no ale na szczęście w plastikowej torebce i spokojnie dało się wynieść biohazard nawet bez rękawiczek (starając się jednak unikać wspaniałego zapachu). No.

O PRZEMIESZCZAJĄCYM SIĘ UPALE

 

Z okazji dziesiątej rocznicy ślubu

(przepraszam, ale musiałam się udać na chwilę na emigrację wewnętrzną pod stół. Nie dociera to do mnie – JAK TO DZIESIĄTĄ? Ale że o co chodzi, jakie dziesięć lat? Z której strony ich się zrobiło nagle DZIESIĘĆ? No wiem, że niektóre moje koleżanki zaraz mi odpowiedzą “Oj nie pitol, my w przyszłym tygodniu siedemnastą”, ale… Gdzie moja torba, bo muszę pooddychać).

…no więc dziesiątej (gdzie moje valium) (nigdy w życiu nie jadłam valium! jak to możliwe drogi pamiętniczku?), postanowiliśmy z N. pojechać do Lizbony. W tym celu kupiliśmy bilety lotnicze i zarezerwowaliśmy hotel.

Jak to w takich przypadkach bywa – OCZYWISCIE od kilku dni pies się popsuł. Noce nieprzespane, zastrzyki u weterynarza co drugi dzień, chirurgiczne ubranko – pełny zestaw. Niby już po najgorszym i nawet przespaliśmy dziś noc (miałam już myśli o zrzuceniu napalmu na las w okolicy – jak psina się wreszcie nad ranem uspokajała i szła spać, to rozkoszne ptaszeczki zaczynały drzeć mordy – jeszcze przed świtem – i już do budzika mowy nie ma, człowiek oka nie zmrużył), opiekę pod naszą nieobecność już mam obgadaną, ale naprawdę, wczoraj i przedwczoraj wszystko wisiało na włosku.

I jak tu się wyluzować i elegancko – lub mniej elegancko, za to dokładnie – upić w takich okolicznościach? No jak?

Aha, a zanim Szczypawka się pochorowała, to się troszkę martwiłam upałami w Lizbonie, bo chcieliśmy pozwiedzać, a tu dzień w dzień 30 stopni. No więc, TRADYCYJNIE, ten problem się rozwiązał sam – jak zwykle: na nasz przyjazd temperatura OCZYWIŚCIE spada – do miłych 22 stopni. Haha. Akurat od czwartku, jak nożem chlasnął. Ma się tę moc!… (Za to upał przenosi się do nas – nie musicie mi dziękować wszyscy naraz).

O ZIOŁACH

 

Z cyklu – czy wiecie, jaka ze mnie jełopa: dopiero jakieś dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że w PRL-u ludzie spragnieni tego typu uciech narkotyzowali się bardzo mocną herbatą. Szczególnie w więzieniach. Stąd podobno powiedzenie “niezły z niego herbatnik”. Słowo daję, nie miałam pojęcia. A zawsze u obu babć stała w małym czajniczku zaparzona tak zwana esencja, z której się montowało herbatę właściwą. I pomyśleć, że miałam środki odurzające na wyciągnięcie ręki!… Ech, jak się człowiek urodził dupą wołową, to kanarkiem nie umrze. Chociaż aktualnie wypijam do kilkunastu mocnych herbat dziennie, ale nie mam od tego żadnych wizji. Nawet takich “co jutro na obiad”. Nie mówiąc o “co dalej z moim życiem”.

No i tak. A teraz będę musiała przyznać rację N., bo mu wmawiałam, że takie wysokie fioletowe co kwitnie obok balkonu to absolutnie nie jest szałwia, tymczasem to jest szałwia. “Miałeś rację” – nie wiem, jak mi to przez gardło przejdzie. Cholerna szałwia.

PS. Czy taka pogoda nie mogłaby być teraz do listopada? Hę? HĘ? (Do końca listopada, oczywiście).

O NIEUDANEJ PRÓBIE NIESIENIA PRZYJAŹNI MIĘDZYGATUNKOWEJ

 

(Tak tylko dla porządku odnotowuję, że wczoraj zamrażarka chciała mnie zabić paczką szpinaku. To już drugi raz, bo przed świętami – mrożonym indykiem. Chyba powinnam się położyć i do niedzieli nie wstawać – tylko pewnie akurat wtedy na nasz dom spadłby helikopter, jak na doktora Romano z “Ostrego dyżuru”).

