O TYM, ŻE IDĘ SIĘ UPIĆ

Dziś w nocy piec włączył w chałupie ogrzewanie.

TO JUŻ JEST KONIEC

NIE MA JUŻ NIC

Nie ma nadziei, lato się skończyło i nigdy nie wróci, teraz już tylko  skarpety frotte, zimno w tyłek i zgrzytanie zębami. 

W dodatku okazało się, że Panna jest w grupie znaków, które najgorzej znoszą jesień (ja bym jeszcze dodała, że także zimę oraz mleko, zwłaszcza ciepłe) (OH MY GOD, na Mazurach jeden kolega rozmarzył się w temacie mleka prosto z krowiego cycka, jeszcze ciepłego i z pianką – musiałam opuścić towarzystwo przy stole, bo miałam regularną cofkę). 

Natomiast przeczytałam artykuł o tym, jak przed startem w samolocie lecącym na wakacje do Grecji jedna pani odebrała SMS-a z pozytywnym wynikiem testu na COVID. I wszystkich z samolotu wygarnęli na kwarantannę, zamiast na wakacje. Podziwiam załogę, że potrafiła to zorganizować jakoś tak, że ta pani od testu nie została na miejscu rozszarpana na kawałeczki w sam raz nadające się na sałatkę typu gyros. Bo ja niby jestem tą pacyfistką, prawda, ale trochę mi się palce zwinęły w szpony, jak to czytałam i sobie wyobraziłam że siedzę na jednym z foteli, z książeczką i wizją wylegiwania na plaży.

I jeszcze pająki wszędzie. WSZĘDZIE – wczoraj N. wynosił z sypialni kątnika o średnicy półtora metra. NIC NIE PRZESADZAM.

A będzie tylko gorzej,coraz zimniej, ciemniej, z COVIDEM i bez Hiszpanii. Idę się upić.

O ŚLUBIE CHER I ZNIKAJĄCYM CZASIE

My tu gadu gadu, a Cher zamierza wziąć ślub ze swoim 27-letnim chłopakiem, i to koniecznie w prowokującej, przezroczystej sukience. Szczerze ją podziwiam (tak z daleka, bo chyba bym się bała zagadać). Dziś mi się śniło, że musiałam się elegancko ubrać i UCZESAĆ na jakąś imprezę i obudziłam się załamana i przybita (i okazało się, że uff – nadal pandemia i żaden elegancki strój mi nie grozi). 

Przez ten deszcz nawet N. chodzi od kilku dni jakiś zdezorientowany i przyćmiony i ciągle się mnie pyta, JAKI DZISIAJ DZIEŃ. Na co ja mu cierpliwie odpowiadałam, że WTOREK przecież! A później się okazało, że te kilka ostatnich razy też nie miałam racji, bo już środa. Ja naprawdę nie wiem, gdzie się ten czas podziewa. Może w pakamerze pod schodami, bo zauważyłam, że jak coś tam upchnę, to już się nigdy więcej nie pojawia.

Bo nie wiem jak u Państwa, ale u nas to ja jestem pamięcią zewnętrzną i mam bez wahania odpowiadać na pytania w stylu: jaki dzisiaj dzień, czy jutro są śmieci i jakie, gdzie jest faktura z PGNiG, jak jest po hiszpańsku „leszcz” i co było w marynacie do kurczaka Marise. Ale OK, dopóki mi nie każe codziennie gotować trzydaniowych obiadów z kilkoma surówkami do wyboru (znam taki casus, że jeden się rozstał z żoną bo NIE MIAŁ SURÓWEK DO WYBORU codziennie do obiadu, przysięgam), to mogę być taka domowa Siri, względnie Alexa. 

A leszcz po hiszpańsku to „brema”, naturalnie (słodkowodnych jeszcze nie mam opanowanych, oprócz pstrąga, ale morskie to już swobodnie mogę wplatać do konwersacji).

Udało mi się zdematerializować soczewkę kontaktową i tak sobie myślę, że chyba czas robić listę prezentów gwiazdkowych (ja już wiem co chcę – xanax oczywiście, tylko dużo).

O POWROCIE I DETOXIE

Wróciłam z dobrowolnego wykluczenia cyfrowego – biedny Netflix chyba się martwil, że choruję albo nie żyję, bo przysyłał mi pięć maili dziennie. Żaden, ŻADEN facet nie jest nawet w połowie taki troskliwy, jak serwis streamingowy.

