Zrobiłabym coś z moim zyciem, ino nie wiem co.
Co se cós wymysle, to albo mi się nie chce, albo… mi się nie chce.
A taki np. Pepsee wczoraj wyslal przepiękne rozważania na temat damskiego odpowiednika określenia „Męska szowinistyczna świnia”. Wyszło mu „FEMINISTYCZNA DAMSKA MACIORA”. Bardzo mi się ono podoba. Zamierzam używać.
I coraz częściej mnie nachodzi taka refleksja, że to kurestwo domowe jako rola kobiety to nie był taki do końca gupi pomysł.
Wyobrażam sobie, że wstaje rano, zarzucam plisowaną podomke i przy porannej kawie z grzanką czytam traktat „Czem nadziac kapłona”.
Zamiast zrywać się z obłędem w oku o godzinie KTÓREJ IMIENIA NIE WYPOWIEM, zarzucać na siebie cokolwiek bądź i udawać się na miejsce pracy.
Boże, jaka piekna perspektywa.
A zaczyniwszy ciasto na bliny, udaje się do altany (gdzie wojewoda zdyszany… STOP! To nie ten utwór) z najnowszym romansem i szklanką napoju truskawkowego.
Wiecie co, ja już nie będę protestowała. Niech mnie ten PIS ubezwłasnowolni i pozbawi praw i traktuje jak przedmiot. Naprawdę, czasami zazdroszcze większości przedmiotów, które mam w domu.
Zwłaszcza o 5.30 rano.