W drodze do biura jechaliśmy obok firmowego samochodu dostawczego Lisnera. Dostawczak miał z boku niezwykle apetyczną reklamę polskiej sałatki jarzynowej, z kiszonym ogóreczkiem i jajkiem na twardo i tak się mijaliśmy w warszawskim korku– raz my jego, raz on nas. My jego, a on nas. Sałatka akurat z mojej strony. Tak po dziesiątej mijance dostałam ślinotoku i koniecznie, po prostu KONIECZNIE musiałam zeżreć na śniadanie taką sałatkę. I teraz jest mi najzwyczajniej na świecie niedobrze. Dobrze, że nie mijaliśmy ciężarówki wiozącej gicze cielęce po mediolańsku.
Jutro te chrzciny, a ja bym najchętniej kogoś rozerwała na malutkie strzępki i rozwlokła po gumnie; nie wiem, czy to pogoda tak na mnie działa, czy przedwyborcza atmosfera, czy co, ale palce mnie swędzą. Dostanę bąbli od wody święconej, jak nic.