Jak się nie ma Aruby lub Dżamajki, to się jedzie na Mazury (a raczej Warmię, co poznałam po zakładach mięsnych „Warmia” – bdb hamburgery i wolno pieczona wołowina – oraz polecanych przysmakach warmińskich w restauracjach, w roli głównej plince z pomoćką). Jedzenie i zakwaterowanie to były zdecydowanie jasne strony pobytu (domek miał dwie łazienki i zmywarkę! Dla kogoś kto, jak ja, ma OCD jeśli chodzi o brudne naczynia, to doprawdy ZBAWIENIE). 

Ciemną stroną były niestety ryby, które jak na złość brały. Nie dość że wszędzie się człowiek potykał o porozkładane wędki, robaki, uświnione ciuchy i snujący się eau de poisson, to jeszcze codzienna makabra z patroszeniem („Idż zabij ryby, bo umrą”) i opowieściami, komu się jaka część ryby ruszała pośmiertnie. BRRRRR. Podobno Hitchcock bał się jajek – chyba kurde nie był na rybach na Mazurach. 

Z nadmiaru świeżego powietrza ciągle się awanturowaliśmy między sobą oraz raz o mało co z sąsiadami z domku obok, bo przyjechali na wakacje z czwórką dziecki – ale to jeszcze nic – oraz KOLUMNAMI i od razu puścili disco polo. Nie zmyślam, taką najgorszą łomoto – siekankę, co chyba puszczają pod koniec wesela w remizie, jak już wszyscy są pijani. Najlepsze że spytali, czy nam MUZYKA nie przeszkadza – powiedzieliśmy, że przeszkadza, ale nadal łomotali. Na szczęście mieliśmy właścicieli po naszej stronie i drugiego dnia kolumny zniknęły (ale byliśmy obdarzani nienawistnymi spojrzeniami zza siatki). Kto, ja się pytam KTO wozi przenośne głośniki na wakacje?… 

Oczywiście prowadziłyśmy (w damskim gronie, bo faceci zajęci dręczeniem ryb) dyskusje o wykluczeniach społecznych. Od pewnego czasu w jakim bym się nie znalazła towarzystwie, to rozmowa schodzi na wykluczenia społeczne. Natomiast żadna koleżanka nie chce ze mną iść do Cyganki, żeby przelała nade mną jajko i zdjęła klątwę deszczu – bo oczywiście, że padało. Nie cały czas i w sumie popołudniami siedzieliśmy na tarasie, ale jednak. 

Po raz kolejny okazało się, że nie mam czegoś w rodzaju wyobraźni termicznej – pakowałam się w upale i prawie nie wzięłam cieplejszych ubrań, w efekcie snułam się z lekko zmarzniętą dupą w powiewających woalach. 

A teraz detox od nadmiaru tlenu, jedzenia i wina, a także kocyk i Netflix (nieźle leje). Błagam, powiedzcie, że jeszcze będzie ciepło, bo jak te smutne skurwysyny zamknęły Hiszpanię i Wyspy Kanaryjskie, to zapowiada się cała jesień i zima bez odrobiny odskoczni?… Oszaleję.

PS. Przed wyjazdem kupiłam pięknego nadmuchiwanego pawia – materac, właściwie pływającą wyspę (?) (tak był opisany w sklepie) – wielki, kolorowy, no cudny. To chyba OCZYWISTE, że ZOSTAŁ W GARAŻU.

O TYM, SKĄD I DLACZEGO TO OCHŁODZENIE

W sklepach odzieżowych jesień (i zima, puchowe kurtki też mi już wyskakują). 

N. (który chwilowo jest na warunkowym, bo sobie nagrabił) od trzech dni pakuje taką ilość sprzętu wędkarskiego, jakbyśmy wyjeżdżali na pół roku na statek dalekomorski połowowy. Tymczasem jedziemy na kilka dni nad zwykłe jezioro i te biedne miejscowe trzy płotki i cztery okonie będą miały niezły disneyland, jak on to wszystko przyczepi do żyłek i wrzuci. Do końca życia będą wspominać, opowiadać dzieciom i rodzinie z przeciwległego brzegu jeziora.

Oczywiście, że IDZIE OCHŁODZENIE i deszcze, w końcu tradycja zobowiązuje. Jak jadę na urlop to musi padać, kropka. KROPKA! 

Lato się kończy, a do Hiszpanii nie można polecieć. Niedobrze. To znaczy – oczywiście, można się upić, ale to dość krótkoterminowe rozwiązanie z męczącymi konsekwencjami – ach, gdyby gdzieś była wypożyczalnia wątrób na takie okazje…

No dobra, na razie czeka mnie krucjata przeciwko barbarzyńcom, męczącym ryby w imię taniej rozrywki. A później zobaczymy. Może wyproszę jakieś fajne psychotropy przez teleporadę. 