Pojechaliśmy wczoraj na małą wycieczkę i kiedy mijaliśmy stadninę koni, postanowiłam zapoznać Szczypawkę z koniem. Jamniki się bardzo lubią z konikami przecież. Zacmokałam i jeden podszedł do ogrodzenia (konie to jak psy, tylko większe; no i bardziej histeryczne, oczywiście). Prześliczny był, biały w czarne kropki, jak ten na którym jeździła Pippi Langstrumpf – wystawił łeb przez płot i pyta, o co chodzi. Na co Szczypawka się tak rozdarła, ale to TAK ROZDARŁA na niego, że kiedy po pięciu minutach nie udało nam się bachora uspokoić, bardzo przeprosiliśmy ślicznego konia i uciekliśmy stamtąd precz. No co za wstyd! Na konia szczekać. Kiedy się w dodatku jest wielkości jego pyska. Naprawdę nie wiem, skąd u niej te maniery. (Oraz skąd u mnie przekonanie, że jamniki uwielbiają konie? Pewnie po prostu konie stosują prewencję rozdeptując te egzemplarze, które ich nie uwielbiają i drą gębę).

No więc już jej nie zaprzyjaźniałam z malutkimi koźlątkami, bo mama – koza nie wygląda na taką, która by się bezczynnie przyglądała, jak ktoś się wydziera paszczą na jej przychówek. A dopiero co psa zszywaliśmy z kawałków i nie bardzo mam ochotę na powtórkę.

Natomiast od dwóch dni jest mi ciepło, niesamowite!

O NIE MOIM TYGODNIU ORAZ KROWIAKU

 

Wszechświat dał mi do zrozumienia, że nie będzie to MÓJ TYDZIEŃ – pierwsze co w poniedziałek od rana, to potłukłam dezodorant. Nowiutki. O umywalkę. I tak jeszcze nie najgorzej, bo słyszałam o przypadku, kiedy z półeczki w łazience spadły perfumy i przebiły dziurę w sedesie na wylot. No więc nie, umywalce nic się nie stało, tylko dezodorant poszedł w drzazgi.

No i tydzień moim nie jest, zaiste. Nie jest.

Mój mąż nawiózł ogród proszę sobie imaginować tak zwanym krowiakiem. Już nie chcę się wdawać w szczegółowy opis zapachu, który teraz spowija nasze włości, ale zapach to nic – jakie mamy muchy! Od razu widać, że nawóz żadna ściema, tylko prawdziwe granulowane krowie gówienko, prima sort palce lizać, muchy na nim idą wielkości piłek golfowych. Jedną jak walnęłam packą, to pół kuchni do sprzątania (oraz moje PTSD na widok jej rozwleczonych flaków).

Podsumowując: o tyle jestem od wywiezienia do psychiatryka (pokazuję, ile – b. mało).

O NICZYM, ZA TO KONIEC BARDZO ORYGINALNY

 

Gardło mnie boli, zawiało mnie w piątek na pogrzebie.

(Z każdego pogrzebu wracam jak przejechana walcem, bynajmniej nie wiedeńskim, nawet jeśli to pogrzeb 90-letniej cioci, która już tylko leżała bez kontaktu ze światem; nie mam siły się ruszać ani nic).

Na szczęście N. kupił mi lekarstwo na bolące gardło – wszedł do osiedlowego spożywczaka i wyszedł z Haagen Dazsami! Więc leczę się lodami z pralinkami i ciągnącym karmelem i może jakoś to będzie.

Poza tym jak zwykle:

– Kochanie, nie dawaj Szczypawce surowego schabu, bo będzie miała sraczkę.

Oczywiście, dał.

Oczywiście, miała sraczkę. Czasem wolałabym nie mieć zawsze racji.

Na dolne okna opuściliśmy zewnętrzne rolety, żeby ptaszka nie denerwowały szyby i siedzimy w stonowanym półmroku (podobno dla kobiety w moim wieku to akurat b. korzystnie). No to teraz wali w okienko w łazience, tam nie ma rolety. Znajoma powiedziała, że podobno jak ptak zastuka w okno, to wiadomość. Z tego wniosek, że w najbliższym czasie powinnam odebrać kosmiczny sygnał od obcej cywilizacji, taki na kilkanaście tysięcy stron, bo ten idiota potrafi walić całymi godzinami.

Te “Ości” jakoś tak memłam. Chyba za prosty ze mnie człowiek na współczesną prozę (ale po kawałku może dam radę, a takiej np. Masłowskiej nie dałam w ogóle). Chcecie zarwać noc? To “1945 Wojna i pokój” Magdy Grzebałkowskiej – nie da się odłożyć, że resztę jutro. Wciąga i wypluwa czytelnika na bezdechu – kocham takie książki.

A na zakończenie powiem coś szalenie oryginalnego: ZIMNO MI.

