NIE CHCE, ZE TAK POWIEM, MIĘSIE

Zrobiłabym coś z moim zyciem, ino nie wiem co.
Co se cós wymysle, to albo mi się nie chce, albo… mi się nie chce.

A taki np. Pepsee wczoraj wyslal przepiękne rozważania na temat damskiego odpowiednika określenia „Męska szowinistyczna świnia”. Wyszło mu „FEMINISTYCZNA DAMSKA MACIORA”. Bardzo mi się ono podoba. Zamierzam używać.

I coraz częściej mnie nachodzi taka refleksja, że to kurestwo domowe jako rola kobiety to nie był taki do końca gupi pomysł.
Wyobrażam sobie, że wstaje rano, zarzucam plisowaną podomke i przy porannej kawie z grzanką czytam traktat „Czem nadziac kapłona”.
Zamiast zrywać się z obłędem w oku o godzinie KTÓREJ IMIENIA NIE WYPOWIEM, zarzucać na siebie cokolwiek bądź i udawać się na miejsce pracy.

Boże, jaka piekna perspektywa.

A zaczyniwszy ciasto na bliny, udaje się do altany (gdzie wojewoda zdyszany… STOP! To nie ten utwór) z najnowszym romansem i szklanką napoju truskawkowego.

Wiecie co, ja już nie będę protestowała. Niech mnie ten PIS ubezwłasnowolni i pozbawi praw i traktuje jak przedmiot. Naprawdę, czasami zazdroszcze większości przedmiotów, które mam w domu.

Zwłaszcza o 5.30 rano.

O TYM, ZE JUZ DZIEKUJE KOLEJOM PODMIEJSKIM

Oj nie pojechałabym sobie dzis w srebrnym pantoflu.
Klasyczna śnieżna piździawa u mnie albowiem od rana.

Co ciekawe – musiałam się dziś udać na pekap – N. od niedzieli trzyma żubry za rączke i sprawdza, czy zima nie zaszkodziła im na wątłe płuca. Moje płuca w tym momencie zeszły jakby na plan dalszy.

Oczywiście – nie mógł wyjechać, jak było minus trzy i słoneczko.
NIE NIE NIE – musiało mu się to przytrafić AKURAT jak przyrypało MINUS PIĘTNAŚCIE i do kompletu śnieżna kurzawa.

Tak, wygodna się zrobiłam na stare lata. A swoje podmiejskimi pociągami przejeździłam – na studia i ładnych kilka lat po. Nie ma to jak podróże z klasą robotniczą (jak jechałam na 8 na zajęcia, miałam cały przekrój społeczny w jednym przedziale). Na przykład, zajmowali we czterech wszystkie miejsca na tych plastikowych poczwórnych siedzonkach, a jeden zawsze miał DESKĘ. Siadali, kładli deskę na kolanach i cała drogę do pracy rżnęli w karty. Przysięgam, ze wiele godzin spędziłam wisząc nad nimi i przyglądając się tej arcypiekielnej grze, a do dziś nie mam pojęcia, jakie miała zasady. Może zresztą to było kilka gier, niektórzy grali bowiem statycznie, rozdając karty, wyrzucając je po jednej na kupke na desce, zgarniając i znowu rozdając. A inni – dynamicznie. Najpopularniejszą z gier dynamicznych była gra „w chuja” (dla cenzury: CYTAT, tak?). Polegała ona na tym, ze przegrany (choc nie wiem, NA CZYM polegała jego przegrana) musiał wstać i krzyknąc na cały przedział „Chuj”. Gra w karty była naturalnie (o 6.30 rano!) zakąszana piwem z puszek. Czy ktoś się jeszcze dziwi, że zakłady przemysłowe poupadały?…

Ci, którzy nie załapali się do żadnej z czwórek, organizowali sobie zajęcia indywidualne. Do wyboru z całego dostępnego katalogu zajęć indywidualnych mieli: Picie Piwa z Puszek (zajęcia obowiązkowe), oraz fakultatywnie – Jedzenie Kotleta lub Rozwiązywanie Krzyżówek.