O SERIALU I SAŁATCE WEDŁUG KARLOSA

Nazbierała mi się kupka zaleglaków biurowo – administracyjno – dozałatwieniowych i tak się z nimi użeram niechętnie, na pół gwizdka, bo okropnie nie lubię. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że to są tak zwane problemy luksusowe i oby tylko takie bywały. Z trzeciej – oczywiście budzę się w środku nocy „Ojezusmariaczyjatowysłałam” – po czym okazuje się, że wysłałam, ale nie zapłaciłam telefonu. No. I tak w kółeczko.

Natomiast CO mnie podkusiło, żeby w piękną słoneczną sobotę, na lekkim kacuniu, wrzucić sobie na Netflixie serial „Dirty John”, oparty na faktach, TO NIE WIEM.

Pierwszy sezon wciągnęłam w dwa dni, zaliczając ze trzy – cztery ataki tachykardii na odcinek. To straszne, jak kobieta może zgłupieć z powodu faceta. Ale drugi sezon… Po pierwszym pompowało mi adrenalinę, a drugi dosłownie energię ze mnie wysysa. Jest STRASZNY (chociaż oczywiście takich historii są setki i tysiące) – może dlatego, że Betty Broderick gra Amanda Peet, którą uwielbiam. Świetnie gra, dodajmy. A po pierwszym odcinku dodatkowo cały czas myślałam – JAKIE TO SZCZĘŚCIE, że nie żyjemy w latach osiemdziesiątych, bo wtedy każda kobieta wyglądała jak potwór (każda MODNA kobieta). Nawet olśniewająco piękna Amanda.

Jednak najlepsze są historie oparte na faktach – prawdziwe życie jest tak popieprzone, że najbardziej wyuzdana wyobraźnia nie jest w stanie tego przebić.

A u Karlosa Arguinano w dziale „sałatki i warzywa” – przepis na pieczone ziemniaki nadziane jajkiem sadzonym, boczkiem i serem. Zawsze go bardzo lubiłam. Takie sałatki to mogę jeść.

O MARNOWANIU ATOMÓW

Mam bąbla na pięcie – pierwszy raz od nie pamiętam kiedy. Poszłam na wino z koleżankami w bardzo wygodnie wyglądających dżinsowych sandałkach z Desiguala, a one tak mnie potraktowały! Nie wiem, może są obrażone, że kupiłam je dopiero po trzeciej przecenie. A może to po prostu kolejny dowód na poparcie tezy, że NOGI NIE SĄ DO CHODZENIA, tylko do oglądania.

Równolegle N. miał swoją imprezę z kolegami i kiedy się go pytałam, o czym gadali, to powiedział:

– O SYSTEMACH OGRZEWANIA.

No czy faceci nie są beznadziejni? Chwilami mam wrażenie, że marnują atomy, z których są zbudowani, naprawdę. Zamiast fajnych plotek, na przykład o rodzajach zboczeńców grasujących na tinderze, to oni – O OGRZEWANIU. O przepraszam, jeszcze było o konstrukcji schodów. Litości.

ZMAR NO WA NE A TO MY – z których mogło powstać coś pożytecznego, na przykład fajne buty (nieobcierające).

A tak w ogóle to tęsknię za Hiszpanią, że aż mnie coś w środku szarpie. Głównie za włóczeniem się po tapas barach oczywiście; niech ten wirus może już zdechnie, dobrze?

PS. Na płocie sąsiada wisi baner z reklamą “Usługi detektywistyczne”. Oczywiście – BARDZO mnie kusi, żeby wynająć detektywa, tylko co by tu zdetektywować? Poza tym – jak powiedział Manny o Glorii – “Nie zadawaj mojej matce pytań, bo się dowiesz”. No i ja się z nim zgadzam, że czasem lepiej NIE WIEDZIEĆ.

O SOFII I KRZYCZĄCEJ ŻABIE

Kiedyś zaczęłam oglądać „Modern Family” i jakoś nie zażarło. Takie zbyt sztampowe, zbyt oczywiste postacie, narysowane grubą kreską, utknęłam gdzieś na trzecim odcinku. No trudno.

Teraz potrzebowałam czegoś odmóżdżającego, bo piesek się popsuł, a jak piesek choruje, to ja słabo działam. No i dałam „Modern Family” drugą szansę. W sumie do odcinka z odwiedzinami matki jest cienko, a później się rozkręca. Dotarłam do momentu, w którym Sofia Vergara w białej koronkowej sukience tłucze szczura łopatą i oznajmia „Teraz idę do kościoła” i przyznaję, że wciągnęłam się w klimat. Cały serial to oczywiście Sofia i satelity, mamusia – blondynka mnie mocno irytuje (jej mąż – nieogar i babiarz też), a reszta jest OK. Jak pokazałam N. Sofię w akcji, to zaniemówił na kilka minut, jakby go ktoś walnął w splot słoneczny, no ale nic się na to nie poradzi. Są takie kobiety i my, reszta, musimy z tym żyć. 

