Nie macie chwilami wrażenia, że oglądacie swoje życie z zewnątrz, z pewnej odległości? Jak pacjenci, którzy opisują śmierć kliniczną, kiedy patrzyli na swoje ciało fruwając pod sufitem sali operacyjnej?
Bo ja tak mam od kilku dni.
Serial o nawiedzonym dworze oglądam właściwie na uspokojenie. Chętnie bym się z nimi zamieniła – co to jest kilka duchów, pętających się po ogromnym domu i pięknym ogrodzie, w porównaniu z tym, co mamy teraz na co dzień. Jakby zaraza to było za mało, to jeszcze codzienne występy tych tłuków.
A na dodatek przypomina mi się, jak w poprzednich latach narzekałam na listopad i na zimę, mimo że wyjeżdżaliśmy do Hiszpanii, do znajomych albo do Madrytu przebąblować weekend na poprawę humoru. Człowiek nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki jest wolny i uprzywilejowany. I jak mu się od tego w dupie poprzewracało i narzeka na byle gówienko, typu samolot opóźniony godzinę, albo wzdychałam „O matko, jak mi się nie chce pakować!…”. Normalnie marzę o podróżach w czasie, żebym mogła samą siebie z wtedy kopnąć w dupę. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. I jak Stan w najnowszym South Parku zaraz się rozpłaczę, że CHCĘ Z POWROTEM MOJE ŻYCIE.
A dilera od xanaxu jak nie miałam, tak nadal nie mam. Do dupy. Wielkiej, tłustej i z cellulitem.