Nad takim jednym z krzyżowką też kiedys stałam. Miał już sporo wypełnione i nagle się zaciął. Ładnych parę minut stękał, liczył, drapał się po głowie, po puszce z piwem… Nagle – JEST! ZNALAZŁ! I triumfalnie wpisał do krzyżowki: „W_E_W_I_Ó_R_K_A”.

Żeby było weselej, to pasowało.

Tak więc uważam, że moją porcję PKP w życiorysie mam już odbebnioną (jak służbe wojskową) i już dziękuję. Chociaż obecnie mniej jest klasy robotniczej, a więcej takich z teczkami. Ale ci z teczkami już nie są tacy malowniczy.

FINALLY IT HAPPENED TO ME

Chwilowo N. tańczy z żubrami i jeszcze nie wie
jeszcze się nawet nie domysla
nawet nie podejrzewa
ze jak wróci
to czeka go zadanie…

Będzie musiał skonstruować i przyczepić na dachu samochodu WIELKI SREBRNY PANTOFEL, w którym będę zasiadała podczas podróży, spowita w cekiny, i powiewała srebrzystym woalem.

Nie z dnia na dzień – zamierzam się przesiąść do pantofla tak w okolicach kwietnia, jeśli będzie ciepły.

Znalazłam swoje powołanie i zamierzam się realizować.

Tylko to mnie trzyma przy zdrowych zmysłach w ten cholerny poniedziałek, w dodatku z mrozem minus dwieście.

SIEDZI JAMNIK NA DRZEWIE I LUDZIOM SIĘ DZIWUJE

(i nie, ciąg dalszy WBREW WSZYSTKIEMU NIE BRZMI „…czemu tylu z nich to takie straszne ch…” – NIE, autorowi by to przez pióro nie przeszło, NAWET w obecnej sytuacji).

Siedze sobie z szeroko otwartymi oczami w kolorze Blue Pacific (Freshlook Dimensions) – ze zdziwienia.

Powariowali?…
Mrozy im padły na te małe łebki?… (no – JEDEN DUŻY).
Jedno jest pewne – łykaja albo palą jakiś niezły towar. Całkowicie im się Galaktyki poprzestawiały.

Wstydzę się mojemu psu w oczy spojrzeć. Jak mnie spyta, to co ja jej powiem?…

PS. A na weekend mam “PRISCILLĘ KRÓLOWĄ PUSTYNI” – wlasnie Merlin mi dostarczył. O!

NIENO… TO JUŻ LUDZKIE POJECIE PRZECHODZI PRZEZ MOST SIEKIERKOWSKI

…z tą zimą.
Wlasnie znowu wydalismy, zamiast na ciuchy, wódke i tańce, kupe szmalu na olej.
Depresyjny piec miał napad chandry i wychlał cały dopiero co kupiony olej. Siedze w zimnym domu, czekam na samochód dostawczy i zamysliwuję się nad naturą Wszechświata.

Już nie mam siły do tej chałupy.
Od dwóch lat właściwie możemy się przeprowadzic do nowego domu, ale mi caly czas nostalgicznie szkoda się przeprowadzac… I tak siedze sobie w zimnej jadalni i dumam – DLACZEGO MI SZKODA?…