Poza tym przyszła do nas na taras żaba i zrobiło mi się jej żal, bo w taki upał na gorącym kamieniu to chyba nie było jej zbyt komfortowo, więc postanowiłam ją złapać i wynieść w krzaki. A ona uciekała przede mną i KRZYCZAŁA (no – skrzeczała, prawie przy każdym podskoku). To było straszne, jeszcze nigdy żadna żaba nie krzyczała na mój widok, nawet nie wiedziałam, że żaby wydają taki odgłos! Oczywiście wszyscy się ze mnie śmieją, a ja mam traumę (a żabę z tarasu spędziłam w cień). 

Miałam też wpadkę z komarami, bo kiedy jednej nocy lało, to stwierdziłam, że nie trzeba wsadzać do gniazdka tego odstraszacza, bo przecież żaden normalny, szanujący się komar w taką pogodę NIE LATA (no bo jak?). Wnioski empiryczne ex-post: OWSZEM, LATA – wpada przez okno i gryzie jak opętany skurwysyn. Od tamtej pory wysłuchałam wielu gorzkich komentarzy N. na temat mojej płytkiej wiedzy z zakresu insektów i podtykał mi pod nos swoje bąble i poszło chyba z pół tubki fenistilu. 

I mam taki wniosek, że zawsze jak postanowię, że koniec z rozpasanym konsumpcjonizmem i kupowaniem szmat, to natychmiast któraś sieciówka wrzuca koszulki ze Snoopym. I muszę postanawiać od nowa, ale dopiero jak przyjdzie paczka.

Upał, co? Lecę zmieniać ptaszkom wodę.

O TYM, JAK SIĘ TYDZIEŃ ZACZĄŁ

Byłam wczoraj świadkiem naocznym niebieskiej dyskoteki porannej przed MInisterstwem Środowiska (czy nadal powinno się to pisać z dużych liter, bo nie wiem, czy oni jeszcze cokolwiek mają wspólnego ze środowiskiem jako takim, a i status ministra w tym kraju jakoś skapcaniał i zwiądł, jak stara pieczarka). Trzy wozy strażackie oraz porównywalna liczba karetek i wozów policji – tych dużych – z powodu dwóch czy trzech postaci na dachu, zwieszających baner, żeby zaprzestać wycinki lasów. Wszystko oczywiście z włączonymi niebieskimi lampami – no po prostu jakby co najmniej dorwali Ocean’s Eleven z workiem brylantów, i to koronnych. 

Z tego wszystkiego w robocie dziwne rzeczy mi się w excellu działy z kursem jena, aż w pewnym momencie zaczęłam wątpić w pryncypia matematyki, jak ta pani z opowiadania Teda Chianga (drugi tom mi się bardziej podobał, chociaż pierwszemu nic nie brakowało i w sumie są w podobnym, filozoficznym tonie). A jeśli matematyka mówi prawdę, to coś jest bardzo niedobrze ze światową gospodarką. Po czym okazało się, że z matematyką nadal wszystko w porządku, z jenem wszystko w porządku, a ja pomyliłam unit price z totalami i poprawiłam i wszyscy żyli długo i szczęśliwie (zanim umarli, oczywiście). 

A propos wydarzeń światowych, to król Juan Carlos I Burbon zamierza opuścić Hiszpanię. Galicyjski przyjaciel N. się ucieszy – już jakiś czas temu proponował nam, żebyśmy sobie wzięli jednego króla, bo oni mają już dwóch na utrzymaniu, razem z ich rodzinami i kochankami. Wyjeżdża oczywiście z powodu zarzutów o korupcję i mam nadzieję, że nie wybierze Polski, bo kiedyś zastrzelił sobie u nas dla kaprysu żubra, więc nie lubię dziada tak samo, jak nasi znajomi z Galicji. 

Po wielu latach przypomniało mi się, że kiedyś bardzo lubiłam pumpernikiel i kupiłam sobie taki w okrągłych kromeczkach, w rolce – do robienia bankietowych kanapeczek. No i okazało się, że NADAL go bardzo lubię i chyba dobrze, bo jest zdrowy (chociaż nie wiem, czy w takich ilościach). Aha, i przez cały weekend gotowałam śliwki, bo znowu ciotka mnie obdarowała wiaderkiem takich czerwonych w środku, i chyba tym razem przesadziłam z dodawaniem jak najmniej cukru, bo N. twierdzi, że kwaśne, aż wykręca pysk na lewą stronę. NO TRUDNO. Ja lubię kwaśne.

