O CZAPCE I INNYCH

 

Modelka w czapce – sardynce:

Lis1

A to miejscówka z pasztecikami, a raczej torpedami z dorsza:

Lis7

Są dwa smaki – z serem i bez. Sam pasztecik wygląda tak (przepraszam, ale już go nadgryzłam, ale i tak widać jaki duży) – w tle mozaika z kostki, którą serdecznie pozdrawia moja spuchnięta noga:

Lis4

Wyszliśmy z hotelu, a tu takie coś – okazało się, że winda Swiętej Justyny. Moim zdaniem bardzo ładna:

Lis8

A ze Swiętym Antonim to jest jeszcze jakaś grubsza sprawa, o której nie wiem. Taką oto scenę znalazłam w kaplicy w Katedrze – ewidentnie przemawia do ryb i te ryby słuchają. O czym Swięty Antoni rozmawiał z rybami?

Lis2

A tu N. zamawia pastel de nata w najładniejszej cukierni przy placu:

Lis5

 

Nie, ja nie mogę oglądać zdjęć, bo od razu się robię głodna. A propos głodna – mają tam znakomity ryż duszony w pomidorowym sosie. Muszę poszukać przepisu, bo jak nie jestem za bardzo ryżowa, tak ten był pyszny.

21 Replies to “O CZAPCE I INNYCH”

  1. Lizbona, maj low!!
    A na owocach morza po drugiej stronie Tejo byli? A w restauracji z pîjanym kelnerem kolo dworca Cais do Sodre? Jakbyscie sie jeszcze kiedys wybierali do mojego ukochanego miasta, to moge podrzucic pare fajnych adresow (mam nadzieje ze jeszcze aktualnych)

  2. Ja Cię rozumiem z tym jedzeniem 🙂 Wróciłam z Portugalii po 2 tygodniach chyba z 5 kilo więcej… Paszteciki z dorsza wcinałam niczym taśmociąg, a do tego vinho verde serwowane wraz z pasztecikiem 🙂 …No i oczywiście- boskie ośmiornice!!!! Najlepsze ośmiornice jadłam w Portugalii właśnie!
    Moja przyjaciółka mówi, że jestem świrem, bo każde wspomnienia z wakacji zagranicą zaczynam od opisywania żarcia 🙂

  3. Hej, chcialbym Ci szczerze zakomunikowac, ze prowadzisz naprawdę bardzo dobrego oraz ciekawego bloga 🙂 Rzadko kto posiada taki dar jak Ty. Mianowicie posiadasz dar dobrego wladania piórem 🙂 Swietnie piszesz, bardzo dobrze się Ciebie czyta, no i w sumie tresc tez jest w porządku 🙂 Bardzo dziekuje Ci za to, ze dzielisz się swoimi tekstami z czytelnikami 🙂

    • A to jest piękny prezent od naszego przyjaciela z Galicji. Prowadził knajpę i to jest porcelanowa figura z kija do nalewania piwa Estrella Galicja, z pięknej porcelany Sargadelos. Kilka lat temu stwierdził, że mu się już nie chce, lokal wynajął, a Estrelle podarował nam. Stoi na bufecie w kuchni i pilnuje porządku w obejściu.

    • Jak rany pomidora, to ja za czasów komuny jadłam portugalski ryż?
      W sumie możliwe, bo ojciec koleżanki, u której tego dania spróbowałam, był marynarzem i przywoził ze świata różne dziwne rzeczy, jak np. walkman.
      No i ten ryż robiło się nie w garnku, tylko w naczyniu żaroodpornym wstawionym do piekarnika. Wychodził zawsze idealnie – nie za mokry, nie za suchy, przy ściankach naczynia lekko spieczony. Pamiętam, że trzeba było dać ciut mniej wody, niż do gotowania ryżu w garnku (bo z naczynia w piekarniku nie odparowuje), chyba jakoś półtorej szklanki wody na szklankę ryżu, a oprócz przecieru pomidorowego był jeszcze kultowy keczup “Włocławek”, i trochę sproszkowanej, ostrej papryki. I chyba olej. Ten ryż wyżerałyśmy z koleżanką łyżkami wprost z naczynia, gdy tylko trochę ostygł, i nawet bez dorsza był po prostu pyszny. No i teraz będzie za mną chodził.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*