Bo tak:
– ZIMĄ – okresowo cyklicznie zamarzaja rury, wiec jest tylko zimna woda w lazience na dole. Zmywam w wannie lub w cebrzyku, kąpać się jeździmy do moich rodziców, jest doprawdy CZAROWNIE;
– WIOSNĄ – nic mi nie zamarza, ale mam przemarsz mrówek przez kuchnię i jadalnie, a jak wywąchają ciasto, miód albo cukier – to i do salonu dolezą. Niby są czyste, miłe, ułożone (chodzą scisle wyznaczonymi szlakami komunikacyjnymi), ale doprawdy! Znam weselsze atrakcje niż wyskubywanie mrówek z cukiernicy, przepędzanie ich ze zlewu, żeby się nie potopiły, uważanie, żeby na któras nie nadepnąć, bo chrupie pod nogami… Któregoś roku było ich tyle, ze wynosiły mi mazurki i babki wielkanocne!…
– LATEM wszystko działa, ale za to w sypialni na poddaszu jest niemożliwie gorąco i duszno;
– JESIENIĄ już nie jest duszno, za to pojawiają się wszędzie PAJAKI wielkości pudli i o całkiem pudlej sierści na nogach i odwłoku.

I ja się nie spiesze z przeprowadzką DLACZEGO?…

Bo tu jest blisko do targu?… Bo tu jest mój piekny kominek, który wygląda jak Malbork i jest najbardziej krzywym kominkiem na świecie (Zibra mówi, ze od samego patrzenia dostaje choroby morskiej, tak jej zaburza równowagę)? Tam tez jest kominek, już nie taki urokliwy, ale jest… Może dlatego, ze babcia za kazdą bytnością u nas mówi „Tutaj (odtąd chrapliwym zduszonym szeptem mającym wskazywac na wzruszenie oraz z dramatycznym ruchem reką, wskazująca właściwy kąt) URODZIL SIĘ TWOJ OJCIEC…”

Coz, wezme ja nastepnym razem w obchod po domu i dramatycznym gestem reki pokaze jej: TUTAJ… zamarza mi rura co roku, TUTAJ… zalało sufit z lazienki na górze, TUTAJ… siedzi pająk jak smok, TUTAJ… jest szpara w drzwiach od werandy taka, że skromny kangur może sobie wędrowac w te i wefte, a TUTAJ jest dwieście metrów chałupy wysokiej na cztery metry DO OGRZANIA ZIMĄ. KOCHAM TEN DOM BABCIU ale jeszcze dwa dni z zamarznięta rurą i wywiozą mnie do Tworeeeeeeeeeeeeeeeek!…

PS. Kupiłam i RAZ użyłam ten szampon, co reklamuje Bachledówna (co to ma po nim włosów przybywać). Szampon ma konsystencję nieskrzepniętego pleksi i nie chce się w ogole pienic, a po wysuszeniu włosów na głowie robią się lata 80-te W RYTMIE DISKO. Wyglądałam jak Alf albo jak Chewbacca w wersji angora. Ostrzegam, szampon jest dla osób zaposiadających TRZY włosy na głowie i ani jednego więcej.

TEŻ JEM CHLEB I WYGLĄDAM WIOSNY

Chyba troche odkryłam, o co chodzi z tym chlebem (patrz: Haniuta – nie dam linka, bo znowu jej blog wywale w kosmos).

Po pierwsze chodzi o to, ze jest zimno, a jak jest zimno, to organizm nie chce sałaty i pomarańczy, tylko – chleba, smalcu, bigosu i klusek śląskich. Przynajmniej MÓJ organizm. A ja się z nim nie kłócę, bo nie raz i nie dwa udowodnił mi, ze głupi nie jest. Chce chleba – PROSZĘ BARDZO, niech żre. Co prawda, ostatnio zjadam tego chleba dwa bochenki dziennie i zaczyna mi to trącic niejaka przesadą…

Bo znaleźliśmy taka malutka piekarenke – w drewnianym kiosku przed Piotrem i Pawłem w Jankach. Obok kiosku stoi piec opalany drewnem, w którym ten chebek się dopieka (i ma taka chrupiącą skóreczkę…) i sprzedaja go jeszcze cieply. Jest go kilka rodzajów, ale absolutnie zabójczy jest ten NA ZAKWASIE Z KISZONA KAPUSTĄ. Można go jeść zupełnie bez niczego – jak ciasto. Taki jest pyszny. Pan wypiekacz na kolanach przysięga, ze w tym chlebie jest tylko i wyłącznie to, co się kładło do chleba 300 lat temu – zadnych polepszaczy, zadnych ludzkich włosów – a chleb leży tydzień i jest świeży. Można zwariować. I weź człowieku i NIE ZJEDZ takiego chlebka!…

A po drugie to przekaz podprogowy w reklamach, które tak naprawde nie reklamuja samochodow, telefonow czy citibanków, tylko nadają JEDZ CHLEEEB… JEDZ CHLEEEB… – w zwolnionym tempie.