A dziś pada i nie chce mi się w zasadzie NIC. 

PS. No i oczywiście nogi Mai Komorowskiej są absolutnie godne odnotowania – ale to z gatunku cudów świata, a nie wydarzeń tygodnia.

O SOLENIU MĘŻA

Tymczasem w naszym ulubionym Superexpresie:

„Gwiazdor popularnego show POĆWIARTOWANY W LODÓWCE. Żona jeszcze go posoliła”

Wydarzenia te miały miejsce na Ukrainie, a Ukrainki są gospodarne – więc pewnie, gdyby nie działania śledczych, skończyłby w pielmieniach i czeburekach i PRZYNAJMNIEJ BYŁBY Z NIEGO JAKIŚ POŻYTEK. Nie to, co z niektórych facetów (i całego rządu i parlamentu), co nawet na trociny się nie nadają. 

W międzyczasie zrobiłam pranie z chusteczką higieniczną – oczywiście ciemne. Wszystko, WSZYSTKO w białych kłakach. 

N. był wyjechany i całą noc nie spałam, bo wyraźnie słyszałam grasujących włamywaczy, złodziei, a może i morderców. Bałam się oczywiście, bo czasy są smutne i złowieszcze. Po powrocie nasłuchałam się, że ho ho – histeryzuję, przesadzam oraz wyolbrzymiam; naczytam się i naoglądam nie wiadomo czego, a później moja wyuzdana wyobraźnia mi nie daje spać. I co? Kto następnej nocy biegał z kijem do okien dachowych, wypadał na balkon i robił śledztwo? Okazało się, że kuna postanowiła nas odwiedzić, bo dawno nie była, i biega po dachu – ale co się nasłuchałam, że HISTERYZUJĘ, to moje.

Więc czy ja się dziwię tej pani, która poćwiartowała i posoliła męża? Chwilami muszę przyznać, że NIE CAŁKIEM (tyle że się strasznie napracowała, ja jestem jednak za leniwa I TO NIEKTÓRYM RATUJE TYŁEK).

Rzeczywistość tak mnie wkurwia, że wyciągnęłam z czeluści „Obsługiwałem angielskiego króla” i przebywam w czarodziejskim świecie czeskiej literatury (i mam straszną ochotę na knedlika). 

No proszę, na Netflixie rzucili duński „Rząd”! To dobrze, bo skończyłam żałośnie krótkie „Unsolved Mysteries” – odcinek dziejący się we Francji jest okropny. Zawsze mówiłam, że najbardziej frappe są ci wymuskani Francuzi z dobrych rodzin. BRR.

O NIEHAMBURGERACH I PRZYRODZIE

Zjadłam hamburgera Gatesa i sama nie wiem. Nie był niesmaczny, ale chyba po prostu wolałabym warzywa z grilla – bakłażana czy pieczarkę. Chyba bym się nie nabrała, że to prawdziwe mięso, chociaż supermarketowe hamburgery czy parówki to też nie jest prawdziwe mięso, tylko poniewieranie zwłok, moim zdaniem. W ogóle produkcja mięsa w intensywnych hodowlach zasługuje na karę więzienia do lat dwudziestu pięciu, i ze względu na zwierzęta, i na produkt. 

No więc na miejscu Billa Gatesa chyba bym zagnała twórców kijem z powrotem do laboratorium albo przemyślała strategię produktu. 

A od N. na imieniny (chociaż nie obchodzę) dostałam sześć filiżanek z brązowego porcelitu z talerzykami! Kupił na lokalnym rynku – tam można dostać wszystko, kiedyś nawet (podobno) kałasznikowy, jak zwykle się nie załapałam i do dziś żałuję. 

Natomiast nareszcie mamy lato, ciepło i pięknie i się tarasuję i regularnie zmieniam ptaszkom wodę, po czym one NATYCHMIAST przylatują i moczą dupę w tej świeżej. Oraz dziękują mi jak szalone – obsrywaniem krzeseł ogrodowych – wszyściutkie mamy udekorowane ptaszyzmem, a poduszki prałam już trzy razy tego lata.

O, właśnie rozmaśliłam muchę na szybie – chciałam złapać do szklanki i wypuścić, ale niechcący TRAFIŁAM ją brzegiem. Niedobrze mi. No pięknie, pięknie mi się tydzień zaczął!…