O POBUDCE I NIE TYLKO

 

Dziś rano, piąta z groszami, słodko dosypiamy, a tu nagle: stuk. Łupłup. Stuk, łup łup. Stuk. Pierwsze skojarzenie wyrwanej ze snu: WISIELEC – wiatr go kołysze i trąca stopą w okno. Po chwili obudziłam się bardziej – no jaki wisielec. PLESZKA! Nasza kochana, albo raczej – NASZ KOCHANY – bo nie uwierzę, że jakakolwiek baba, nawet ptasia, może być aż tak głupia. Samica pleszki już dawno by zrozumiała, o co chodzi z szybą. W każdym razie, uroczy ptaszek przeniósł się z łomotaniem piętro wyżej (i ładnych kilka godzin wcześniej). Może on ma amnezję od tego walenia łbem i po prostu nie pamięta, że wczoraj walił, przedwczoraj walił i nic z tego nie wynikało?… A może po prostu nie wyciąga wniosków. Są tacy ludzie – mnóstwo – to czemu nie ptaszki.

Oglądam duński serial „Rząd” („Borgen” – dziękuję za polecenie). Rozkosznie duński, powiedziałabym. Nawet polityczni przeciwnicy są grzeczni i poukładani. Pani premier urocza, często w kozakach (bardzo mi się podoba jej styl), a już zupełnie fascynuje mnie blond dziennikarka – bez makijażu, niewystrojona i potargana wygląda jak jasne prosiątko. A po lekkim oheblowaniu – WOW! Prawdziwa piękność. Aż mi zakiełkowała myśl „A może by się tak czasem uczesać?…”. Serial fajny.

Przeczytałam „Bagienną niezapominajkę” – historię życia Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej na emigracji w Anglii. Smutne, bo w oderwaniu od rodziny, przyjaciół, na koniec – ciężka choroba. Ale tez i problemy miała trochę inne – zamiast codziennego strachu o życie martwiła się, z czego spłacić dług zaciągnięty na nowe futro. A nowe futro było co roku (w wojnę!). Do męża pisała o kieckach, pieniądzach, a także narzekała na jedzenie i przede wszystkim – ludzi. Nie oceniam, bo kto byłby uroczy w takich okolicznościach, ale chyba jednak Madzia Samozwaniec wygładziła charakter siostry w swoich wspomnieniach. Książka bardzo dobra,  a autor pracuje podobno nad biografią Wojciecha Kossaka – już się zasadzam.

Czy w tym roku, do cholery jasnej i niecierpliwej, będzie wreszcie można założyć sandałki?…

O HIPOPOTAMACH, KTÓRE POLECAM KAŻDEMU

 

Diaboł z dziecka wypędzony musiał być już niezłej wielkości, bo od razu po powrocie do domu mała rąbnęła na kanapę i przespała całe przyjęcie. Ze cztery godziny jak obszył. Jak po szczepionce – podsumowała Zebra. Wstała dopiero na owocową babeczkę (ale z kiecki, a nawet z butów nie dała się rozebrać – spała w pełnym umundurowaniu).

Ponieważ chrzestny jest chirurgiem, to uraczył wszystkich opowieścią o tym, jak przyszyć człowiekowi zerwany skalp. Otóż podobno przyłożyć mniej więcej (ważne, żeby grzywka wypadała jakoś z przodu, nie z boku), a następnie złapać z tym, co zostało na człowieku takim ściegiem pomiędzy na okrętkę a przypominającym zszywki. Podobno po paru tygodniach nie ma w ogóle śladu, sam się zdziwił.

Reszta gości nie będąc chirurgami i nie posiadając aż tak barwnych doświadczeń, ale jednak chcąc się zrewanżować, opowiedziała wobec tego o największym robaku, jakiego w życiu zjadła przez pomyłkę –  każdy o swoim, oczywiście. Czy w czereśni, czy w rzodkiewce, czy w śliwce. Ewentualnie prawie zjadła, bo wybiegł z sałaty w ostatniej chwili.

A na koniec imprezy Zebra pokazała mi taką grę, co uważam, że powinna być na wyposażeniu każdego gospodarstwa domowego. Gra się składa z paletki, w której są dołki, w dołkach siedzą hipopotamy (w dwóch kolorach) i są dwa młotki. Włącza się to i hipopotamy zaczynają podskakiwać – wtenczas wali się je młotkiem w łeb tak, żeby zahaczyć i powyjmować je z dołków. FANTASTYCZNA SPRAWA. Może niekoniecznie trzeba przy tym wrzeszczeć na całe płuca „TY ŚCIERWO ZARAZ CIĘ DORWĘ BYDLAKU”, ale – z wrzaskiem czy bez – niesamowicie odpręża (z wrzaskiem bardziej).

Obejrzeliśmy z N. „Zaginioną dziewczynę” i nie wiem, czy to nie był błąd, bo on teraz twierdzi, że jestem identyczna jak główna bohaterka i żebym sobie to przemyślała. Tłumaczę mu, że jestem o wiele za leniwa na takie numery, a on swoje. Doprawdy, przecenia mnie.