A poza tym, to Hania dała mi wczoraj bloga artysty reprezentanta na Eurowizje. Powiadam państwu! Arcydzieło. Media pokazuja Mandaryne z podkrążonymi oczami – okazuje się – TENDENCYJNIE! Na blogu albowiem znajduje się odezwa „MARTO – CZEMU POWIEDZIAŁAS GAZECIE ze zaprosiłas mnie na Wigilię! TO BYŁA NIEPRAWDA MARTO”! A ona w gazetach opowiada, jak to pijany Michał wiózł ją, rodzącą, do szpitala. Nietrzeźwy! A w szpitalu robił burdę! A tu proszę bardzo, Magda Femme przerwała mur milczenia i POWIEDZIAŁA – ze Mandaryna jak JEJ odbijała Michala, to byl OKRUTNA i nie liczyla sie z NICZYM! Czyli Mandarynie TEZ nie można do końca ufać!…

Rany Julek – jakie to wszystko jest skomplikowane. Nie nadążam za ta bohemą. Idę jeść chleb.

NORMALNIE MI SIE OD RANA NIC NIE CHCE

Po raz kolejny Narut suwerennie zadecydował. Tym razem Narut decydował o pomazańcach mających Narut reprezentowac na Eurowizji. I zdecydował, bo w koncu co, kurcze blade. Ma się tego esemesa i nie waha się go używać.

A ja to troche marzę o czasach, kiedy głos wyborczy mieli WSZYSCY obywatele, pod warunkiem, ze nie byli: a) kobietami, b) niewolnikami, c) prostym ludem ubogim umysłowo. Ja to nawet bym oddala moje prawo wyborcze z racji płci, jakby to co pomogło. Niechtam. Męża by się wysyłało i też by było dobrze. A może by nie było naonczas takich radosnych wykwitów.

Natomiast ja usmażyłam w sobotę bliny oraz zjadłam je. Ze śledziem. Bardzo mnie później brzuch bolał, drogi pamiętniku.

O LITERATURZE I ELEKTRYCZNOŚCI

My tu sobie gadu – gadu, a Samantha (ta z S&C) książkę napisala! Niby nic dziwnego, teraz każdy czuje się w obowiązku napisania książki, nawet Tajger Michalczewski już był popełnił i czekam z niecierpliwościa na autobiografie Pudziana, bo to mój idol i wielbie go. Ale Samantha napisała książkę do spóły z męzem (bodajże czwartym) oraz napisali te książkę o orgazmie!

Cala książkę o orgazmie!
Ze Samantha dopiero z tym mezem i dopiero po 40-stce znalazła orgazm.

Oczywiście natychmiast zwizualizowałam sobie Samanthe jak biega po mieście na tych swoich szpileczkach i przykleja ogłoszenia na słupach „ZAGINĄŁ ORGAZM! Jest mały, biały, puszysty, z długim ogonkiem, jedno uszko lekko mu klapie. Odpowiada na imie Orguś. Na uczciwego znalazcę czeka NIE BYLE JAKA nagroda!… PS. JEŚLI OKAZE SIĘ, ze orgazm ukradła mi sąsiadka z naprzeciwka, TO MNIE POPAMIĘTA!!!”.

A ja chodze sobie i strzelam. Jestem tak naelektryzowana, że N. mowi do mnie per „ELEKTRYCZNA JASZCZURKO”. Nawet, jak wsadzam ręce pod kran, to przeskakuje mi iskra do strumienia wody.

Spać mi się chce.