Caly jeden dzien przetarzalam się w pizamie i welnianych skarpetkach. CAŁY JEDEN. I zaluje, ZE NIE WSZYSTKIE CZTERY.
Wylezalam się, wyczytalam (“Nostalgia aniola” – swietna, “Nie chcesz mnie” Indii Knight – dawno się tak nie usmialam, jakies tam jeszcze rozrywkowe pozycje o panu co gwalci panie i kroi na krzyz – standardowo) i w ogole nie uwazam, jakobym marnowala sobie zycie. Bo globtroterstwo i aktywne wlaczanie się w losy swiata to ja mogę uprawiac, proszę bardzo, ale w temperaturach powyzej 20 stopni C.
A dzis mam taki humor i tak się czuje, ze normalnie… Podchodzic tylko z trzymetrowym kijem, proszę.
Aha, no i dostalam SMS od Marcelego, ze jestem WREDNA, w zwiazku z czym on idzie na pączka (pączka?… tego, co go nie przyjęli na SGH?…) i od Hanki, ze SWIAT SIĘ KOŃCZY – BEN AFLEK ZOSTAWIL BOSKĄ J LO przed samym oltarzem i co my na to!
No JAK – co my na to. JAKOŚ SIĘ POZBIERAMY, mam nadzieję…
Snily mi się male, miekkie, pachnace jamniki.